Uwag parę o historycznych peregrynacjach pojęcia „kultury”

AAA

Zygmunt Bauman

Sztuką jest wszystko, co uchodzi na sucho.

Kul­tu­ra skła­da się dziś z ofert, nie na­ka­zów; z pro­po­zy­cji, a nie norm. Jak to już Bo­ur­dieu od­no­to­wał, kul­tu­ra po­słu­gu­je się dziś roz­ta­cza­niem po­kus i roz­sta­wia­niem przy­nęt, ku­sze­niem i uwo­dze­niem, a nie nor­ma­tyw­ną re­gu­la­cją; pia­rem ra­czej niż po­li­cyj­nym nad­zo­rem; pro­duk­cją, roz­sie­wa­niem i na­sa­dza­niem no­wych po­trzeb, po­żą­dań i pra­gnień ra­czej niż przy­mu­sem. Je­śli ist­nie­je coś, wo­bec cze­go dzi­siej­sza kul­tu­ra peł­ni fun­kcję ho­me­o­sta­tu, to jest to nie kon­ser­wa­cja sta­nu ak­tu­al­ne­go, lecz prze­moż­ny pęd do nie­u­sta­ją­cej zmia­ny (choć w od­róż­nie­niu od fa­zy oświe­ce­nio­wej zmia­ny nie­u­kie­run­ko­wa­nej czy o kie­run­ku z gó­ry nie­o­kre­ślo­nym). Moż­na by po­wie­dzieć, że ob­słu­gu­je ona nie ty­le uwar­stwie­nia i po­dzia­ły spo­łecz­ne, ile ry­nek zo­rien­to­wa­ny na przy­śpie­sza­nie ob­ro­tu kon­sum­pcyj­nych to­wa­rów.

Wszystkożerni

Na­sze spo­łe­czeń­stwo jest spo­łe­czeń­stwem kon­su­men­tów, w ja­kim kul­tu­ra, po­dob­nie resz­cie świa­ta przez kon­su­men­tów doświad­cza­ne­go, ja­wi się lu­dziom ja­ko skład­ni­ca prze­zna­czo­nych do kon­sum­pcji to­wa­rów, z któ­rych każ­dy ry­wa­li­zu­je o przy­cią­gnię­cie nie­znoś­nie ulot­nej i roz­pro­szo­nej uwa­gi po­ten­cjal­nych klien­tów oraz za­trzy­ma­nie jej na so­bie przez dłuż­szą niż mgnie­nie oka chwi­lę. Jak już za­u­wa­ży­liś­my na wstę­pie, wy­zby­cie się sztyw­nych stan­dar­dów, nie­wy­bre­dza­nie, ak­cep­ta­cja wszel­kich gu­stów bez uprzy­wi­le­jowy­wa­nia i bez jed­noz­nacz­ne­go opo­wie­dze­nia się po stro­nie któ­re­go­kol­wiek z nich, „ela­stycz­ność” pre­fe­ren­cji (po­li­tycz­nie po­praw­nej dziś na­zwy dla bra­ku krę­go­słu­pa) oraz tym­cza­so­wość i nie­kon­sek­wen­cja wy­bo­rów są wy­róż­ni­ka­mi stra­te­gii za­le­ca­nej dziś ja­ko je­dy­na wła­ści­wa i roz­sąd­na. Zna­mie­niem przy­na­leż­no­ści do kul­tu­ro­wej eli­ty jest dziś mak­sy­mal­na to­le­ran­cja i mi­ni­mal­na wy­bred­ność. Sno­biz­mem kul­tu­ral­nym jest osten­ta­cyj­ne wy­rze­ka­nie się sno­biz­mu.

Za­sa­dą wyż­szo­ści kul­tu­ro­wej jest wszyst­ko­żer­ność – i za­cho­wy­wa­nie się w każ­dym śro­do­wi­sku kul­tu­ro­wym jak w do­mu, bez te­go, by któ­re­kol­wiek z nich za włas­ny swój dom, a tym bar­dziej je­dy­ny, uzna­wać. Te­le­wi­zyj­ny re­cen­zent/kry­tyk or­ga­nu pra­so­we­go bry­tyj­skiej eli­ty in­te­lek­tu­al­nej za­chwa­lał syl­we­stro­wy pro­gram z 2007/08 r. za obiet­ni­cę „do­star­cze­nia mu­zycz­nej roz­ryw­ki w za­kre­sie za­spo­ka­ja­ją­cym każ­dy ape­tyt”. „Do­bre jest (w tym) – wy­jaś­nił – to, że je­go uni­wersalna atrak­cyj­ność poz­wa­la do­wol­nie prze­bie­rać w pro­gra­mie w za­leż­no­ści od pre­fe­ren­cji” [1]. God­na to po­chwa­ły i, w rze­czy sa­mej, po­żą­da­na wła­ści­wość kul­tu­ro­wej po­da­ży w spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym sie­ci za­stę­pu­ją struk­tu­ry, a nie­przer­wa­na gra w pod­łą­cza­nie się i od­łą­cza­nie do sie­ci oraz nie­koń­czą­cy się ciąg po­łą­czeń i roz­łą­czeń za­stę­pu­ją de­ter­mi­na­cję, przy­pi­sa­nie i przy­na­leż­ność.

O co chodzi?

Opi­sy­wa­ne tu ten­den­cje ma­ją in­ny jesz­cze as­pekt: jed­nym z na­stępstw wy­zwo­le­nia sztu­ki z ob­cią­ża­ją­cych ją w prze­szło­ści do­nio­słych fun­kcji jest też dy­stans, czę­sto iro­nicz­ny al­bo i cy­nicz­ny, wo­bec niej przyj­mo­wa­ny za­rów­no przez jej twór­ców, jak i jej od­bior­ców. Gdy o sztu­ce mo­wa, rzad­ko sły­chać w gło­sie po­wszech­ny jej daw­niej ton na­masz­cze­nia i na­bo­żeń­stwa. Nie kru­szy się o spo­so­by jej upra­wia­nia ko­pii. Nie wzno­si się ba­ry­kad. Nie po­brzę­ku­je sza­bel­ką. Je­śli się już mó­wi się o prze­wa­gach jed­nej for­my ar­ty­stycz­nej nad dru­gą, to bez za­cię­cia i za­cie­trze­wie­nia w gło­sie; a wy­ro­ki ska­zu­ją­ce i od­są­dza­ją­ce od czci i wia­ry rzad­kie są jak ni­gdy do­tąd.
Zza ta­kie­go sta­nu rze­czy prze­zie­ra za­kło­po­ta­nie, nie­pew­ność sie­bie, po­czu­cie za­gu­bie­nia: je­śli twór­cy sztu­ki nie ma­ją za­dań ogrom­nych a waż­nych do speł­nie­nia i je­śli ich two­ry nie słu­żą ni­cze­mu po­za przy­no­sze­niem for­tu­ny i roz­gło­su gar­stce wy­brań­ców, a ich be­ne­fi­cjen­tom – roz­ryw­ki i oso­bi­stej przy­jem­no­ści, to we­dle cze­go ją są­dzić, je­śli nie we­dle pu­blicz­ne­go har­mi­dru, ja­ki jej w da­nej chwi­li to­wa­rzy­szy?

Jak ten stan rze­czy Mar­shall McLu­han zwię­źle oce­nił: „Sztu­ką jest wszyst­ko, co ci mo­że ujść na su­cho”[2] . Al­bo jak to Da­mien Hirst, ak­tu­al­nie bo­żysz­cze naj­mod­niej­szych ga­le­rii lon­dyń­skich i tych, któ­rych stać na by­cie ich klien­ta­mi, przy­znał w chwi­li szcze­ro­ści, gdy się do­wie­dział o przy­zna­niu mu naj­bar­dziej na Wy­spach Bry­tyj­skich pre­sti­żo­wej Na­gro­dy Tur­ne­ra: „To za­dzi­wia­ją­ce, cze­go moż­na do­ko­nać z trój­ką mi­nus ze sztu­ki na ma­tu­rze, zwich­nię­tą wy­o­braź­nią i pi­łą łań­cu­cho­wą”.

Natychmiastowe grzybienie

Stop­nio­wą trans­for­ma­cję po­ję­cia „kul­tu­ry” do jej płyn­nono­wo­czes­ne­go wcie­le­nia na­pę­dza­ją te sa­me si­ły, któ­re sprzy­ja­ją wy­zwo­le­niu ryn­ków spod ogra­ni­czeń nie­e­ko­no­micz­nej na­tu­ry – a głów­nie spo­łecz­nych, po­li­tycz­nych i et­nicz­nych. Płyn­nie no­wo­czes­na, na kon­su­men­ta zo­rien­to­wa­na gos­po­dar­ka li­czy na nad­miar swych pro­po­zy­cji, ich przy­spie­szo­ne sta­rze­nie się i szyb­ki uwiąd ich uwo­dzi­ciel­skiej mo­cy. Po­nie­waż nie wia­do­mo z gó­ry, któ­re z pro­po­no­wa­nych przed­mio­tów lub usług oka­żą się na ty­le ku­szą­ce, by wzbu­dzić żą­dzę ich na­by­cia, je­dy­na dro­ga do od­sia­nia re­a­liów z mrzo­nek wie­dzie przez mno­że­nie prób i kosz­tow­nych błę­dów.

Nie­przer­wa­na do­sta­wa wciąż no­wych ofert jest wa­run­kiem przy­śpie­sze­nia to­wa­ro­we­go ob­ro­tu, skra­ca­nia cza­so­wej od­leg­ło­ści mię­dzy na­by­ciem to­wa­ru a je­go się po­zby­ciem i za­stą­pie­niem „no­wym i ulep­szo­nym” to­wa­rem. Jest też nie­zbęd­na dla za­po­bie­gnię­cia sy­tu­a­cji, w któ­rej ko­lej­ne roz­cza­ro­wa­nia klien­ta do kon­kret­nych pro­duk­tów skon­den­so­wać by się mog­ły w ogól­ne znie­chę­ce­nie do ży­cia tka­ne­go z przę­dzy kon­sum­pcyj­nych unie­sień na kan­wie han­dlo­wych sie­ci.

Kul­tu­ra prze­o­bra­ża się dzi­siaj w je­den z de­par­ta­men­tów gi­gan­tycz­ne­go do­mu to­wa­ro­we­go, ja­kim stał się świat prze­ży­wa­ny przez lu­dzi prze­o­bra­żo­nych, po pier­wsze i po osta­t­nie, w kon­su­men­tów. Jak w in­nych dzia­łach te­go me­gask­le­pu pół­ki wy­peł­nio­ne są po brze­gi wy­mie­nia­ny­mi co dzień atrak­cja­mi, a la­dy ozdo­bio­ne re­kla­ma­mi naj­no­wszych ofert – zni­ka­ją­cy­mi rów­nie bły­ska­wicz­nie jak re­kla­mo­wa­ne przez nie no­wo­ści się sta­rze­ją. Za­rów­no to­wa­ry na pół­kach, jak i re­kla­my na la­dach są ob­li­czo­ne na wzbu­dza­nie za­chły­stu­ją­cych, ale, jak to w ich na­tu­rze chwi­lo­wych, za­chcia­nek (jak to ka­pi­tal­nie ujął Ge­or­ge Ste­i­ner – na „wy­war­cie mak­sy­mal­ne­go wra­że­nia i na­tych­mia­sto­we grzy­bie­nie”). Sprze­daw­cy to­wa­rów i au­to­rzy re­klam li­czą na za­ślu­bi­ny kun­sztu uwo­dze­nia z im­pul­sem po­ten­cjal­nych klien­tów do za­bie­ga­nia o po­dziw współ­ziom­ków i włas­ną nad ni­mi prze­wa­gę.

Nieosiągalna satysfakcja

By na­sze roz­wa­ża­nia zwię­źle pod­su­mo­wać: kul­tu­ra płyn­nej no­wo­czes­no­ści nie po­sia­da „lu­du” do oświe­ca­nia i uszla­chet­nia­nia; po­sia­da nato­miast klien­tów do uwo­dze­nia. Uwo­dze­nie, w od­róż­nie­niu od oświe­ce­nia czy uszla­chet­nie­nia, nie jest za­da­niem do jed­no­ra­zo­we­go, raz-na-za­wsze speł­nie­nia, lecz nie­koń­czą­cą się czyn­no­ścią. Fun­kcją kul­tu­ry nie jest za­spo­ka­ja­nie ist­nie­ją­cych po­trzeb, ale stwa­rza­nie no­wych – przy rów­no­czes­nym utrzy­my­wa­niu po­trzeb już wprzó­dy za­ko­rze­nio­nych czy po­sia­nych w sta­nie per­ma­nen­tne­go nie­zas­po­ko­je­nia. Jej tro­ską na­czel­ną jest za­po­bie­ga­nie sa­tys­fak­cji jej by­łych wy­cho­wan­ków/po­do­piecz­nych, te­raz w klien­tów prze­dzierz­gnię­tych, a już szcze­gól­nie prze­ciw­dzia­ła­nie ich kom­plet­nej i osta­tecznej, nie­wy­ma­ga­ją­cej dal­szych uzu­peł­nień sa­tys­fak­cji, ja­ka nie po­zo­sta­wi­ła­by miej­sca dla dal­szych, no­wych i jesz­cze nie­zaspo­ko­jo­nych po­żą­dań i za­chcia­nek.

Fragment książki Zygmunta Baumana „Kultura w płynnych czasach”, która ukaże się w maju 2011 roku. Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od redakcji.

  1. 1. Patrz: Z. Bauman, Życie na przemiał, Kraków 2007.
  2. 2. P.A.French, Hootenanny New Year to All, "The Observer", 30.12.2007/5.01.2008
odsłuchaj zawartość strony wersja do druku

  1. wqtttHpiYJps2011-09-16 11:50:19

    That's more than senibsle! That's a great post!

  2. RsjboMukIXVUIjTgtQ2011-12-25 04:14:38

    That saves me. Thanks for being so seslnibe!

  3. uaCjUxkZqZaokTHK2011-12-25 08:59:03

    I will be putting this dazzling iisnhgt to good use in no time.