tematy / Niebezpieczne związki

Kultura między państwem a rynkiem

Zygmunt Bauman

Wiele jest powodów po temu, by ludzie sztuki i administratorzy nie darzyli się nawzajem miłością.

Theodore Adorno zauważa [1], T że „za­war­cie obiek­tyw­ne­go du­cha epo­ki w jed­nym po­ję­ciu »kul­tu­ry« zdra­dza z miej­sca punkt wi­dze­nia ad­mi­ni­stra­cji, z czy­jej to od­gór­nej per­spek­ty­wy za­da­nie po­le­ga na gro­ma­dze­niu, dy­stry­bu­cji, wy­ce­nia­niu i or­ga­ni­zo­wa­niu” – i prze­cho­dzi do wy­li­cze­nia cech cha­rak­te­ry­stycz­nych wspom­nia­ne­go pun­ktu wi­dze­nia:

„Wy­ma­ga­nia sta­wia­ne kul­tu­rze przez ad­mi­ni­stra­cję są ze swej isto­ty he­te­ro­no­micz­ne: bez wzglę­du na for­mę, ja­ką kul­tu­ra przy­bie­rze, ma być ona są­dzo­na we­dle norm jej nie­swo­i­stych i nie­ma­ją­cych nic wspól­ne­go z ja­ko­ścią przed­mio­tu, a za to wszyst­ko wspól­ne z ja­kimś ga­tun­kiem ab­strak­cyj­nych stan­dar­dów na­rzu­co­nych z ze­wnątrz” [2].

Ale jak się moż­na by­ło spo­dzie­wać w przy­pad­ku tak asy­me­trycz­nej re­la­cji spo­łecz­nej, cał­kiem in­ny wi­dok wi­nien był się uka­zać oczom do­świad­cza­ją­cych te­goż sta­nu rze­czy z prze­ci­wleg­łe­go krań­ca – od stro­ny za­rzą­dza­nych, a nie za­rząd­ców; a i cał­kiem in­ny sąd był­by wów­czas wy­da­ny, gdy­by ob­ser­wa­to­rzy ulo­ko­wa­ni po tej dru­giej stro­nie mie­li pra­wo for­mu­ło­wa­nia i wy­da­wa­nia są­dów. Na­le­ża­ło­by spo­dzie­wać się pa­no­ra­my nie­u­za­sad­nio­nej a nie­po­żą­da­nej re­pre­sji i wer­dyk­tu nie­spra­wie­dli­wo­ści i bez­pra­wia.

Z tej dru­giej per­spek­ty­wy kul­tu­ra ja­wi się w jej opo­zy­cji do za­rzą­dza­nia, a to z tej przy­czy­ny, że jak to ujął Oscar Wil­de (pro­wo­ka­cyj­nie, zda­niem Ador­na), kul­tu­ra jest „bez­u­ży­tecz­na” lub przy­naj­mniej za ta­ką jest uzna­wa­na, jak dłu­go jej (sa­moz­wań­czy, a z pun­ktu wi­dze­nia sztu­ki bez­praw­ni) nad­zor­cy dzier­żą mo­no­pol na wy­zna­cza­nie li­nii gra­nicz­nej mię­dzy uży­tecz­no­ścią a bra­kiem po­żyt­ku. W tym uję­ciu „kul­tu­ra”re­pre­zen­tu­je zda­niem Ador­na in­te­re­sy i żą­da­nia te­go, co szcze­gól­ne, wo­bec ho­mo­ge­ni­zu­ją­cych na­ci­sków te­go, co „ogól­ne” – i „przy­bie­ra bez­kom­pro­mi­so­wo kry­tycz­ną wo­bec ist­nie­ją­ce­go sta­nu rze­czy, jak i je­go in­sty­tu­cji, po­sta­wę” [3].

Piękne sztuki walki

Ko­li­zja, tlą­cy się nie­u­stan­nie an­ta­go­nizm, a od cza­su do cza­su otwar­ty kon­flikt mię­dzy dwie­ma z od­mien­nych do­świad­czeń wy­wo­dzą­cy­mi się per­spek­ty­wa­mi i na­rra­cja­mi nie da­ją się uni­k­nąć. Nie moż­na za­po­biec wy­pły­wa­niu ich kon­flik­tu na po­wierz­chnię ani też się nie da ich an­ta­go­niz­mu uśmie­rzyć, ile­kroć to się sta­je. Sto­su­nek za­rząd­ców i za­rzą­dza­nych jest ze swej na­tu­ry ago­ni­stycz­ny: stro­ny dą­żą do prze­ciw­staw­nych ce­lów i mo­gą wspó­łist­nieć li tyl­ko w sta­nie po­ten­cjal­nej ko­li­zji, w atmo­s­fe­rze wza­jem­nej po­dej­rzli­wo­ści i pod ciś­nie­niem na­ra­sta­ją­cej raz po raz po­ku­sy do zmie­rze­nia się si­ła­mi.

Kon­flikt jest szcze­gól­nie ja­skra­wy, star­cia są naj­za­cie­klej­sze, a re­la­cje wza­jem­ne brze­mien­ne szcze­gól­nie ka­ta­stro­fal­ny­mi na­stęp­stwa­mi w przy­pad­ku sztuk pięk­nych – od­dzia­łów przed­nich kul­tu­ry i sil­ni­ka jej dy­na­mi­ki...

Sztu­ki pięk­ne są naj­bar­dziej wy­sfo­ro­wa­ny­mi do przo­du od­dzia­ła­mi kul­tu­ry; z tej ra­cji nie mo­gą się po­wstrzy­mać przed po­dej­mo­wa­niem wciąż no­wych wy­praw zwia­dow­czych i pod­ja­zdo­wych wy­pa­dów, prze­bi­ja­jąc za ich po­mo­cą, mosz­cząc i na­no­sząc na ma­pę szla­ki, któ­ry­mi ca­łość kul­tu­ry ludz­kiej ma/win­na pod­ą­żyć („Sztu­ka nie jest lep­szym, ale al­ter­na­tyw­nym spo­so­bem ist­nie­nia” – no­to­wał Jo­sif Brod­ski [4]; „Nie jest ona pró­bą ucie­czki przed rze­czy­wi­sto­ścią, lecz wręcz prze­ciw­nie: pró­bą tchnię­cia w nią du­cha”). Twór­cy sztu­ki są ze swej na­tu­ry ad­wer­sa­rza­mi al­bo kon­ku­ren­ta­mi w po­czy­na­niach, któ­re za­rząd­cy pra­gnę­li­by prze­cież uczy­nić ich wy­łącz­ną pre­ro­ga­ty­wą.

Im bar­dziej się dy­stan­su­ją od pa­nu­ją­cych po­rząd­ków i im bar­dziej sta­now­czo od­ma­wia­ją im się pod­da­nia, tym mniej się sztu­ki i ar­ty­ści na­da­ją do słu­że­nia ce­lom, ja­kie sta­wia przed ni­mi ad­mi­ni­stra­cja. A to znów zna­czy, że ich za­rząd­cy de fac­to czy in spe mu­szą uwa­żać ich za bez­u­ży­tecz­nych dla spra­wy, je­śli już nie zgo­ła dla niej szko­dli­wych. Za­rząd­cy i ar­ty­ści sta­wia­ją so­bie ce­le wza­jem prze­ciw­staw­ne: duch za­rzą­dza­nia po­zo­sta­je w sta­nie usta­wicz­nej woj­ny z przy­god­no­ścią, któ­ra jest na­tu­ral­nym śro­do­wi­skiem/eko­to­pem sztuk. Ale jak już za­u­wa­ży­liś­my przed chwi­lą, zaj­mu­jąc się szki­co­wa­niem wy­o­bra­ża­nych al­ter­na­tyw dla ak­tu­al­nie ist­nie­ją­cych sta­nów rze­czy, twór­cy sztu­ki chcąc nie chcąc ry­wa­li­zu­ją z za­rząd­ca­mi, któ­rych kon­tro­la spra­wo­wa­na nad ludz­ki­mi po­czy­na­nia­mi i wy­si­łek ma­ni­pu­lo­wa­nia praw­do­po­do­bień­stwa­mi ich za­jścia spro­wa­dza­ją się w osta­tecznym ra­chun­ku do chę­ci za­wład­nię­cia przy­szło­ścią. Wie­le jest więc po­wo­dów po te­mu, by lu­dzie sztu­ki i ad­mi­ni­stra­to­rzy nie da­rzy­li się na­wza­jem mi­ło­ścią...

Małżeństwo z rozsądku

Mó­wiąc o kul­tu­rze, ale ma­jąc głów­nie sztu­ki pięk­ne na uwa­dze, Ador­no uzna­je nie­uch­ron­ność kon­flik­tu mię­dzy nią a ad­mi­ni­stra­cją. Ale twier­dzi za­ra­zem, że an­ta­go­ni­ści po­trze­bu­ją sie­bie na­wza­jem; że co wię­cej sztu­ka po­trze­bu­je pro­tek­to­rów, i to moż­nych, ja­ko że bez po­mo­cy z ich stro­ny jej po­wo­ła­nie speł­nić się nie da. Sy­tu­a­cja cał­kiem jak w licz­nych sta­dłach mał­żeń­skich zna­nych z te­go, że mał­żon­ko­wie nie są w sta­nie żyć ze so­bą w zgo­dzie, ale i bez sie­bie żyć nie po­tra­fią...Jak bar­dzo nie­wy­god­ny, nie­przy­jem­ny, nie­znoś­ny był­by ży­wot za­tru­wa­ny na co dzień skry­tą nie­chę­cią wza­jem­ną i pe­łen jaw­nych utar­czek i kłót­ni, naj­wię­kszym nie­szczę­ściem, ja­kie mog­ło­by spaść na kul­tu­rę (ści­ślej mó­wiąc, na sztu­ki pięk­ne), był­by osta­teczny i bez­wa­run­ko­wy triumf nad jej prze­ciw­ni­kiem:

„Kul­tu­ra cier­pi, gdy się ją pla­nu­je i nią za­wia­du­je; je­śli się ją po­zo­sta­wi sa­mą so­bie, wszyst­ko, co kul­tu­ro­we, mo­że być jed­nak­że po­zba­wio­ne efek­tu, a i sa­mo jej ist­nie­nie sta­nąć mo­że pod zna­kiem za­py­ta­nia”. [5]

Wy­ra­ża­jąc tę opi­nię, Ador­no raz jesz­cze wy­kła­da smęt­ny wnio­sek, do ja­kie­go wspól­nie z Mak­sem Hor­khe­i­me­rem do­szedł, pra­cu­jąc nad „Dia­lek­ty­ką Oświe­ce­nia”: że mia­no­wi­cie dzie­je daw­nych re­li­gii, po­dob­nie jak do­świad­cze­nia no­wo­czes­nych par­tii i re­wo­lu­cji, po­u­cza­ją,
iż ce­ną prze­trwa­nia jest „prze­ku­cie idei w pa­no­wa­nie” [6].  Tę na­u­kę z hi­sto­rii pły­ną­cą trze­ba zda­niem Ador­na szcze­gól­nie pil­nie stu­dio­wać, by ją przy­swo­ić i wpo­ić prak­ty­ce za­wo­do­wych twór­ców kul­tu­ry, któ­rzy dźwi­ga­jąc na swo­ich bar­kach głów­ny cię­żar „trans­gre­syw­nej” fun­kcji kul­tu­ry i świa­do­mie przyj­mu­jąc za nią od­po­wie­dzial­ność, czy­nią z kry­ty­ki i trans­gre­sji włas­ny spo­sób by­cia:

Wez­wa­nia twór­ców kul­tu­ry do wy­co­fa­nia się z pro­ce­dur ad­mi­ni­stra­cyj­nych i trzy­ma­nia się od nich na od­leg­łość dźwię­czą pu­sto. Gdy­by się tych wez­wań po­słu­cha­li, nie tyl­ko po­zba­wi­li­by się środ­ków do ży­cia, ale też stra­ci­li­by ja­ki­kol­wiek wpływ na spo­łe­czeń­stwo i wszel­ki z nim kon­takt – czy­li coś, bez cze­go ist­nie­nie kul­tu­ry obejść się nie mo­że; a na to naj­ucz­ci­wsza na­wet sztu­ka nie mo­że się po­wa­żyć.”[7].

Co tu du­żo mó­wić: rze­czy­wi­ście tra­fia­my tu na pa­ra­doks, i to je­den z tych, któ­re naj­trud­niej roz­wi­kłać... Za­rząd­cy mu­szą bro­nić po­wie­rzo­ne­go ich pie­czy ukła­du okre­śla­ne­go ja­ko „po­rzą­dek rze­czy”, czy­li te­go właś­nie ukła­du, ja­ki ar­ty­ści wier­ni po­wo­ła­niu sztu­ki mu­szą nad­wy­rę­żać, de­ma­sku­jąc prze­wrot­ność je­go lo­gi­ki, a kwe­stio­nu­jąc je­go mą­drość.

Jak Ador­no su­ge­ru­je, przy­ro­dzo­na po­dej­rzli­wość ad­mi­ni­stra­cji wo­bec wro­dzo­nej nie­sfor­no­ści i rów­nie przy­ro­dzo­nej nie­prze­wi­dy­wal­no­ści sztu­ki nie mo­że nie być dla ar­ty­stów sta­łym ca­sus be­lli. Z dru­giej jed­nak stro­ny, jak nie omiesz­ku­je do­dać, twór­cy kul­tu­ry nie mo­gą się obejść bez ad­mi­ni­stra­cji, je­śli, wier­ni swe­mu po­wo­ła­niu i pra­gnąc od­mie­nić świat (je­śli się da, to na lep­sze), chcą być sły­szal­ni i wi­dzial­ni, a w mia­rę moż­no­ści wy­słu­cha­ni i do­strze­że­ni. Twór­cy kul­tu­ry nie ma­ją ra­dy, po­wia­da Ador­no: mu­szą ob­co­wać z tym pa­ra­dok­sem na co dzień.

Jak­kol­wiek głoś­no by pom­sto­wa­li na pre­ten­sje i in­ge­ren­cje ad­mi­ni­stra­cji, al­ter­na­ty­wą dla mo­dus co­vi­ven­di jest stra­ta spo­łecz­ne­go zna­cze­nia i po­grą­że­nie się w nie­by­cie. Twór­cy mo­gą wy­bie­rać mię­dzy bar­dziej lub mniej znoś­ny­mi dla nich for­ma­mi i sty­la­mi za­rzą­dza­nia – ale nie ma­ją wy­bo­ru mię­dzy ak­cep­ta­cją a od­rzu­ce­niem in­sty­tu­cji za­rzą­dza­nia ja­ko ta­kiej. W każ­dym ra­zie rosz­cze­nie so­bie pra­wa do ta­kie­go wy­bo­ru jest nie­re­a­li­stycz­ną mrzon­ką.

Rywalizacja w rodzeństwie

Oma­wia­ne­go tu pa­ra­dok­su nie da się roz­wi­kłać z te­go po­wo­du, że na prze­kór wszel­kim mię­dzy ni­mi za­tar­gom i po­ta­jem­ne­mu czy ha­ła­śli­we­mu ob­rzu­ca­niu się obel­ga­mi i po­mó­wie­nia­mi, twór­cy kul­tu­ry i urzęd­ni­cy od kul­tu­ry współ­ży­ją w tym sa­mym do­mo­stwie i wspó­łu­czest­ni­czą w tym sa­mym przed­sięw­zię­ciu. Ich spo­ry są, jak by to psy­cho­lo­go­wie okre­śli­li, prze­ja­wem „ry­wa­li­za­cji w ro­dzeń­stwie”.

Jed­ni i dru­dzy po­wo­do­wa­ni są ta­kim sa­mym po­jmo­wa­niem swo­jej we wspól­nym świe­cie ro­li i jej prze­zna­cze­nia, ja­kim jest uczy­nie­nie wspól­ne­go im świa­ta in­nym, niż po­zo­sta­wał­by czy stał­by się bez ich in­ge­ren­cji i wkła­du w je­go stan i fun­kcjo­no­wa­nie.

Jed­ni i dru­dzy ży­wią (nie­bez­za­sad­ne) wąt­pli­wo­ści co do te­go, czy po­rzą­dek rze­czy, ak­tu­al­nie ist­nie­ją­cy czy po­żą­da­ny, móg­łby się ostać czy po­wstać o włas­nych si­łach i bez ich udzia­łu. Co do te­go, że świat wy­ma­ga nie­u­stan­nie czuj­ne­go nad­zo­ru i czę­ste­go ko­ry­go­wa­nia, nie ma mię­dzy ni­mi spo­ru; nie­zgo­da do­ty­czy tyl­ko przed­mio­tu ko­rek­tu­ry i kie­run­ku, ja­ki za­bie­gom na­praw­czym na­le­ża­ło­by nad­ać. W osta­tecznym ra­chun­ku je­dy­ną staw­ką w kon­flik­cie i nie­u­sta­ją­cej pró­bie sił jest pra­wo do po­dej­mo­wa­nia w tych kwe­stiach de­cy­zji i moc po­sta­wie­nia na swo­im, czy­li uczy­nie­nia pod­ję­tej de­cy­zji wią­żą­cą.

Bezużyteczne piękno

Han­nah Arendt po­szła o krok da­lej i za­jrza­ła po­za bez­poś­red­nią staw­kę kon­flik­tu, się­ga­jąc, by tak rzec, do eg­zy­sten­cjal­nych ko­rze­ni nie­zgo­dy:

„Rzecz jest przed­mio­tem kul­tu­ry w za­leż­no­ści od dłu­go­ści jej trwa­nia; jej trwa­łość zaś po­zo­sta­je w opo­zy­cji do jej fun­kcjo­nal­no­ści – as­pek­tu, któ­ry mu­siał­by uczy­nić ją prze­mi­jal­ną i spo­wo­do­wać jej znik­nię­cie ze świa­ta zja­wisk przez jej wy­czer­pa­nie, zu­ży­cie się czy zdar­cie...
Kul­tu­ra znaj­du­je się pod ugro­zą, kie­dy wszyst­kie obiek­ty, po­wsta­łe te­raz czy w prze­szło­ści, są trak­to­wa­ne wy­łącz­nie przez pryz­mat fun­kcji gra­nej w ży­wot­nych pro­ce­sach spo­łecz­nych – jak­by nie mia­ły one żad­nej ra­cji by­tu po­za za­spo­ko­je­niem ja­kiejś po­trze­by, i to bez wzglę­du na to, o jak wznio­słą czy jak nik­czem­ną po­trze­bę idzie.” [8]

Zda­niem Arendt kul­tu­ra się­ga po­za i po­nad re­a­lia bie­żą­ce. Nie li­czy się z tym, co w da­nym mo­men­cie zna­laz­ło się na po­rząd­ku dzien­nym i zo­sta­ło mia­no­wa­ne „im­pe­ra­ty­wem chwi­li”; a przy­naj­mniej za­bie­ga o to, by nie wią­zać się li­mi­ta­mi za­kre­ślo­ny­mi przez „ak­tu­al­ność” spra­wy przez ko­go­kol­wiek i jak­kol­wiek de­kre­to­wa­ną, i sta­ra się uwol­nić od skrę­po­wań przez nią na­rzu­ca­nych.

By­cie zu­ży­tym/spo­ży­tym na miej­scu i na po­cze­ka­niu, a tym bar­dziej ule­ga­nie znisz­cze­niu w to­ku i w wy­ni­ku zu­ży­wa­nia/spo­ży­wa­nia, nie jest zda­niem Arendt prze­zna­cze­niem wy­two­rów kul­tu­ry ani tym bar­dziej mier­ni­kiem ich war­to­ści.

Arendt twier­dzi, że w kul­tu­rze (w do­my­śle: w sztu­ce) idzie o pięk­no – a mo­im zda­niem wy­bie­ra ona to mia­no dla za­in­te­re­so­wań kul­tu­ry dla­te­go, że idea pięk­na jest sy­no­ni­mem czy ucie­leś­nie­niem ide­a­łu twar­do i upar­cie wy­my­ka­ją­ce­go się ro­zu­mo­wym uza­sad­nie­niom czy przy­czy­no­wym ob­jaś­nie­niom. Pięk­no jest ze swej isto­ty po­zba­wio­ne ce­lu czy oczy­wi­ste­go po­żyt­ku, ni­cze­mu in­ne­mu po­za so­bą nie słu­żąc – ani też nie mo­że uspra­wie­dli­wić swe­go ist­nie­nia po­wo­ła­niem się na już uzna­ną, od­czu­wa­ną i zdo­ku­men­to­wa­ną po­trze­bę do­ma­ga­ją­cą się nie­cier­pli­wie a do­noś­nie za­spo­ko­je­nia.

Ja­kie­kol­wiek po­trze­by mia­ło­by pięk­no ewen­tu­al­nie za­spo­ko­ić, mu­szą być jesz­cze wy­wa­bio­ne na świat i po­wo­ła­ne do ży­cia ak­tem ar­ty­stycz­ne­go stwo­rze­nia. Rzecz jest „obiek­tem kul­tu­ro­wym” o ty­le, o ile trwa dłu­żej niż ja­ki­kol­wiek po­ży­tek, któ­ry mógł to­wa­rzy­szyć czy przy­świe­cać jej przy­jściu na świat.

Idą zmiany

Twór­cy kul­tu­ry mo­gą dziś tak sa­mo jak daw­niej bun­to­wać się prze­ciw wścib­skiej a na­tręt­nej in­ge­ren­cji, któ­ra dziś po­dob­nie jak w daw­nych la­tach na­ci­ska na oce­nę two­rów kul­tu­ry we­dle kry­te­riów wo­bec twór­czo­ści ze­wnętrz­nych, ob­cych i nie­chęt­nych przy­ro­dzo­nej nie­fun­kcjo­nal­no­ści, nie­sfor­nej ży­wio­ło­wo­ści i nie­u­gię­tej nie­za­wi­sło­ści two­rze­nia. Prze­ciw sze­fom mia­no­wa­nym lub sa­moz­wań­czym, któ­rzy tak sa­mo jak daw­niej wy­zy­sku­ją mo­ce i za­so­by, ja­ki­mi za­wia­du­ją dla wy­mu­sza­nia po­słu­szeń­stwa wo­bec re­guł przez sie­bie za­pro­wa­dza­nych i stan­dar­dów uży­tecz­no­ści przez sie­bie usta­na­wia­nych; któ­rzy, sum­ma sum­ma­rum, tak sa­mo jak daw­niej pod­ci­na­ją skrzy­dła ar­ty­stycz­nej wy­o­braź­ni i pod­wa­ża­ją za­sa­dy kie­ru­ją­ce twór­czo­ścią ar­ty­sty. Coś jed­nak się w sy­tu­a­cji sztu­ki i jej twór­ców w osta­t­nich dzie­się­cio­le­ciach od­mie­ni­ło: po pier­wsze, na­tu­ra za­rząd­ców-za­wia­dow­ców ak­tu­al­nie spra­wu­ją­cych zwierz­chnic­two nad sztu­ką lub as­pi­ru­ją­cych do je­go spra­wo­wa­nia. Po dru­gie, środ­ki, ja­ki­mi po­słu­gu­ją się w je­go osią­ga­niu. Po trze­cie, sens wkła­da­ny przez za­rząd­ców no­we­go cho­wu w „fun­kcjo­nal­ność” i „uży­tecz­ność”, ja­kich wy­ma­ga­ją od sztu­ki i do ja­kich ją ku­szą i/lub przy­mu­sza­ją.

Fragment książki Zygmunta Baumana „Kultura w płynnych czasach”, która ukaże się w maju 2011 roku. Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od redakcji.

  1. 1. Theodor W. Adorno „Culture and Administration”, w: J. M. Bernstein „The Culture Industry: Selected Essays on Mass Culture by Theodore W. Adorno”, Routledge 1991, s.93. Cytując tu deklarację programową Adorna z jej angielskiego przykładu, pozwolę sobie jednak zauważyć, że angielski termin „management” (a zatem i polskie terminy „zarządzanie” czy „zawiadywanie”) lepiej oddają sens użytego w oryginale przez Adorna niemieckiego terminu Verwaltung.
  2. 2. Ibid.,s98
  3. 3. Por. Ibid. ss 93,98,100.
  4. 4. J. Brodsky, The Child of Civilization, [w:] Less than one: Selected Esseys, New York 1987, s.123.
  5. 5. T. W. Adorno, op. cit., s. 4.
  6. 6. Por. T Adorno, M. Horkheimer, Dialectics of Enlightment, Verso 1979, ss. 216-7.
  7. 7. T. W. Adorno, op.cit., s. 103
  8. 8. H. Arendt, La crise de la culture, Paris 1968, s. 266-267.