kongres / czytelnia

Oswajanie potworów

Rozmowa z Arturem Rojkiem

O muzyce, która poraża lub przeraża, łamaniu muzycznych schematów i różnicy między alternatywą brytyjską i amerykańską opowiada Artur Rojek, kurator programu muzycznego Scary Monsters and Super Creeps.

 

Michał Kukawski: „Scary monsters (And Super Creeps)” to tytuł płyty Davida Bowiego z 1980 roku. Skąd pomysł, żeby nazwać tak cykl koncertów, których jesteś kuratorem?

Artur Rojek: Czy tego chcę czy nie, i tak pewnie wszyscy będę ten mini festiwal w ramach EKK kojarzyć z OFF Festivalem. Ale hasła typu „OFF The Road” czy „OFF The Music” wydawały mi się zbyt prostym rozwiązaniem. Miałem już wcześniej fajną przygodę z tytułem utworu Joy Division – „Something must break”. Zawładnął mną i pasował do wszystkiego, co robiłem podczas mojego festiwalu. I właściwie, pasowałby też do wrocławskiego projektu. Prezentacja tych konkretnych artystów jest bowiem czymś, co ma łamać schemat, ma być pęknięciem w programie. Przy okazji takich przedsięwzięć organizatorom najczęściej zależy na tym, by ludzie się dobrze bawili, leżeli sobie na trawie i miło spędzali czas, a muzyka ma być jakimś wypełnieniem, uzupełnieniem. Tu prawdopodobnie muzyka będzie niektórych drażnić, nie pozostawi ich obojętnymi, nie będzie tłem. Postanowiłem jednak nie powielać pomysłu i zastąpić „Something must break” czymś nowym. Zacząłem szukać. Bardzo lubię Bowiego, choć nie należę do fanów, którzy znają jego twórczość od A do Z. Mam swoje ulubione płyty, ale to są w większości albumy z początków jego działalności: „Hunky Dory”, „Space Oddity”, czy „Ziggy Stardust”. „Scary Monsters” nigdy nie była moją ulubioną płytą, ale zaintrygowała mnie nazwa. I ona świetnie pasuje – ci artyści mogą być właśnie takimi potworkami, które wyjdą i będą próbowały wciągnąć ludzi do swojego dziwnego świata. Jednych to wprowadzi w zakłopotanie, innych porazi, a jeszcze innych może nawet przerazi. Nie oczekuję, że wszystkim się spodoba.

MK: Jak układałeś program?

AR: Większość zaproszonych zespołów „chodziła mi po głowie” w związku z OFF Festivalem, ale z różnych względów nigdy nie było sprzyjających warunków, by sprowadzić je do Polski. Teraz to się udało. Poza tym, przy układaniu tego typu programu muzycznego zawsze ważne jest dla mnie to, czemu te występy towarzyszą. Obok w Hali Ludowej będą się odbywały dwa główne wydarzenia muzyczne EKK – koncerty Pendereckiego z Jonny Greenwoodem z Radiohead oraz drugi z Aphex Twin. Chciałem, by mój program pasował do całości.

MK: I podzieliłeś go tematycznie.

AR: Stwierdziłem, że ciekawym zabiegiem będzie stworzenie trzech różnych klimatycznych zestawów. I to nawet naturalnie wyszło, bo gdy zgraliśmy kalendarze wszystkich zespołów, okazało się, że pierwszy dzień będzie obfitował w muzykę około folkową (Zun Zun Egui, Wildbirds & Peacedrums, Stornoway), w piątek będzie przeważała muzyka taneczno-elektroniczna (K-X-P, Slagsmalsklubben, Tim Exile), a w sobotę czeka wszystkich naprawdę mocne uderzenie muzyki z pogranicza krautrocka i metalu (Anika, Killl, Faust). Nowa muzyka metalowa jest dziś bardzo ciekawym i istotnym zjawiskiem na scenie alternatywnej. To już nie jest ten metal, którego przez lata się wstydziliśmy, z którego szydziliśmy, bo kojarzył się z Iron Maiden. Te nowe zespoły przestały śmieszyć dlatego, że do ich muzyki wnikają inne gatunki muzyczne i efekt nie wpisuje się w gust tylko jednego konkretnego słuchacza.

MK: Większość tych zespołów nie jest w Polsce znana.

AR: Gdyby nie OFF Festival, pewnie bym sobie nie pozwolił na taki zestaw, bo mógłbym zostać posądzony o brak wyczucia i niezrozumienie rynku. Ale ja to testuję co roku. Często właśnie ci niszowi, nieznani artyści grają perfekcyjne koncerty. Poproszono mnie by program miał podobny klimat do OFF Festivalu, a że tam podstawowym założeniem jest prezentowanie grup, które nie są w Polsce popularne, to i we Wrocławiu pojawią się artyści mało u nas znani. I myślę, że wielu zaskoczą tym co zaprezentują.

MK: A sam często chodzisz na koncerty?

AR: W Polsce bardzo rzadko. Po pierwsze, sam dużo występuję, więc w przerwach chcę odpocząć od koncertów, a po drugie, rzadko jest coś, co by mnie autentycznie zaciekawiło i zaskoczyło. Natomiast chodziłem chodziłem na koncerty, kiedy trzy miesiące mieszkałem w Seattle. Wiedziałem, że nie będę miał już więcej takiej okazji.

MK: I zdarzało ci się odkryć ciekawego artystę właśnie na koncercie?

AR: Tak – nieistniejący już Silver Jews. Tamten pobyt w USA ostatecznie przekonał mnie jak wielka różnica jest między rynkami brytyjskim i amerykańskim. Rynek muzyki alternatywnej na Wyspach jest precyzyjnie kreowany – wszyscy się napinają, by udowodnić, że są wyjątkowi, jakby się cały czas z kimś ścigali. Takim doświadczeniem były trzy koncerty – jeden po drugim, kiedy pierwszego dnia słyszałem amerykański Deerhoof, następnego Silver Jews, a trzeciego brytyjski Friendly Fires. O ile występy dwóch pierwszych kapel były dla mnie pokazem naturalności – oni nawet źle wyglądali na scenie, nie zadbali o to, żeby się przebrać, ale zagrali świetne koncerty, to patrząc na Friendly Fires miałem wrażenie, że bardzo chcą się spodobać i wokaliście najbardziej zależy na tym, by pokazać jaką ma świetną marynarkę (śmiech). Oczywiście nie dotyczy to wszystkich brytyjskich zespołów, ale na pewno tych modnych. Więc jeśli zapraszać, to lepiej tych mniej znanych, tych „do odkrycia”.