idea / Wrocław, miasto spotkań

Wrocław: Twierdza

Piotr Siemion

Pojęcie Wrocławia jako twierdzy wzięło się z historii ostatnich dni hitlerowskiego Breslau.  Miasto poddało się Rosjanom na końcu, na pewno już po kapitulacji Berlina. Określenie to w odniesieniu do Wrocławia jest wewnętrznie sprzeczne: miasta są dla ludzi, a twierdze dla wojska. Ale przez ponad trzy miesiące 1945 roku zmienione w twierdzę miasto przestało być ludzkie.  Zmieniło się w przyprószoną pyłem, pustą kartę.

Od tamtej pory, przez całą drugą połowę XX stulecia, miejsce pozostawało rozdarte pomiędzy rzeczywistością banalnego miasta i nieugiętej twierdzy. Rzeczywistością oficjalną i tą ukrytą. Miasto było siermiężne, biedne, pozbawione okazałych nowych budowli. Poreperowano w nim to, co zastali osadnicy ze Wschodu, postawiono kilka dzielnic nowych bloków mieszkalnych, takich samych jak w Sofii i Władywostoku. I już. Trudno tu było żyć, stało się w kolejkach, spacerowało po brudnawych, źle oświetlonych ulicach – jak wszędzie.

Ale, równolegle ze zwykłym miastem, zaistniała Twierdza drugiej, podskórnej rzeczywistości.  Przydworcowy neon z lat 60., mówiący podróżnikom „Dobry wieczór we Wrocławiu”, w istocie zapraszał wtajemniczonych do wniknięcia między gruzy tego, co było, tajemne rewiry tuż pod powierzchnią oficjalnego, w Diabelskie Trójkąty, w podziemia.

Tych ostatnich z biegiem lat powstało bez liku i w różnych odcieniach. Wpierw, podziemie kryminalne, bo czymże innym były wielkie wrocławskie szaberplace (targowiska poniemieckich przedmiotów) czy dzielnice starych kamienic, zasiedlone tak zwanym elementem?  To o nich Lech Janerka z punkowym zespołem Klaus Mittfoch śpiewał „Strzeż się tych miejsc”. Dla historii miasta ważniejsze było jednak podziemie artystyczne.  Jego warowni, nie do końca dostępnych władzom i modom, było kilka: w latach 60. klub studencki Pałacyk przy ul. Kościuszki, dekadę i dwie później klub jazzowy RURA przy Łaziennej, niepokorny Teatr Współczesny, podziemia, w których zadymę robiło wrocławskie reggae…

Twierdzą były także ulice, na złość dogorywającej władzy wybuchające karnawałem Pomarańczowej Alternatywy w końcówce epoki PRL. I wreszcie twierdze dosłowne: zabarykadowane fabryki przy Grabiszyńskiej po 13 grudnia 1981, owładnięte strajkami studenckimi w 1968, 1980, 1988 roku gmachy Uniwersytetu i Politechniki. Podziemne obszary wolności.

Twierdza to jednak najbardziej ze wszystkiego – stan umysłu. Kiedy ortodoksja – wszystko jedno, czy spod znaków komunistycznej władzy, czy jak dziś, mainstreamowo-telewizyjnej  papki – opanowuje powierzchnię rzeczywistości, Wrocław ( jak mało które polskie miasto) pozostaje sceptyczny. Zabarykadowany w swojej osobności, nie idzie na lep, nie wierzy. Wie swoje.

tekst: Piotr Siemion