kongres / czytelnia

Wiki-renesans

Mirosław Filiciak, Alek Tarkowski

Wymyślając przyszłe kierunki rozwoju kultury lepiej wziąć kurs na utopię, niż średniowiecze

W ciągu dekady Wikipedia przekonała do siebie większość sceptyków, dowodząc, że wiedza może być wytwarzana społecznie, a efekty tego procesu nie muszą ustępować produkcjom profesjonalnym czy komercyjnym. To zachwianie dotychczasowych hierarchii dotyczy też sieci wymiany plików, które dowiodły, że dystrybucja treści takich jak książki, muzyka i filmy, również może odbywać się bez tradycyjnych pośredników. Dostęp do kultury – zarówno na potrzeby jej tworzenia, jak i odbioru – jest dziś łatwiejszy, niż kiedykolwiek wcześniej. Podważone zostały jednak dotychczasowe modele, nie tylko indywidualnej aktywności kulturowej, ale także selekcji i wartościowania, modele biznesowe i prawne – stanowiące dotychczas niezbędną infrastrukturę dla obiegu kultury. Czy będące elementami tego samego równania “wiki” i “anarchię” – symbolizowane odpowiednio przez sieciową, społecznie tworzoną encyklopedię, oraz wielkie sieci nieformalnej wymiany plików – można z nimi pogodzić?

Kultura plików

Do niedawna treści kultury – teksty, filmy, muzyka – były przywiązane do fizycznych nośników. Kultura i budowane wokół niej instytucje funkcjonowały w warunkach permanentnego niedoboru; kluczowym wyzwaniem było zapewnienie dostępu do ograniczonej liczby treści: książek, taśm, płyt. Ich kopiowanie pociągało za sobą niebagatelne koszty, ich dystrybucja również. Nagle te bariery zniknęły. Krążące w sieciach – oficjalnych i nieoficjalnych – pliki są odległe o kilka kliknięć myszki, a dostęp do nich nie kosztuje nic. W kulturze nadmiaru dostęp do treści jest tani i łatwy. Gdyby pliki spadały z nieba, uznalibyśmy to za cud. Gdy zamiast tego pojawiają się w naszych komputerach, kolejne pokolenia traktują to jako najzwyklejsze zjawisko na świecie. Sieć nie jest jednak technologicznym odpowiednikiem „nieba”. Dla tradycyjnych struktur regulujących kulturę może być też piekłem.

Właściwości nowych mediów (choć z perspektywy dzisiejszych nastolatków, pisanie o „nowości” w wypadku internetu czy telefonów komórkowych jest nadużyciem) sprawiły, że kultura, która na poziomie technologicznym jest dziś zbiorem plików, stała się łatwa do kopiowania, przetwarzania, przesyłania. Ekskluzywna dotychczas funkcja krytyka i kuratora została zastąpiona powszechną funkcją filtru, obecną w każdej liście wyników wyszukiwania, każdej rekomendacji znajomego w serwisie społecznościowym. Na głowie postawiony został porządek, na jakim kultura opierała się od czasów wynalazku Gutenberga. Warstwa technologiczna zmieniła kulturę – a wraz z nią odesłała do lamusa dużą część dyskusji, którymi ludzie kultury ekscytowali się przez ostatnie stulecia. Dała użytkownikom nowe możliwości, ale też podważyła stary porządek.

Jak radzić sobie z niedoborem kultury uczyliśmy się setki lat. Teraz, gdy problemem jest nadmiar, jednostki zamiast rozważać, jak do danego utworu dotrzeć, muszą na nowo uczyć się wybierać.

Tymczasem instytucje kultury – pośrednicy dotychczas będący ośrodkami promieniowania kultury – muszą pogodzić się z sytuacją, w której dla wielu osób stają się zbędne. W nowej sytuacji nie ma mowy o jakiejkolwiek równowadze. Co nie znaczy, że nowy porządek jest całkowicie anarchiczny. Ale na kulturowej scenie tradycyjne instytucje ustępują miejsca nowym, rosnącym w siłę aktorom. To przede wszystkim użytkownicy, których autonomia – także wobec instytucji – jest większa, niż kiedykolwiek wcześniej. To oni podejmują decyzje na temat tego, z jakimi treściami obcują, gdzie, kiedy i na jakich zasadach. I czy mają ochotę za te treści płacić. Mogą sprawować funkcje twórców, recenzentów, wydawców – docierać do dużych grup ludzi i omijać pośredników, którzy regulowali obieg kultury w przeszłości.

Nowi pośrednicy

Nie znaczy to jednak, że pośrednicy znikają. Raczej: starych zastępują nowi. Decyzje użytkowników często zapośredniczone są przez oprogramowanie. Tworzone przez informatyków i projektantów algorytmy, będące sercem wyszukiwarek, platform web 2.0 i serwisów społecznościowych, wpływają na wybory użytkowników komputerów – także wybory kulturowe. A o tym, jak funkcjonuje oprogramowanie, z którego korzystamy, decyduje – nie zawsze, ale najczęściej – biznes. Jego wpływ na kulturę „analogową” również był ogromny, ale w kulturze cyfrowej i usieciowionej jest jeszcze większy. A kto słabnie? Przede wszystkim państwo. Jego hierarchiczne instytucje, oraz narzędzia regulacyjne, takie jak prawo, w dobie sieci drastycznie tracą na znaczeniu.

Swą rolę utraciły też w dużej mierze grupy opiniotwórcze, kreujące trendy kulturowe. Czas kanonów minął – i nie jest to wina ich konstrukcji, lecz samej zasady porządkującej. Media uległy rozproszeniu, kultura również – obserwujemy rozproszenie odbiorców (media przestają być forum debaty dla wszystkich), ale też rozproszenie uwagi (walczy o nią wiele różnych rzeczy) i rozproszenie treści.

Tak, oddolne mechanizmy wiki walczą z anarchią. Nie dają one nadziei na przywrócenie porządku, ale bez nich zapanowałby kompletny chaos.

Bo technologie cyfrowe, rozpraszając kulturę pomiędzy niezliczone kanały i zdecentralizowane ośrodki, równocześnie utrzymują pomiędzy nimi powiązania. Najbardziej udane innowacje z niespotykaną łatwością – zagwarantowaną przez otwartość sieciowych protokołów – rozprzestrzeniają się w skali globalnej. Napster i jego następcy, Craigslist, czy Facebook, to przykłady efektów jednostkowej pracy, które są używane przez miliony. I co najważniejsze te masy użytkowników nie są biernymi odbiorcami z góry określonych treści, lecz współtworzą kulturę danego serwisu, są ważnym źródłem jego wartości.

Przez długi czas hiperlink był dla teoretyków symbolem nieliniowości nowych form kultury, utraty przez autora kontroli nad odbiorem hipertekstowego dzieła. Jednak w praktyce kultury sieciowej odnośnik jest równie często narzędziem łączenia treści ze sobą w większe, ale nadal zrozumiałe całości. Wczesna wizja sieci wymyślona przez Vannevara Busha zakładała zresztą, że podstawową jednostką wiedzy nie będzie pojedyncza informacja, lecz szlak poprowadzony między powiązanymi ze sobą faktami przez użytkownika. Internet może więc być narzędziem do współtworzenia kulturowych dóbr wspólnych. Jednak porównując Wikipedię i Facebook widać, że ten sam oddolny wkład kognitywny może służyć stworzeniu dobra wspólnego, jak i budowaniu wartości rynkowej komercyjnego portalu.

Instytucje sieci

Sieciowy potencjał otwartości i współpracy nie jest czymś danym – jest projektem, który wymaga realizacji. Dziś jest to projekt głównie obywatelski, realizowany przez oddolne instytucje kultury sieciowej. Wbrew hurraoptymistycznym wizjom demokracji sieciowej, nie mamy pewności na ile ta kultura – choć na pewno żywa – jest wytrzymała. Szczególnie w środowisku zdominowanym obecnie przez komercyjnych pośredników, kontrolujących znaczące połacie sieciowej debaty publicznej i kultury. Wierzymy, że w tej sytuacji konieczne jest wzmocnienie roli instytucji publicznych, ale też indywidualnych użytkowników – czyli podmiotów, które kierują się motywacjami innymi, niż zysk.

Nie ma nic złego w zarabianiu na kulturze – ale równocześnie zysk nie może być jedynym kryterium jej funkcjonowania. Dlatego nową rolą instytucji publicznych jest włączenie się i wspieranie projektu tworzenia sieciowych dóbr wspólnych – zgodnego przecież z podstawowymi celami, jakim służą instytucje kultury. W tym celu instytucje publiczne muszą nauczyć się adaptować do nowych warunków, szybko zmienić optykę, zanim nie będzie zbyt późno.

Aby oddziaływać na nową kulturę, trzeba z nią wejść w kontakt – przy czym samo posiadanie strony WWW, nawet multimedialnej, nie zmienia automatycznie instytucji kultury w instytucję sieciową.

Sieciowość musi dotyczyć logiki funkcjonowania. W tym otwartości i odwagi do zawierania nieoczywistych sojuszy. Z Wikipedią, ale i z następcami Napstera.

Pierwszy – i być może najtrudniejszy krok – to zaakceptowanie nowej topologii kulturowej, w której tradycyjne instytucje nie są już punktami ciężkości, osiami, wokół których kultura się kręci, zamkami pełnymi skarbów, do których pielgrzymują odbiorcy – by użyć metafory Paula Kellera. Dziś bowiem to internet – i budowane w jego obrębie platformy sieciowe – stanowią kulturowe źródło grawitacji, wirtualny gmach gotów zastąpić wszystkie muzea, biblioteki i centra kultury. Stare instytucje muszą nauczyć się w nim mieszkać, nawet jeśli architektura gmachu wydaje się im obca i niewygodna. Ale tradycyjni pośrednicy powinni przyjąć jeszcze inną rolę: opiekunów i gospodarzy nowych przestrzeni kultury. Taka zmiana wymaga pokory, bowiem z perspektywy nowej kultury to kultura analogowa, wraz ze swoją strukturą pośredników oraz hierarchicznym obiegiem kultury, jest odpowiednikiem ciemnych wieków. Dokładnie tak Lawrence Lessig określił kulturę sprzed czasów internetu – argumentując, że twórczość i innowacyjność była wówczas znacznie bardziej ograniczona.

„Wiki”-zaangażowanie

Nowa kultura jest też wyzwaniem dla użytkowników. Wraz z nowymi szansami przyjmują też nową odpowiedzialność, związaną z rolą pośredników i twórców. To od nich zależy, na ile sieciowa anarchia, często niszcząca zastane mechanizmy kulturowe, będzie jednocześnie wytwarzać nowe mechanizmy – oraz dbać o to, co w dotychczasowej kulturze cenne.

Należy więc krzewić zasady „wiki” jako nową formę kulturowego, obywatelskiego zaangażowania.

Może być ono zresztą oparte na zdigitalizowanych zasobach tradycyjnych instytucji. Zdigitalizowane dziedzictwo jest ważnym wkładem publicznym w treści dostępne online – unijna Comité des Sages opublikowała właśnie raport poświęcony digitalizacji, nieprzypadkiem zatytułowany „Nowy Renesans”. Cyfryzacja i usieciowienie kultury jest dla niej bowiem nie tylko wyzwaniem, ale też wielką nadzieją, nadzieją na wyrównywanie szans, na odkrycie nowych pokładów kreatywności, na tchnięcie życia w muzealne obiekty wykorzystywane teraz w nowych kontekstach, na jeszcze głębszą integrację kultury z tkanką codzienności. Na poprawę jakości życia i rozwój dobra wspólnego. Ale w tym celu za technicznym procesem digitalizacji treści musi pójść promocja nowych praktyk kulturowych, modeli prawnych i form instytucjonalnych, które będą w pełni realizować szanse kultury cyfrowej i usieciowionej. I nawet jeśli wizja Nowego Renesansu jest przesadnie optymistyczna, na pewno nie jest bezużyteczna. Wymyślając przyszłe kierunki rozwoju kultury lepiej wziąć kurs na utopię, niż średniowiecze.