tematy / Kultura w akcji

Wrzenie arabskiego świata

Guy Sorman

Wrzenie w śródziemnomorskich państwach arabskich kładzie kres powszechnym w Europie uprzedzeniom wobec Arabów i muzułmanów. Zbyt długo władze państw europejskich uznawały za normę rządy despotów i nędzę, jaką cierpieli ich poddani. Zbyt łatwo przechodziliśmy nad tym do porządku dziennego, być może za sprawą niezrozumienia istoty islamu i kultury arabskiej. Przywódcy europejscy powtarzali, że islamu nie da się pogodzić z wolnością, wolnym rynkiem i demokracją. Lokalnym despotom zależało na podtrzymywaniu tego nieporozumienia, występowali przy tym w fałszywej roli obrońców świata arabskiego i Europy przed agresją radykalnych islamistów. Tymczasem arabskie tłumy w Tunezji, Egipcie, Maroku, Jordanii, Algierii, Syrii i Libii obalają wszystkie te stereotypy. Żądania rewolucyjnie nastawionych mas są przejrzyste – chodzi im o demokrację i rozwój gospodarczy. Jedno jest ściśle związane z drugim, gdyż społeczeństwa arabskie nie będą w stanie zbudować stabilnej demokracji bez dobrobytu, a ten z kolei zależy od zaprowadzenia rządów prawa.

Demokracja, rządy prawa, wolny rynek, swobodny handel czy przedsiębiorczość nie są czymś nowym w świecie arabskim i wcale nie muszą być importowane z Europy.

Islam jest przecież jedyną z wielkich światowych religii ustanowioną przez kupca. Co więcej, starożytnymi państwami muzułmańskimi nie władali wyłącznie despoci: rządziło w nich również prawo, czy szariat.

Kondycja, w jakiej obecnie znajduje się świat arabski nie może być tłumaczona samym tylko islamem, ani też kulturą arabską. Rządy wojskowych reżimów są konsekwencją wojen dekolonizacyjnych z lat 60., a panująca tam bieda to efekt widocznego w czasach dekolonizacji zafascynowania sowieckim modelem gospodarczym.

Dlaczego zatem rewolucja arabska wybuchła właśnie teraz? Arabscy uczeni i liderzy życia społecznego od lat wzywali do zaprowadzenia demokracji. Ich wysiłki długo były daremne. Tym razem było inaczej. Zmiana stała się możliwa dzięki procesom globalizacyjnym oraz nowym mediom: za sprawą internetu i portali społecznościowych ten sam zestaw uniwersalnych wartości dociera do wszystkich zakątków globu. Znamienne, że zdjęcia Mohameda Bouaziziego, młodego straganiarza, który w grudniu ubiegłego roku podpalił się na znak protestu w Tunisie, lawinowo zdobywały popularność w krajach arabskich i wystarczyło parę dni, by młodzi Arabowie zaczęli się z nim utożsamiać.

Znaczący jest również fakt, że demonstracje, które obaliły władze tunezyjskie i egipskie zostały zwołane poprzez Facebook.

Czy zatem można porównywać rewolucje w krajach arabskich z odzyskiwaniem niepodległości przez państwa Europy Środkowej pod koniec ubiegłego wieku? Tak, do pewnego stopnia na pewno. To w imię wartości uniwersalnych takich, jak wolność polityczna i gospodarcza, Arabowie walczą ze zniewoleniem swych krajów przez rządy wojskowych (w przeciwieństwie do państw środkowoeuropejskich rządy te nie są narzucone przez inne kraje, tym niemniej pozostają militarne).

Arabowie, niczym narody Europy Środkowej, występują przeciw perwersyjnym ideologiom: fundamentalizmowi islamskiemu, orientalnym stereotypom, odgórnie sterowanej gospodarce.

Procesy rewolucyjne zachodzące w państwach arabskich wymagają czasu, będą też z pewnością napotykać opór despotów i ich kompanów. Dla nas, Europejczyków, są one okazją do odkupienia dawnych, politycznych grzechów: arabscy demokraci potrzebują naszego wsparcia. W naszym wspólnym interesie jest podjęcie zintegrowanych działań na rzecz stabilnego, demokratycznego i kwitnącego regionu śródziemnomorskiego. Jest oczywiste, że tego rodzaju nowy kształt dyplomacji europejskiej łatwiej zdefiniować niż wcielić w życie: musimy rozpoznać i wesprzeć tych, którzy najpełniej ucieleśniają aspiracje nowego świata arabskiego, nie ingerując przy tym w wewnętrzne procesy demokratyzacji. Kraje Europy Środkowej mają tu do odegrania szczególnie ważną rolę: przeszły bowiem przez podobne doświadczenia historyczne, nie noszą jednak stygmatu dawnych mocarstw kolonialnych.

Przełożył Maciej Kositorny