idea / Wrocław, miasto spotkań

Wrocław to ciągle Breslau

Rozmowa z Igorem Pudło

O historii Wrocławia, wspomnieniach z dzieciństwa i płycie „Breslau” opowiada jej autor, Igor Pudło z zespołu Skalpel, znany również jako Igor Boxx.

Kiedy zorientowałeś się, że mieszkasz w niemieckim mieście?

Pierwsze lata życia spędziłem w obskurnej kamienicy przy wrocławskiej ulicy Ładnej. Budynek przetrwał II wojnę światową dlatego, że był przyklejony do masywnego bunkra. Duża część ulicy była wyburzona, ale wszędzie sterczały jeszcze dziwne kikuty dawnych budynków, na które wspinałem się z innymi dzieciakami. Czasami z ciemnych, podmokniętych piwnic bunkra wydobywaliśmy kawałek blachy, który od razu stawał się w naszej wyobraźni fragmentem hełmu niemieckiego żołnierza. Nasze fantazje bardzo stymulowała propaganda władz, dla których wojna wciąż trwała i wciąż było daleko do ostatecznego zwycięstwa, chociaż to były już lata 70. Mieszkanie bez ciepłej wody dzieliliśmy z jeszcze jedną rodziną. Właściwie to był lokalny standard. Mieszkaliśmy w poniemieckich domach w otoczeniu poniemieckich sprzętów i przedmiotów. Oczywiście ambicją każdego było jak najszybciej porąbać te rzeczy, wyrzucić i kupić sobie meblościankę. Ale mój ojciec do dziś ma odziedziczony po poprzednim właścicielu szklany kufel.

Ty już urodziłeś się we Wrocławiu, a rodzice?

Mama przyjechała tutaj w 1946 roku jako ośmioletnia dziewczynka ze Lwowa, tata z Tarnowa już jako dorosły mężczyzna po pracę, szczęście, nowe możliwości. Wszyscy jesteśmy tu napływowi, historia Wrocławia po 1945 roku to unikalne, największe w XX wieku wysiedlenie rdzennej ludności miasta.

Ta wiedza o niemieckości sączyła się powoli i jakby w kontraście do oficjalnej propagandy. Z lekcji historii w szkole podstawowej odniosłem wrażenie, że w 1945 roku stary piastowski gród Wrocław wrócił do macierzy, a niemiecka okupacja trwała nie niewiele dłużej niż II wojna światowa. A potem szliśmy z wycieczką do ogrodu zoologicznego i z tego, co opowiadał Antoni Gucwiński wynikało, że założyli go Niemcy i to dawno temu. Niby funkcjonowały tylko polskie nazwy ulic, ale szeptało się, że Drukarska to była Gutengerg Strasse.

To, jak badzo niemieckie jest moje miasto, uświadomiłem sobie na dobre, będąc na wycieczce w Dreźnie. Niby przekroczyliśmy granicę, wjechaliśmy do innego państwa, ludzie mówią w niezrozumiałym języku a architektura, styl takie same jak u nas. Pomyślałem sobie: a więc na tym polega ta poniemieckość.

Jak wyglądało to nakładanie się polsko-niemieckiej historii?

Życiu w tym mieście towarzyszyło niepokojące uczucie przebywania w świecie równoległym, niczym z powieści Phlipa K. Dicka. Na Stadionie Olimpijskim, wcześniej im. Hermana Goeringa, widziałem finisz etapu kolarskiego Wyścigu Pokoju oraz pucharowe mecze piłkarskiego Śląska Wrocław. Na pierwsze koncerty i amerykańskie filmy katastroficzne chodziłem do Hali Ludowej (nazwa Hali Stulecia w PRL). Legenda z tamtych czasów mówiła, że centralnym elementem konstrukcyjnym jej wielkiej kopuły jest swastyka zasłonięta draperiami z flag biało i żółtoczerwonych. Owszem, przemawiał w niej niegdyś Hitler, ale zbudowana została jako Hala Stulecia na 20 lat przed jego dojściem do władzy.

Rozmawiałeś z rodzicami o historii tego miasta?

Nie. Rodzice z jednej strony dobrze odnaleźli się w socjalizmie i nie chcieli roztrząsać przeszłości. Z drugiej – ja jak nastolatek miałem okres buntu. Niby wiedziałem, gdzie mieszkam, ale nie interesowałem się historią. Owszem, chodziliśmy na to, co zostało z cmentarza żydowskiego, ale raczej by napić się wina w egzotycznych okolicznościach, a nie rozmawiać o przeszłości. Wtedy interesowała mnie przyszłość i to konkretna: jaka będzie następna dobra płyta punkowa i czy jest szansa, żebym to ja ją zrobił.

Trudno było uwierzyć, że Niemcy nie zawsze byli nazistami, szczególnie w Breslau, które było procentowo drugim ośrodkiem poparcia dla NSDAP w wyborach w 1932 roku. Z drugiej strony irytowało też wbijanie nam do głów piastowskiej tożsamości Wrocławia. W moim przypadku reakcją obronną na czarno-białą propagandę było nazwanie swego pierwszego zespołu Breslau SS (nazwa zainspirowana też angielskim punkowym London SS). Dopiero w latach 90. pojawił się klimat na wolne myślenie o historii miasta.

Jak powstała płyta „Breslau”?

Zabierając się do trzeciej płyty Skalpela, chcieliśmy wymyślić coś bardzo oryginalnego formalnie. Wiedzieliśmy, że temat polish jazz już się wyczerpał. Po kilku podejściach musieliśmy sie przed soba przyznać, że nie mamy wystarczająco dorego pomysłu. Postanowiliśmy odpocząć od siebie. Po pewnym czasie  pomyślałem, że może najpierw powinienem znaleźć temat do muzycznego opowiadania, a potem znajdę jego formę. Przeprowadziłem się wtedy na Oporów. Zwiedzając okolicę, natknąłem się na kolejne cmentarze: cmentarz żołnierzy polskich, żołnierzy włoskich, cmentarz Grabiszyński. Jest też rodzaj pomnika wszystkich cmentarzy wrocławskich zniszczonych po II wojnie światowej: ewangelickich, katolickich, komunalnych i żydowskich. Zacząłem zastanawiać się nad historią tego miasta; była zima, podobny czas, kiedy zaczynało się oblężenie Festung Breslau w 1945 roku. Wyobrażałem sobie, co czuli wtedy mieszkańcy.

I to był ten temat?

Tak, choć początkowo miałem ambitny plan – album miał składać się z dwóch części. Pierwszy krążek poświęcony Wrocławowi przedwojennemu, taki sielankowy, wyidealizowany obraz przeszłości: pergola, ogród japoński, ludzie spacerujący po ulicach. Nawet znalazłem na Youtubie filmy amatorskie z tamtych lat. Ale nie szło mi, nie wiedziałem, jak tę atmosferę przełożyć na muzykę bez popadania w kicz. Postanowiłem więc opowiedzieć muzyką historię oblężenia przez Rosjan twierdzy Wrocław od lutego do maja 1945 roku.

Kolejne utwory luźno nawiązują do kolejnych etapów wydarzeń. Na przykład „Alarm”: prawie do końca 1944 roku ludzie w Breslau żyli nie dotknięci wojną. Informacja, że miasto zostanie przekształcone w twierdzę musiała być dla nich szokiem. Zapanowała panika, przymusowe wcielania do wojska. „In flames” – to obraz płonącego miasta, ruin. „Street figting” – bestialskie walki uliczne. „Last Party in Breslau” czyli czas zabawy, ostatnich orgii, gdy ludzie wiedzieli, że nie ma już nic do stracenia i nie ma żadnej nadziei.

Dokształcałeś się?

Właściwie to nie. Płyta jestem efektem wyobrażeń z dzieciństwa, wczesnej młodości. Jako dziecko wierzyłem, że Festung Breslau to była jakaś monumentalna fortyfikacja, drugi Malbork: zasieki, mury, fosa... Dopiero niedawno dowiedziałem się, że nie wyglądało to tak spektakularnie. Ale robiąc płytę, wciąż odwoływałem się do tego wyobrażenia, a nie do faktów fistorycznych, dlatego ma ona miejscami takie apokaliptyczne brzmienie. Dopiero po nagraniu muzyki zaczynam grzebać w szczegółach – kupiłem książkę Normana Davisa „Mikrokosmos”, wspomnienia dwóch dowódców twierdzy i inne publikacje. Ale podkreslam, że moje „Breslau”  to nie jest soundtrack do historycznego filmu.

Nie bałeś się zarzutów, że uczestniczysz w dość podejrzanym procederze, jakim jest polska polityka historyczna?

Nie. Wiem, że było już Lao Che z Powstaniem Warszawskim, komiksy o Grunwaldzie. Ale tę płytę zrobiłem sam, od nikogo nie wziąłem pieniędzy. To osobista historia, potrzeba jakiegoś zakorzenienia w miejscu, którym żyję, spojrzenia na nie z perspektywy dłuższej niż moje życie. W tym mieście nie da się żyć tylko teraźniejszością. Płyta „Breslau” nie jest kolejny „projektem historycznym”, nadającym się do wykonań w szkołach i na "akademiach".

Jeżeli idzie za tym jakaś refleksja historyczna to taka, że w dziejowej rozgrywce nie zawsze jesteśmy graczami – czasem bywamy też pionkami, bezwolnie przesuwanymi z miejsca na miejsce. Historia powszechna nie jest tożsama z historią Polski. W 1945 roku w Breslau toczyła się ona bez naszego udziału, a to miasto dostaliśmy „z przydziału”, od mocarstw dzielących łupy wojenne. Historia Polski i Polska nie jest najważniejsza, chociaż czasami potrafi być bardzo ważna. Najważniejsi są ludzie i ich życie bez względu na narodowość.

Rozmawiał Jacek Tomczuk

 

Publikacja utworu "Last Party in Breslau" na stronie culturecongress.eu dzięki uprzejmości Isound Labels, polskiego dystrybutora albumu „Breslau” Igora Pudło.