kongres / czytelnia

Coś więcej niż kolorowy wystrzał

Rozmowa z Erikiem Traversem

O tajnikach ognia i wielkich spektakli pirotechnicznych opowiada  Eric Travers szef artystyczny Groupe F.

Co ciekawego dla artysty może mieć w sobie ogień? Wydaje się dość banalny, może nawet pretensjonalny.

Ogień to tworzywo, które ma niesamowitą zdolność transformacji. Jest bardzo elastyczny. Na podstawowym poziomie być może jest w nim coś banalnego, ale w Groupe F posługujemy się pirotechniką jak plastycy, a może bardziej jak muzycy. Pirotechnika i muzyka mają wiele wspólnego: rozwijają się w czasie, mają intensywność, mają rytm, momenty pauzy, momenty crescendo. Jednocześnie pracując z ogniem, zawsze myślimy o dramaturgii spektaklu, tworzymy przedstawienie tak samo, jak twórcy teatralni. Oczywiście pirotechnika często odwołuje się – i jesteśmy tego w pełni świadomi – również do zabawy, do bardzo zmysłowych doznań. Z pirotechniką jest trochę jak z paletą malarską – można dzięki niej zrobić wartościowe rzeczy i zupełny kicz.

Osobiście sądzę, że jestem bardzo daleki od bycia pretensjonalnym. Jeśli zapewniamy ludziom miłą rozrywkę, to już dobrze. To mi wystarcza, choć szczerze mówiąc, sądzę, że spektakle Groupe F są czymś więcej niż tylko kolorowym wystrzałem.

Ale strzelać umiecie?

Dajemy sobie radę. Groupe F jest chyba najważniejszym na świecie producentem wszystkiego, co związane z systemami technicznymi, wynalazkami scenicznymi, systemami generującymi płomienie i systemami wyrzutni. Wszystko wymyśliliśmy i wyprodukowaliśmy sami. Ze sprzętu – oprócz komputerów – nie mamy nic, co znaleźć można w powszechnej sprzedaży. Jeśli chodzi o sam materiał pirotechniczny, to współpracujemy z kilkoma producentami, którzy dostosowują produkcję do naszych wymagań, specjalnie dla danego spektaklu. Czasami wybieramy też produkty z ich standardowych katalogów, które mogą kupić również inni profesjonaliści. Istnieje wielki wybór produktów pirotechnicznych. Oczywiście bardzo ważna jest ich jakość. Ale decydujące jest to, co z nimi zrobimy.

To już chyba rutyna?

Czasami chciałbym, żeby tak było. Niestety pracujemy zawsze w innym miejscu, przestrzeń za każdym razem wymusza nowe rozwiązania, każe szukać nowych pomysłów. Oczywiście mamy kilka spektakli, które krążą po świecie. Są bardzo dopracowane, bardzo dopieszczone. Ale najczęściej przyjeżdżam na miejsce i odkrywam jego możliwości, obserwuję ograniczenia. Podstawową sprawą jest zrozumienie przestrzeni, w której mamy pracować.

Zdarzyło Ci się zrozumieć, że masz przechlapane?

Mieliśmy kilka naprawdę ciężkich wyzwań technicznych, zwłaszcza na wysokich budynkach. Inauguracja Burdż Chalifa, który ma 800 m wysokości, pierwsza praca na wieży Eiffla. To były rzeczy trudne. Ale osobiście bardziej przejmuję się poważnymi wyzwaniami przestrzenno-artystycznymi, a te zdarzają się częściej…

Czyli mniej Cię wciągają spektakularne rzeczy, z których słyniecie, jak zamknięcie Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie albo fajerwerki noworoczne w Londynie?

Groupe F wywodzi się z teatru ulicznego i zawsze pracowaliśmy intensywnie nad naturą spektaklu – nad tą częścią spektaklu, w której element ludzki jest bardzo ważny. Gdzie aktor i muzyk zajmują kluczowe miejsce. W takich realizacjach pirotechnika jest pięknym dodatkiem. Osobiście wolę taką pracę. Jest bardziej intymna. O ile to dobre słowo, bo pamiętaj, że wielkości są względne. Nasze „kameralne” spektakle ogląda często dziesięć tysięcy widzów. Te wielkie może nawet sto tysięcy. We Wrocławiu, podczas Europejskiego Kongresu Kultury, spróbujemy połączyć te dwa poziomy.

???

Pracujemy w przestrzeni publicznej, nasze realizacje muszą się z nią komponować. Wrocław jest dla nas miastem bardzo trudnym. Gdy przyjechałem tu po raz pierwszy, odkryłem, że nie ma szans na znalezienie miejsca, w którym zmieściliby się wszyscy widzowie. Może gdzieś na obrzeżach miasta, ale nie chcę, żeby ludzie jechali na spektakl samochodami kilkanaście kilometrów od centrum – jak na koncert Rolling Stonesów. Wolimy działać w sercu miasta. Chcemy zawsze wtapiać się w tkankę miasta, wydobywać to, co w nim najlepsze.

A co jest najlepsze we Wrocławiu?

To miasto pocięte przez rzekę, miasto wielu mostów. Dla nas to duże utrudnienie, ale tego typu przeszkody mogą być w procesie tworzenia bardzo przydatne. Postanowiłem wykorzystać kompleks czterech wysp, które leżą zaledwie kilkaset metrów od Rynku. Chcę na nich – w różnych miejscach – zrobić małe spektakle. Wszystkie one będą funkcjonować jednocześnie i będą miały wspólne tło. Widzowie będą więc mogli stanąć w jednym z wielu punktów obserwacyjnych, śledzić jeden z wielu odgrywanych równolegle spektakli, a w ten sposób stworzyć prywatny, osobisty porządek widowiska. Tych porządków będzie tyle, ilu będzie widzów – a w każdym z nich odbije się sprawa istotna dla danego obserwatora, jego osobisty interes. Jednocześnie całe widowisko będzie prezentowało interes wspólny. Naszą koncepcję można by nazwać prezentacją demokracji.

To wasz pierwszy spektakl polityczny?

Nie żartuj. To tylko metafora. Groupe F nigdy nie uczestniczy w wydarzeniach politycznych.

Ale pracujecie na zamówienie…

Oczywiście, ale to zawsze jest rodzaj pewnej wymiany. Jeśli sugestie zamawiających są ciekawe, to idziemy tym tropem. Jeśli są głupie, po prostu robimy swoje. Najczęściej jednak oczekiwania można streścić jednym zdaniem: „To musi być coś wspaniałego!”.

Czyli sporo lontów do spalenia i dużo fajerwerków do wystrzelenia!

Nie ma reguł. Robiliśmy spektakularne przedstawienia, w których wystrzelaliśmy tylko kilkadziesiąt albo kilkaset kilogramów materiałów pirotechnicznych. A były i takie, w których zużyliśmy kilkadziesiąt ton. Wszystko zależy od koncepcji artystycznej, od wymowy widowiska. Do niej dostosowujemy środki.

A ile tego materiału wybucha na próbach?

Praktycznie nic. Powtarzać można to, co wiąże się z „pierwiastkiem ludzkim”. To robimy na próbach. Z wielką pirotechniką jest łatwiej – tego się nie powtarza w ogóle. Pracujemy nad koncepcją, której nie możemy wypróbować nawet za pomocą symulacji komputerowych. Pomysł mamy więc w głowie. Oczywiście zapisujemy go, bo  jakiś skromny sposób zapisywania scenariusza pirotechnicznego jednak istnieje. Potem to programujemy i sami odkrywamy podczas realizacji.

Czy człowiek, który pracuje w ten sposób, ma w domu kominek?

[śmiech] Kiedyś miałem, ale teraz nie mam. Męczy mnie, gdy ogień ma tylko jeden kolor.

Rozmawiał Marcin Chłopaś