idea / Wrocław, miasto spotkań

Wrocław: Tygiel

Piotr Siemion

Korzenie Wrocławia to zaginiony piastowski Śląsk, czeski Breclav, kajzerowski przemysłowy Breslau,  napływy, wysiedlenia, migracje, powojenna wędrówka ludów i granic. Wrocław to tygiel.

Tutaj mieści się jeden z największych zabytkowych cmentarzy żydowskich w Europie. Tutaj gotyckie, ceglane kościoły pełne są inskrypcji łacińskich. Tutaj władze PRL osiedlały wszelki element niepewny, od lwowskich kieszonkowców, Greków – uchodźców z tamtejszej wojny domowej z 1947 roku, po azjatyckich studentów w latach 60 XX wieku. Wszyscy byli tu skądinąd i wszyscy byli nowi.

Banał o kulturowym tyglu? Nie do końca, ponieważ „tygiel” sugeruje, iż produktem końcowym przemiany jest jednolita masa. Tutaj wszyscy byli nowi, nawet ci z centralnej Polski, toteż nikt nie był w stanie zdominować innych etnicznie. Ale też multikulturowość współczesnego Wrocławia i okolic nie była plakatową sielanką.

W lasach za Wrocławiem ukraińscy wysiedleńcy, wypędzeni pod lufą i przeflancowani 500 kilometrów na zachód, mieli za sąsiadów ruskich sołdatów z licznych baz wojskowych. Propaganda i tajna policja starały się dusić inność. Tyle że nigdy się to nie udawało do końca. Chociażby dlatego, że Wrocław to miasto akademickie, w którym do 10 procent ludności to młodzi studenci. Przybyli tutaj, aby zaistnieć, stać się, zdobyć tożsamość. Zostawili za sobą układy, przesądy. Zanim odnajdą nowe ciasne granice, przez kilka lat są w tyglu.

To widać na ulicach miasta.  Znaki młodej tożsamości Wrocławia to na przykład rowery – obfitą tutaj jako środek transportu i zabawy, a praktycznie nieobecne są w Warszawie, nadętej stolicy. Wrocławski Rynek jest dzisiaj o każdej porze pełen ludzi. To żywe miejsce, nie skansen dla turystów. Także geografia zostawia mało miejsca na jednolitość i kąty proste – każda prosta ulica kończy się widokiem na rzekę (czy Odrę, czy jej odnogi, czy mniejsze strumienie). Każda duża dzielnica to wyspa, której osobność trzeba z konieczności uszanować. Każda wyspa to inny świat. Wrocław, promowany przez Ratusz jako „miasto spotkań”, to w istocie miejsce zderzeń odrębnych dotąd światów.

Inność nikogo tu specjalnie nie dziwi. Przecież wszyscy są inni. W mojej wrocławskiej szkole podstawowej dzieci o niemieckich nazwiskach mówiły po polsku z wileńskim zaśpiewem. Podchwyciły to od rówieśników. (Myślałem, że to relikt powojennego zamętu, dopóki parę lat temu, już w XXI wieku, nie zasiadłem w jury szkolnego konkursu na wrocławskich Krzykach. Wystarczyło, by młodociana recetatorka otworzyła usta…) Fantom polskich Kresów Wschodnich trwał w jej akcencie, jak w architekturze miasta trwają fantomy niemieckiego gotyku i konstruktywizmu, a ceglane nadbrzeża rzek przywodzą na myśl Amsterdam. Niedaleki, po tym jak znów zniknęły granice. Wrocław to od zarania bulgoczący tygiel, a najważniejsze, że nadal płonie pod nim ogień.

tekst: Piotr Siemion