Sztuką jest wszystko, co uchodzi na sucho.
Kultura składa się dziś z ofert, nie nakazów; z propozycji, a nie norm. Jak to już Bourdieu odnotował, kultura posługuje się dziś roztaczaniem pokus i rozstawianiem przynęt, kuszeniem i uwodzeniem, a nie normatywną regulacją; piarem raczej niż policyjnym nadzorem; produkcją, rozsiewaniem i nasadzaniem nowych potrzeb, pożądań i pragnień raczej niż przymusem. Jeśli istnieje coś, wobec czego dzisiejsza kultura pełni funkcję homeostatu, to jest to nie konserwacja stanu aktualnego, lecz przemożny pęd do nieustającej zmiany (choć w odróżnieniu od fazy oświeceniowej zmiany nieukierunkowanej czy o kierunku z góry nieokreślonym). Można by powiedzieć, że obsługuje ona nie tyle uwarstwienia i podziały społeczne, ile rynek zorientowany na przyśpieszanie obrotu konsumpcyjnych towarów.
Wszystkożerni
Nasze społeczeństwo jest społeczeństwem konsumentów, w jakim kultura, podobnie reszcie świata przez konsumentów doświadczanego, jawi się ludziom jako składnica przeznaczonych do konsumpcji towarów, z których każdy rywalizuje o przyciągnięcie nieznośnie ulotnej i rozproszonej uwagi potencjalnych klientów oraz zatrzymanie jej na sobie przez dłuższą niż mgnienie oka chwilę. Jak już zauważyliśmy na wstępie, wyzbycie się sztywnych standardów, niewybredzanie, akceptacja wszelkich gustów bez uprzywilejowywania i bez jednoznacznego opowiedzenia się po stronie któregokolwiek z nich, „elastyczność” preferencji (politycznie poprawnej dziś nazwy dla braku kręgosłupa) oraz tymczasowość i niekonsekwencja wyborów są wyróżnikami strategii zalecanej dziś jako jedyna właściwa i rozsądna. Znamieniem przynależności do kulturowej elity jest dziś maksymalna tolerancja i minimalna wybredność. Snobizmem kulturalnym jest ostentacyjne wyrzekanie się snobizmu.
Zasadą wyższości kulturowej jest wszystkożerność – i zachowywanie się w każdym środowisku kulturowym jak w domu, bez tego, by którekolwiek z nich za własny swój dom, a tym bardziej jedyny, uznawać. Telewizyjny recenzent/krytyk organu prasowego brytyjskiej elity intelektualnej zachwalał sylwestrowy program z 2007/08 r. za obietnicę „dostarczenia muzycznej rozrywki w zakresie zaspokajającym każdy apetyt”. „Dobre jest (w tym) – wyjaśnił – to, że jego uniwersalna atrakcyjność pozwala dowolnie przebierać w programie w zależności od preferencji” [1]. Godna to pochwały i, w rzeczy samej, pożądana właściwość kulturowej podaży w społeczeństwie, w którym sieci zastępują struktury, a nieprzerwana gra w podłączanie się i odłączanie do sieci oraz niekończący się ciąg połączeń i rozłączeń zastępują determinację, przypisanie i przynależność.
O co chodzi?
Opisywane tu tendencje mają inny jeszcze aspekt: jednym z następstw wyzwolenia sztuki z obciążających ją w przeszłości doniosłych funkcji jest też dystans, często ironiczny albo i cyniczny, wobec niej przyjmowany zarówno przez jej twórców, jak i jej odbiorców. Gdy o sztuce mowa, rzadko słychać w głosie powszechny jej dawniej ton namaszczenia i nabożeństwa. Nie kruszy się o sposoby jej uprawiania kopii. Nie wznosi się barykad. Nie pobrzękuje szabelką. Jeśli się już mówi się o przewagach jednej formy artystycznej nad drugą, to bez zacięcia i zacietrzewienia w głosie; a wyroki skazujące i odsądzające od czci i wiary rzadkie są jak nigdy dotąd.
Zza takiego stanu rzeczy przeziera zakłopotanie, niepewność siebie, poczucie zagubienia: jeśli twórcy sztuki nie mają zadań ogromnych a ważnych do spełnienia i jeśli ich twory nie służą niczemu poza przynoszeniem fortuny i rozgłosu garstce wybrańców, a ich beneficjentom – rozrywki i osobistej przyjemności, to wedle czego ją sądzić, jeśli nie wedle publicznego harmidru, jaki jej w danej chwili towarzyszy?
Jak ten stan rzeczy Marshall McLuhan zwięźle ocenił: „Sztuką jest wszystko, co ci może ujść na sucho”[2] . Albo jak to Damien Hirst, aktualnie bożyszcze najmodniejszych galerii londyńskich i tych, których stać na bycie ich klientami, przyznał w chwili szczerości, gdy się dowiedział o przyznaniu mu najbardziej na Wyspach Brytyjskich prestiżowej Nagrody Turnera: „To zadziwiające, czego można dokonać z trójką minus ze sztuki na maturze, zwichniętą wyobraźnią i piłą łańcuchową”.
Natychmiastowe grzybienie
Stopniową transformację pojęcia „kultury” do jej płynnonowoczesnego wcielenia napędzają te same siły, które sprzyjają wyzwoleniu rynków spod ograniczeń nieekonomicznej natury – a głównie społecznych, politycznych i etnicznych. Płynnie nowoczesna, na konsumenta zorientowana gospodarka liczy na nadmiar swych propozycji, ich przyspieszone starzenie się i szybki uwiąd ich uwodzicielskiej mocy. Ponieważ nie wiadomo z góry, które z proponowanych przedmiotów lub usług okażą się na tyle kuszące, by wzbudzić żądzę ich nabycia, jedyna droga do odsiania realiów z mrzonek wiedzie przez mnożenie prób i kosztownych błędów.
Nieprzerwana dostawa wciąż nowych ofert jest warunkiem przyśpieszenia towarowego obrotu, skracania czasowej odległości między nabyciem towaru a jego się pozbyciem i zastąpieniem „nowym i ulepszonym” towarem. Jest też niezbędna dla zapobiegnięcia sytuacji, w której kolejne rozczarowania klienta do konkretnych produktów skondensować by się mogły w ogólne zniechęcenie do życia tkanego z przędzy konsumpcyjnych uniesień na kanwie handlowych sieci.
Kultura przeobraża się dzisiaj w jeden z departamentów gigantycznego domu towarowego, jakim stał się świat przeżywany przez ludzi przeobrażonych, po pierwsze i po ostatnie, w konsumentów. Jak w innych działach tego megasklepu półki wypełnione są po brzegi wymienianymi co dzień atrakcjami, a lady ozdobione reklamami najnowszych ofert – znikającymi równie błyskawicznie jak reklamowane przez nie nowości się starzeją. Zarówno towary na półkach, jak i reklamy na ladach są obliczone na wzbudzanie zachłystujących, ale, jak to w ich naturze chwilowych, zachcianek (jak to kapitalnie ujął George Steiner – na „wywarcie maksymalnego wrażenia i natychmiastowe grzybienie”). Sprzedawcy towarów i autorzy reklam liczą na zaślubiny kunsztu uwodzenia z impulsem potencjalnych klientów do zabiegania o podziw współziomków i własną nad nimi przewagę.
Nieosiągalna satysfakcja
By nasze rozważania zwięźle podsumować: kultura płynnej nowoczesności nie posiada „ludu” do oświecania i uszlachetniania; posiada natomiast klientów do uwodzenia. Uwodzenie, w odróżnieniu od oświecenia czy uszlachetnienia, nie jest zadaniem do jednorazowego, raz-na-zawsze spełnienia, lecz niekończącą się czynnością. Funkcją kultury nie jest zaspokajanie istniejących potrzeb, ale stwarzanie nowych – przy równoczesnym utrzymywaniu potrzeb już wprzódy zakorzenionych czy posianych w stanie permanentnego niezaspokojenia. Jej troską naczelną jest zapobieganie satysfakcji jej byłych wychowanków/podopiecznych, teraz w klientów przedzierzgniętych, a już szczególnie przeciwdziałanie ich kompletnej i ostatecznej, niewymagającej dalszych uzupełnień satysfakcji, jaka nie pozostawiłaby miejsca dla dalszych, nowych i jeszcze niezaspokojonych pożądań i zachcianek.
Fragment książki Zygmunta Baumana „Kultura w płynnych czasach”, która ukaże się w maju 2011 roku. Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od redakcji.

















