idea / Wrocław, miasto spotkań

Wrocław: Alternatywy

Piotr Siemion

Z dnia na dzień zmieniono tu wszystkie nazwy, mieszkańców zastąpiono innymi, wykreślono od nowa granice i rozszarpano życiorysy. Właśnie dlatego to nowe miejsce, Wrocław, okazało się dobrym domem dla rozbitków. Starsi przyjaciele moich rodziców, partyzanci z AK i WiN, ukrywali się tu po wojnie, zamiast iść do stalinowskich obozów. Opuszczający Polskę, ocaleni z Shoah Żydzi, z podwrocławskich miasteczek uczynili sobie po wojnie minirepublikę i punkt zborny przed długim marszem do Izraela.

Reemigranci z Francji tworzyli kolonię w Wałbrzychu. Tutejsze ziemie przez długie dekady stanowiły więc dla władz Dziki Zachód, rządzący się nieco innymi prawami niż spacyfikowana i tradycyjna reszta kraju. Tutejsze miejskie legendy mówią o poniemieckich podziemiach, zasypanych bunkrach, zapomnianych żelbetowych tunelach pod nurtem Odry.

W marzeniach o katakumbach kryła się większa logika. Skoro wciśnięta między zadrutowane powojenne granice wrocławska kraina była zapomniana i osobna, można tu sobie było pozwolić na więcej niż na centralnych placach stalinowskiej stolicy. Powojenną władzą powodowała na przykład swoista schizofrenia, każąca myśleć, że „pewnych rzeczy” nie można pokazywać w Warszawie, ale w dalekim Wrocławiu, za górami, za lasami – czemu nie?

Jerzy Grotowski i Ryszard Cieślak

fot. Andrzej Paluchiewicz,
dzięki uprzejmości autora i Centrum
Sztuki Wro

Wrocław stał się w ten sposób domem dla największego eksperymentu teatralnego Polski, czyli dla Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego, sceną festiwali Jazz nad Odrą i cyklicznych gościnnych widowisk Teatru Otwartego. Najważniejsze jednak, że dla ośrodków władzy Wrocław był zbyt odległy (a więc nieważny) i zbyt dziwny (a więc niesterowalny, niewygodny). Zbyt swoisty.

Toteż ludzie tutejsi przyzwyczaili się do większego marginesu wolności niż gdzie indziej. Oczywistym dowodem była skala studenckich wystąpień w 1968 roku, ulicznych walk i protestów w dekadzie stanu wojennego – lecz także skala wolności gospodarczej po 1989 roku, kiedy powstało tu wiele ważnych, innowacyjnych instytucji i firm. Koreańczycy, którzy szukali w Polsce miejsca pod swój europejski zakład, na pozwolenia budowlane czekali tu niecały miesiąc, nie lata.

Wrocławska kryjówka była azylem rozmaitych jeszcze wolności – o czym zaświadczają anarchiczne wrocławskie wiersze samobójcy, Rafała Wojaczka, jednego z największych polskich poetów, czy homoerotyczna proza Michała Witkowskiego, również przedstawiana w scenerii tutejszych ulic i parków. Wrocław przyciągał zbiegów, odmieńców, freaków i hippisów, ludzi niespokojnych. Odpychał uporządkowane natury ludzi z Krakowa czy Poznania. Był i jest swoisty, choć nie ksobny. Przeciwnie – przyjazny inności, jak prawdziwa bezpieczna kryjówka.

tekst: Piotr Siemion