kongres / czytelnia

Słuchanie może być sztuką

Rozmowa z Patrykiem Zakrockim

Współczesna cywilizacja czyni nas praktycznie „głuchymi”. Tymczasem świadome słuchanie może nam pomóc rozpoznać przyczyny naszego samopoczucia, ale też uniknąć manipulacji – mówi Patryk Zakrocki, muzyk, kompozytor, pomysłodawca i jeden z kuratorów cyklu „Kino dźwięku”.

Słuchanie audiobooka, udział w koncercie z zamkniętymi oczami, zwiedzanie instalacji audiowizualnej w galerii – do czego porównałbyś doświadczenie „Kina dźwięku”?

Ten termin potraktować można dosyć dosłownie, podążając tropem „kina dla niewidomych”. Próbowałeś kiedyś zamknąć oczy podczas seansu, żeby sprawdzić, jak wiele można opowiedzieć samym dźwiękiem w historii, która została zaprojektowana jako wizualna? Ja wielokrotnie bawiłem się tak w dzieciństwie.

Ale najbardziej naturalny i osobisty dla mnie kontekst stanowi – dziś już niemal martwa – tradycja słuchowisk radiowych. Reprezentuję chyba ostatnie pokolenie wychowane na tym gatunku. Pamiętam czasy, gdy w moim domu rodzinnym nie było telewizora, a słuchanie płyt i kaset wydawanych przez Polskie Radio stanowiło niesamowitą przygodę. Do dziś trzymam w prywatnym skarbcu „Alicję w Krainie Czarów”, „Zaczarowany Las”, „Piotrusia Pana”, „Jacka i Agatkę” czy „ Muminki” z Gustawem Holoubkiem, które zresztą zaprezentujemy w skierowanym do dzieci paśmie „Kina dźwięku”.

Słuchając tych nagrań, można skupić się na ich aspekcie czysto teatralnym, chociażby na fenomenalnej grze aktorskiej. Ale warto też zwrócić uwagę na sposoby operowania dźwiękiem, budowania złudzenia przestrzeni i ruchu, wykorzystanie muzyki oraz efektów brzmieniowych w prowadzeniu narracji.

Tak rozumianych słuchowisk radiowych będzie jednak we Wrocławiu niewiele. Natomiast nie byłoby „Kina dźwięku”, gdyby nie przepastne archiwa Radia Francuskiego, rozgłośni niemieckich i wreszcie Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia?

Cóż, sztuka radiowa rozwinięta w drugiej połowie XX stulecia daleko wykraczała poza ramy słuchowiska literackiego. Już w latach pięćdziesiątych rozgłośnie w Paryżu, Kolonii czy Warszawie wypracowały bardziej eksperymentalne formy, w których już nie tekst, lecz zjawiska czysto brzmieniowe są przewodnikami naszej wyobraźni. To w radiu narodziły się gatunki prezentowane przez nas pod wspólnym mianem „Kina dźwięku”: muzyka konkretna, sound-art czy tak dziś popularna muzyka elektroniczna.

Technika reprodukcji obrazu dała początek dwóm nowym dyscyplinom sztuki: fotografii oraz filmowi. Nie mniej rewolucyjna okazała się możliwość nagrywania i odtwarzania dźwięku. Problem w tym, że te nowe formy wtłoczono z czasem w ramy tradycyjnie rozumianej muzyki, wykonywanej w salach koncertowych czy klubach. „Kino dźwięku” stało się ubogim krewnym klasyki, rocka czy popu.

Ubolewam nad faktem, że radio odsunęło się od tej specyficznej – przeznaczonej do słuchania, ale niekoniecznie będącej muzyką – twórczości. A przecież, oprócz podawania informacji i budowania nastroju do pracy czy wypoczynku za pomocą rytmicznych piosenek, mogłoby jeszcze uczyć aktywnego, kreatywnego słuchania. Niestety zapomnieliśmy, że wychowywać, stymulować, stwarzać kanony estetyczne można nie tylko za pośrednictwem języka czy obrazu, lecz także dźwięku.

Nie demonizujesz trochę sprawy? Przecież dziś każdy może zorganizować sobie doświadczenie „Kina dźwięku” we własnym domu, wykorzystując sprzęt hi-fi.

Sęk w tym, że słuchając z płyt rocka, jazzu albo klasyki, ulegamy złudzeniu uczestnictwa w tradycyjnym koncercie. Słyszymy partię pierwszych skrzypiec w symfonii Beethovena albo gitarę Hendrixa, zapominając, że źródłem tych brzmień jest tak naprawdę głośnik pobudzany do drgań przez prąd elektryczny.

Tymczasem potencjał nagranego dźwięku polega właśnie na tym, że możemy go doświadczyć w oderwaniu od pierwotnego, materialnego i wizualnego, kontekstu. W naszym codziennym życiu sprowadzamy słyszenie na drugi plan i traktujemy je w sposób czysto utylitarny, jako źródło informacji o świecie. Nagranie uwalnia dźwięk od źródła, czyni go wieloznacznym. Nie słuchamy już żab, cykad czy samochodu, lecz czystej barwy, natężenia, faktury, co w normalnym warunkach byłoby bardzo trudne, a wręcz niemożliwe.

Taki sposób słuchania prekursorzy francuskiej sztuki radiowej i pionierzy muzyki konkretnej – Pierre Schaeffer oraz Pierre Henry – określili mianem „akuzmatycznego”. Należeli oni do pierwszych twórców, którzy swoje utwory komponowali z nagranych dźwięków lokomotywy albo skrzypiących drzwi.

Przecież muzycy nawiązywali do śpiewu ptaków oraz innych zjawisk naturalnych od tysiącleci, tyle że imitowali je za pomocą głosów lub instrumentów. Czym tradycyjne komponowanie różni się od tworzenia z nagranych dźwięków?

W kompozycji zapisywanej na papierze mamy do czynienia z wyobrażeniami dźwięków, które mają zabrzmieć dopiero podczas wykonania. W utworze elektronicznym czy konkretnym pracuje się natomiast z realnymi, gęstymi zdarzeniami akustycznymi. Głównym źródłem inspiracji bywa tu sam dźwięk, który bardzo często zaskakuje, pozwalając przezwyciężyć ograniczenia konwencji muzycznych i naszej własnej wyobraźni. Współcześni twórcy mają do dyspozycji obszerne biblioteki zbieranych od półwiecza dźwięków. Zdarza się, że takie brzmienia docierają do nas bez opisu i faktycznie nie potrafimy zidentyfikować ich źródła ani okoliczności powstania.

Fascynująca jest możliwość komponowania pojedynczego dźwięku, które stało się powszechną praktyką także w nagraniach tradycyjnej muzyki. Słynny jest casus Glenna Goulda, jednego z najwybitniejszych pianistów XX stulecia, który niemal na początku kariery całkowicie zrezygnował z koncertowania na rzecz studyjnej inżynierii nagrań. I nie chodziło mu tylko o sprytny montaż najlepszych wersji poszczególnych fraz czy motywów. Równie istotna była możliwość precyzyjnego modelowania pojedynczego dźwięku, chociażby regulowania faz ataku i wybrzmiewania.

Z kolei wspominani już klasycy muzyki konkretnej, Pierre Henry i Pierre Schaeffer, posługiwali się montażem studyjnym, by tworzyć kompozycje analogiczne do fug Bacha czy kwartetów smyczkowych Beethovena, tyle że z dźwięków otaczających nas na co dzień. Ale już przedstawiciele nurtu zwanego „field recordingiem” – we Wrocławiu reprezentowanego między innymi przez utwory Chrisa Watsona – ograniczają się do rejestrowania naturalnych pejzaży dźwiękowych.

Ale czy w odniesieniu do nich można jeszcze mówić o kompozycji albo w ogóle akcie twórczym?

Oczywiście. Podobnie, jak w przypadku fotografii, która przez całe dziesięciolecia krytykowana była przecież za bierne reprodukowanie rzeczywistości. Dziś już nikt nie wątpi, że umiejętne „patrzenie na świat” samo w sobie jest sztuką. Analogicznie można mówić o „sztuce słuchania”, która oznacza wybór określonego miejsca i czasu, selekcję mikrofonów oraz ich odpowiednie ustawienie. To nie tylko teoria: „La Selva” pochodzącego z Hiszpanii Francisco Lópeza jest, ni mniej, ni więcej, nagraniem kostarykańskiej dżungli. Tyle, że ani trochę nie wpisuje się ono w stereotyp „brzmienia tropików”. Pod wieloma względami bardziej przypomina wyrafinowany utwór elektroniczny.

Gdybyśmy się wsłuchali w nasze beskidzkie cykady, też dostrzeglibyśmy piękne brzmieniowo i zawiłe rytmicznie kompozycje. Ale w normalnych warunkach w ogóle nie zwracamy na ten fenomen uwagi. Przecież „od tego są wakacje” i „za to się płaci”. Tymczasem ujęcie tego samego zjawiska z odpowiedniego dystansu, zamknięcie w ramach autorskiego nagrania może z niego uczynić dźwiękowe arcydzieło.

A zatem cały kosmos jest wielką muzyczną kompozycją?

To raczej my – osoby słuchające – możemy stworzyć własną kompozycję, szukając związków pomiędzy, przypadkowymi w istocie, zdarzeniami akustycznymi. Nagrywanie natomiast pozwala nam w pewnym stopniu podzielić się tym subiektywnym, intymnym doświadczeniem.

Ale cóż takiego można przekazać poprzez dźwięki, czego nie można opowiedzieć słowami albo obrazami?

Chociażby przepis kulinarny na organy kościelne albo „chór mieszany duszony”. Takie surrealistyczne idee, których nie sposób przedstawić środkami wizualnymi, prezentowaliśmy z Wojtkiem Marcem w krótkich utworach Zakładu Produkcji Dźwięku. Z kolei jego autorskie „Nie chcę tutaj zostać na zawsze”, które zabrzmi we Wrocławiu, to historia rozgrywająca się wewnątrz ludzkiej psychiki. Jej bohaterami są dwa fantomy, wspomnienia ludzi: walczą one o przetrwanie, próbują przedostać się z pamięci krótkotrwałej do długotrwałej.

Ciekawym fenomenem dźwiękowym, który na co dzień traktujemy jako „przezroczysty” nośnik informacji, jest mowa ludzka. Ze stanu obojętności rozbudzić może nas kontakt z poważną wadą wymowy albo słuchanie całkowicie obcego języka. Ku własnemu zaskoczeniu możemy wtedy usłyszeć całkiem interesującą kompozycję dźwiękową. Nie przez przypadek ten temat cieszy się wśród twórców „Kina dźwięku” szczególną popularnością. We Wrocławiu będzie można na przykład posłuchać utkanej z codziennych rozmów kompozycji „A Collection of Smiles” Włocha Alessandro Bosettiego oraz „Une Bacchanale pour Henri” Niemca Rudolfa Ebnera, czyli niezwykłego kolażu odgłosów wytwarzanych nieświadomie przez aparat mowy i całe ciało człowieka.

Bogato reprezentowany będzie także nurt „dźwiękowych pocztówek”. Przedstawimy między innymi klasyczną kompozycję Pierre’a Henry poświęconą Paryżowi oraz „portret” współczesnego Londynu autorstwa Brytyjczyka Barry’ego Bermange’a. Z kolei Krzysiek Topolski skonfrontuje nagrania Vancouver z lat 70. oraz 90., by pokazać, jak radykalnie, a zarazem niezauważalnie, zmieniła się panorama akustyczna tego miasta przez dwadzieścia lat. Cóż, nie jest tajemnicą, że żyjemy w kulturze wizualnej. Bez problemu rozróżniamy fotografie Paryża i Londynu, ale czy potrafimy rozpoznać „brzmienie” tych miejsc?

Czy ten rodzaj słuchania nie jest „sztuką dla sztuki”? Czy ma jakikolwiek sens poza wymiarem czysto estetycznym?

Wbrew pozorom to bardzo praktyczna kwestia, przekładająca się w sposób realny na jakość codziennego życia. W porównaniu do mieszkańców lasów tropikalnych, którzy z odległości kilkuset metrów potrafią usłyszeć i zinterpretować najdrobniejsze bodźce akustyczne, jesteśmy po prostu upośledzeni poznawczo. Kanadyjski kompozytor i teoretyk muzyki Raymond Murray Schaffer już w latach siedemdziesiątych zwrócił uwagę, że człowiek Zachodu ery postindustrialnej spędza życie w środowisku lo-fi, czyli takim, w którym hałas wypiera czytelne dla nas bodźce słuchowe i czyni nas praktycznie „głuchymi”.

Ogromną wagę przykładamy dziś do tego, jak wygląda miejsce naszej pracy czy wypoczynku, ale praktycznie ignorujemy kwestie akustyczne. Tymczasem wywierają one równie duży wpływ na jakość naszej egzystencji. Przecież zarówno marmurowe posadzki, generujące bardzo duży pogłos, jak też wnętrza wytłumione miękkimi dywanami, dają bardzo konkretny efekt psychologiczny. Świadome słuchanie może nam pomóc rozpoznać przyczyny naszego samopoczucia, ale też uniknąć manipulacji.

Antropologowie badający bardziej „akustyczne” kultury, ale też codzienne doświadczenia osób niewidomych, przekonują, że „głębokie słuchanie” prowadzi do całkowicie odmiennego postrzegania czasu, przestrzeni oraz związków logicznych. Ale to chyba temat na zupełnie inną rozmowę…

Rozmawiał Michał Mendyk