idea / Wrocław, miasto spotkań

Transmisje pamięci

Piotr Siemion

Wszystko, przez dziesiątki lat, było we Wrocławiu tymczasowe. Nierzeczywiste, jak całe miasto.

„Kiedy Ty mówisz 'rzeka', to ja słyszę 'Odra'…"
Rafał Wojaczek, „To nie fraszka”

Za IKEĄ skręcamy w prawo. Trzy pasy. Można gnać dalej. Następna kontrola graniczna na tej autostradzie będzie dopiero w Gibraltarze. A przecież to nie tylko półmilionowe miasto. To także dom, który, jak to dom, zdążył obrosnąć w ludzkie historie. Kiedy zielona tablica z literami WROCŁAW zostaje z tyłu, można więc jeszcze, jak na pożegnanie, włączyć w radiu przypadkową audycję lokalną. Coś tutejszego, literatura chyba. Zapis odstąpiony przez BBC, nagrano go dwie dekady temu, mówi prezenter. Nagranie jest archiwalne, nieoczyszczone z trzasków, a lektor ma swoisty akcent i niewspółcześnie wymawia „l”. Wyprzedzamy kolumny osiemnastokołowych ciężarówek, za chwilę rozgałęzienie: tędy na Alpy, tędy do Amsterdamu.

Niskie Łąki

Otwarta Europa. Nudy. Ale było inaczej. Póki samochodowe radio łapie jeszcze miejski zakres FM, słuchajmy:

Niskie Łąki to nazwa ulicy w niezbyt odległym, ale obcym, zaginionym kraju. Chociaż obcym, to z całą pewnością nie zmyślonym.  Istniejącym, lecz ukrytym przed wzrokiem zachodniego świata. Nie jest więc fikcją czy zmyśleniem, że ulica bierze początek wśród skupiska sześciopiętrowych kamienic, wzniesionych wiek wcześniej dłońmi kajzerowskich murarzy. Wewnętrzne ich podwórce są odsłonięte, a odarte z tynku fasady szpecą dzioby i dziury: czterdzieści lat wcześniej wirujące odłamki metalu pokaleczyły cegłę do żywego. Szyby okien powleka sadza – miasto jest przemysłowe.

Idąc ulicą Na Niskich Łąkach w stronę rzeki, mija się więc najpierw brukowane dziedzińce, wdycha woń uryny i węgla. Na chodnikach pusto. Dalej, nad dopływem głównej rzeki, mija się boisko z ubitej ziemi i garażowe budy, za którymi żelazny most. Parę zrujnowanych przedmiejskich willi w zmierzchu, ozdobne ogródki przechodzące w dziki busz. Zwalone ogrodzenia parczku, w którym pusto, oprócz dwóch pijaczków. Jeszcze kilkaset metrów i ulica też znika, przechodzi – naprawdę, nie tylko z nazwy – w rozległe łąki nad główną rzeką. Po wiszącej, wysokiej kładce dla pieszych można tutaj, ponad błotnistym nurtem, przejść na drugi brzeg, aż pod mur zoologicznego ogrodu, gdzie w ciepłe letnie noce da się zwęszyć lwy. Przy zoo możemy wsiąść w tramwaj i przez szczerbate bulwary, przez kolejne mosty, dojechać do pozostałości po centrum, w nieciągłość rytmu: plac – kamienica – pusty – plac. Możemy się też zatrzymać nad rzeką i z kładki spojrzeć na rozległe łąki, sięgające daleko za lasy, kordony i wieżyczki, poza horyzont, setki kilometrów, aż po Holandię i płycizny Północnego Morza.

To niskie łąki naprawdę – ściek niespiesznych rzek w dziurze po wydartym sercu starej Europy. Miękkie moczary, gdzie u horyzontu majaczą miasta z czerwonej cegły. Kraina wygnańców, kraina po bombardowaniu, ląd niepewny swej przeszłości i przyszłości. Nie krystaliczny Tybet, lecz ląd po potopie.

Kolejne rozwidlenie autostrad. Furgony na bałtyckich tablicach skręcają do Pragi. Na zachód tędy. Na Belgię i Paryż. Do winnic Porto. Do polskich kolonii w Irlandii czy Anglii.  Daleka podróż bez granic, jak nasza, i dalszy ciąg relacji w audio. Spiker mówił, że to tekst sprzed dwudziestu pięciu lat. Ćwierć wieku, szmat czasu.

Komuś, kto się tu urodził, w mieście pustych placów po ruinach, mieście zdziczałych parków, nie trzeba tłumaczyć, co to znaczy – zamieszkać w tkance bliznowatej kontynentu.

Na długie pół wieku, na zawsze, nadrzeczne miejsce znalazło się nigdzie. Zbyt blisko nuklearnej linii demarkacyjnej i pól minowych dzielących Europę, by życie tutaj mogło być więcej niż tymczasowe, nierealne. Pozbawione pamięci. Nie pozostał tu nikt z poprzednich mieszkańców, kto by przekazał zimową grozę nadciągających rosyjskich czołgów, krwawe trzymiesięczne oblężenie, desperacki Totentanz obrońców, kapitulację. Dla nowo przybyłych rzeczywistość składała się z miliardów rozrzuconych cegieł. Nastąpił czas rozdzierającej przemiany. Co dzień kolejne pociągi wywoziły na zachód transporty Niemców, ze wschodu przywożąc mieszkańców miast, którym z dnia na dzień odebrano tożsamość. Podręczniki historii wspominają o przesiedleniach, lecz milczą na temat wszechobecnego ceglanego pyłu, fetoru zalanych podziemnych szpitali pod centrum, czy choćby losów tygrysa z miejscowego zoo – tego samego, do którego prowadzi kładka od Niskich Łąk – którego ponoć zjedli w czasie oblężenia głodujący Niemcy, lecz który według innej legendy dożył swoich dni w polskiej już klatce. Zdechł ponoć dopiero w 1960 roku. Tak mówią. Można by o to zapytać rodziców, którzy wkroczyli pomiędzy ruiny, do wypalonego raju, który był im poczekalnią.

Walizki z tektury

Samochodowy odtwarzacz zmienia falę, bo włączył się komunikat o ruchu drogowym. Na obwodnicy Berlina kolizja autokarów. Radzimy omijać, pozdrawiamy kierowców. Następny komunikat za pół godziny. Potem znowu włącza się relacja audio:

Przesiedleńcy przynieśli w swych tekturowych walizkach niewiele. Po poprzednich mieszkańcach, wyssanych w niewiadomy kosmos, pozostały im postrzelane niebieskie tramwaje, czerwone koszary policji w kształcie neogotyckiego zamczyska wraz z fosą, i oczywiście cegły. To uporczywy szczegół, lecz naprawdę wszędzie pełno było ich ułomków, tych nowych czerwonych i tych czarnych średniowiecznych, wymieszanych na hałdach. Niemcy znalazły się daleko stąd i pod okupacją. Do Polski również było nie tak blisko. Właściwą Polską była Warszawa, może Kraków. Nie, to „niczyje” miasto. Tak mówiono. Mimo trąb propagandy, jeszcze w 1964 roku Chruszczow próbował przehandlować te ziemie w zamian za połączenie stref niemieckich. Przepadek ojczyzny na wchodzie był dla przybyłych faktem, przyszłość niepewnością.

Na teraźniejszość składały się brukowane granitem ulice, wypalone gotyckie katedry, place, na których Polacy, Rusini, Żydzi i nawet parę tysięcy Greków handlowało na improwizowanych bazarach.

Na te bazary przez dwie powojenne dekady przywlekano poniemieckie ciuchy, zawartość paczek z UNRRA, maszyny do szycia Singera, księgi drukowane szwabachą, penicylinę, futra, Żelazne Krzyże, nimfy z porcelany, żywe gołębie i pijawki, maszynki do mięsa, niewypały i secesyjne zegary. Handlowali nawet sowieccy sołdaci z okupacyjnych baz pod miastem.

Lecz bazarowe Klondike stopniowo także odeszło w niepamięć, zastąpione przaśną rutyną „realnego socjalizmu”. Dziura wyrąbana w kontynencie zaczęła się zrastać. Dzieci osadników, urodzone już w tym nowym, starym mieście, uważały za oczywistość i swoją polskość, i fakt, że gigantycznych budowli ich połatanego jako tako miejsca nie zbudowali dziadkowie. Ruiny stopniowo rozebrano, a z gruzu usypano kilkanaście wzgórz, których pierścień okala po dziś dzień to miasto. Wzniesiono prowizoryczne szkoły, których początkowo świeży tynk ciemniał z roku na kolejny szkolny rok. Wojna światowa miała się znów zacząć, lecz zawsze jeszcze nie w tej chwili. W lasach na zachód od miasta rdza rozpoczęła więc zjadać setki czołgów, przyczajonych w gotowości do pożogi. Niewiele się działo. Po pewnym czasie zaczęli tu zaglądać z Niemiec nawet ci dawni mieszkańcy, na pokładach wielkich, klimatyzowanych autobusów. Patrzyli, niewiele rozpoznając. Teraz nikt nie był tutaj u siebie. 

Dzieci podrastały, szły do szkoły. Odrabiały lekcje w ciasnych mieszkaniach z wielkiej płyty, wznoszonych setkami na oczyszczonych z gruzu placach. Przez ich podwórka biegły tu i tam zapomniane szyny dawnych linii tramwajowych. Dzieci bawiły się w wojnę, dorośli słuchali w radiu o mobilizacji społeczeństwa, lecz stopniowo przestano drążyć schrony przeciwatomowe pod budynkami. Potem dorosłe już dzieci szły na studia, maszerowały w komunistycznych pochodach i czasem w antyrządowych demonstracjach, oglądały w telewizji odcinki „Bonanzy”, a później „Dynastii”, chodziły na punkowe koncerty do tych samych sal, w których ich starsze rodzeństwo dekadę wcześniej odkrywało jazz. Stały w kolejkach po żywność. Dzieciom rodziły się kolejne dzieci.

Życie prawie odzyskało normalność, jeśli nie liczyć trwających uparcie setek pustych parceli, koczowniczej aury dziesięciopiętrowych bloków w nowych dzielnicach na gruzach czy szyn tramwajowych donikąd – zbliznowaceń tkanki. Ciągłość, gładkość – te były gdzie indziej, z pewnością nie w powojennej Europie Środkowej. Ślepe ściany, wielkie place, na których parkują dwa zdezelowane auta na krzyż, kruszące się nadbrzeża, przeorane stare cmentarze. Zero ciągłości, tradycji czy rodzinnych grobów, a tylko, zamiast nich, niemieckie widma, rachityczne bloczki, walące się przeludnione kamienice z piecami na węgiel w ocalałych fragmentami dawnych dzielnicach. Wschodni obłęd w pustce, w której niegdyś grały wojskowe orkiestry dęte, a tłuści obywatele Rzeszy zanurzali wąsy w kuflach piwa. Nieciągłość. Luki pomiędzy gmachami, wiatr, zielsko i cuchnąca czadem mgła znad rzeki.

Miasto bez celu

Zapewne w nowych krajach, powiedzmy w Stanach Zjednoczonych, miasto nie musi zachowywać tej ciągłości, właściwej długowiecznym organizmom. Setki lat wspólnego bytowania mogą niewiele oznaczać w krainach na zachód od Nowej Anglii. Amerykanie lubią tę swoistą nową bezdomność. Zapewne w ślad za nimi przejmie ją także reszta świata, bo w pewien sposób bezdomność, życie od lotniska do lotniska, to przecież wolność? Europa miała inne obyczaje – dawno temu, kiedy jeszcze składały się na nią centrum i peryferie. Dzisiaj centrum kontynentu przeniosło się na jego obrzeża, do Brukseli i Londynu, a dawny środek zastąpiła martwa pustka, pozbawiona pamięci. Sucha Atlantyda amnezji, w której trzydzieści lat po wielkiej wojnie w samym centrum miasta straszą żelbetowe kikuty spalonych domów towarowych.

Temu miejscu złamano kręgosłup. Nawet nowa władza nie próbowała tu wznosić pałaców kultury czy innych pomników swej pychy. Wprowadziła się do starych hitlerowskich gmachów, które przetrwały oblężenie miasta, i tyle. A miasta to twory delikatne. Jeżeli strzaskać miastu kręgosłup, może ono nigdy nie odżyć. Raz zakłócona, życiowa równowaga powraca z wielkim trudem. Pewnie z tej przyczyny stare roczniki statystyczne ukazują, że w 1964 roku, lat dziewiętnaście po wojnie, metropolie Środkowej Europy nie zdążyły odzyskać populacji, jaką miały w roku 1936. Jednym z tych miast był Wiedeń, innym podzielony murem Berlin, kolejnym wypalone zgliszcza Drezna. Niemieckie miasta. I jeszcze to właśnie miasto, już nie niemieckie. Niczyje, z propagandą zamiast historii, bo tę roztarły w proch pociski zapalające i bomby albo wywiozły w dal wagony towarowe zapchane ludźmi i ich dobytkiem.

Miasto, które nagle utraciło właścicieli. Miasto bez celu. Można je było plądrować, wyburzać chwiejne ruiny, odbudowywać nawet, ale wierzyć w nie – już nie.

Przeszłość, historia twierdzy, w której strzelano do siebie jeszcze 10 maja 1945, zatarła się więc, lecz nigdy do końca. W latach 70. można już było udawać, że zbudowano tu normalność. Dymiły fabryki, dzwoniły tramwaje, ale nierzeczywistość trwała nadal. Prowincja wokół miasta stała się najdalszym kątem kraju. Dalej były nieprzepuszczalne granice, chronione drutem i minami. Wystarczyło jednak, by w początku lat 80. uchylono choćby lufcik, by mechanizm zniknięcia ludności osiemsettysięcznego miasta w dziwny sposób się powtórzył. Dzieci urodzone w ruinie nad Odrą zaczęły wyjeżdżać.

Dokąd? Nie do azjatyckiej, stepowej, strojnej w socrealizm stolicy kraju, urządzonej trzysta kilometrów na wschód. Nie – dzieci wyjeżdżały jak najdalej. Przez zielone granice i obozy uchodźców, do Ameryki, Kanady, RPA i Australii. Studenci, budowlańcy, gospodynie domowe. Wyjechać było tym łatwiej, że ich rodzice też byli wagonowymi imigrantami. Młodzi mówili, że chcą lepszego życia, ale być może najbardziej doskwierała im tymczasowość przebywania tutaj, prowizorka, leukemia zapadających się bruków z granitu. Wyruszając na szlak do Montrealu, Hanau czy Johannesburga, nie opuszczali zapadłej prowincji – gorzej, opuszczali senny majak, który udawał miasto. Nie szukali nowego centrum świata, bo nowy świat zgubił gdzieś swój środek. Ich rówieśnicy, którzy chcąc nie chcąc tutaj pozostali, wybrali ucieczkę pod powierzchnię zbyt szarej rzeczywistości. W ostatniej fazie istnienia słomianego imperium zapadli się pod ziemię, wybrali kontrkulturowe działania, które okazały się dla ośmieszenia niechcianej władzy skuteczniejsze niż robotnicze strajki w fabryce wagonów.  Ale jedni i drudzy stąd odeszli.

Druga księga wyjścia

Jak opisać tę dziecięcą księgę wyjścia? Są pierwowzory. Pamiętać trzeba, że większość instytucji miasta nad Niskimi Łąkami przeniesiono żywcem ze wschodnich ziem, zwłaszcza ze Lwowa – w XIX wieku stolicy austro-węgierskiej prowincji. We Lwowie właśnie, gdy w 1912 roku na granicy imperium, na Bałkanach, wybuchła kolejna tamtejsza wojenka, zgromadzono polsko-austriackich żołnierzy na ekspedycję do Serbii. Ten lwowski śpiewny akcent usłyszeć można po dziś dzień tutaj,  w mieście na zachodnich, nadrzecznych nizinach. Z takim akcentem więc cesarscy żołnierze, wsiadając do wagonów, śpiewali:

„W dzień deszczowy i ponury, z Cytadeli idą z góry
Szeregami lwowskie dzieci, aby tułać się po świecie…”

Mimo iż po stu prawie latach przepadła tradycja austro-węgierskiej armii, z pewnością niejedno dziecko tego miasta nuciło słowa z pieśni w fotelu odrzutowca startującego do Australii i Kanady. I tak jak w pieśni żołnierze głowili się, czy wrócą jeszcze i czy zobaczą znowu Lwów, można się zastanawiać, czy exodus zmieni kiedyś swój kierunek. Czy dzieci Wrocławia – powrócą. Na razie nikt tutaj nie zagląda. Nie ma po co. Serce Europy to dziś puste miejsce. Dawny porządek kontynentu nie przetrwał nawet w muzeum. Zostało królestwo prowizoryczne i umowne, z którego dzień po dniu wycieka życie. Zostały historie, tragiczne i śmieszne, poczęte w tym miejscu w niedługim przedziale pomiędzy zakończeniem ceglanej apokalipsy a martwotą gnijącego nowego ładu. Na razie, zamiast powrotu, muszą nam wystarczyć zapisane historie znad Niskich Łąk. Na razie. Dopóki dzieci znowu tu nie wrócą…

Koniec archiwalnego zapisu. Śmiesznego jak staroświeckie traktory z komunistycznych kronik filmowych. Przez chwilę rozmawiamy o nim. W Zgorzelcu bierzemy paliwo, kupujemy hot dogi i z pełnymi ustami rozmawiamy dalej. Oczywiście pełna zgoda. Historia została za nami. Oddzielona czasem i gładkim betonem obwodnicy, która pozwala już nie wgłębiać się w miasto.  Jak każdy zapis, jest niesprawiedliwa. Nie ma tam nic o kolejnym początku kolejnych nowych czasów, rzeczywistszych już, solidnie zwyczajnych. Nie ma nic o powodzi z 1997 roku, podczas której ludzie sypiący przez całą noc wały pierwszy raz mówili głośno „ratujemy, bo to nasze miasto”. Nic o otwierających się granicach, o tablicach „na sprzedaż” na opuszczonych bunkrach i wartowniach.   Nic o tym, że wrocławskie dzieci doczekały się wrocławskich wnuków, a Silesia przestała być siostrą wampirycznej Transylwanii. O tym, że wydarty środek Europy powraca na swoje miejsce niespiesznie jak nurt rzeki, przywracający po zimie barwę zrudziałym nadodrzańskim łąkom. Kłócimy się o jego znaczenie.

Zapis ma już dwadzieścia pięć lat. Brzmi jak przekaz z innej planety Fantasmagorii. Czyżbyśmy z niej niespostrzeżenie, nie wiedzieć kiedy, powrócili nad zwyczajne Niskie Łąki? Albo czy naprawdę myśleliśmy, że można stąd odjechać?

1988–2010

 

Publikacja utworu "Street fighting" na stronie culturecongress.eu dzięki uprzejmości Isound Labels, polskiego dystrybutora albumu „Breslau” Igora Pudło.