kongres / czytelnia

Rosja to taki mikst

Rozmowa z Mariją Rewiakiną

O różnicach między europejską i rosyjską sztuką mówi Marija Rewiakina, dyrektorka rosyjskiego Festiwalu Złota Maska.

Jest Pani dyrektorem festiwalu, który pokazuje co roku najciekawsze premiery na rosyjskiej scenie. Stara się być obiektywnym obrazem teatru rosyjskiego. W Europie mamy czas festiwali krytycznych, polemicznie odnoszących się do rzeczywistości. Czy w Rosji nie ma apetytu na taki program?

Są dwa różne typy festiwali. Takie, które przy pomocy jednego, dwóch kuratorów wybierają spektakle – jak w Awinionie czy w Edynburgu – i takie jak nasz.

Trzeba pamiętać, że Rosja to bardzo duży kraj. U genezy Złotej Maski stało założenie, by pokazać widzom i krytykom, całemu społeczeństwu, najciekawsze prace danego sezonu. A każdy spektakl jest przecież wypowiedzią artysty na temat rzeczywistości, prezentuje jego punkt widzenia. Wydaje mi się interesujące zobaczyć to, o czym myślą reżyserzy na tym bardzo dużym terytorium, jak przeciwstawiają się światu, co chcą powiedzieć nam za pośrednictwem teatru, swego artystycznego spojrzenia.

Ale są festiwale, które zamiast przeglądu sezonowego tworzą program-temat, prowokują dyskusję. Czy taki festiwal jest potrzebny w Moskwie, czy warto w tym kierunku prowadzić Złotą Maskę?

Nie zamierzam tego robić. W Moskwie odbywa się wiele festiwali. Mamy festiwal Czechowowski, który zaprasza głównie zagraniczne inscenizacje. Jest festiwal NET, czyli Nowy Europejski Teatr, pokazujący prace młody twórców.

W pierwszych edycjach, a więc pod koniec lat 90., NET wydawał się festiwalem zaangażowanym. Jego skrótową nazwę nie bez powodu czytać można jako „NIE”.

Nie jest to jednak festiwal polityczny. To jest wypowiedź dwójki młodych zdolnych krytyków – Mariny Dawydowej i Romana Dołżanskiego, którzy mają wyraźny pogląd na temat tego, jak może i jak powinien rozwijać się teatr. Zapraszają więc spektakle, które są najciekawsze z ich punktu widzenia.

Złota Maska jest zupełnie inna, nie ma jednego tematu, każdy spektakl ma swój temat. Reżysera w mieście Omsk dotyka coś innego niż reżysera w Tylży, w Irkucku czy Moskwie. To mogą być skrajnie różne doświadczenia, ale to daje obraz Rosji. Zrozumcie, wy mieszkacie w Europie.

Pani też.

Tego bym nie powiedziała. Rosja to jednak niezupełnie europejski kraj, bardziej azjatycko-europejski. Tak się ułożyła nasza historia – z jednej strony wpływ Wschodu, z drugiej Zachodu. Nie mówię tylko o teatrze, ale szerzej – o kulturze. Mamy tu do czynienia z prawdziwą mieszanką kultur. Katolicyzm, protestantyzm dają Europejczykom inne spojrzenie na świat niż nasze.
Europę niepokoją obecnie problemy migracji, co podchwycił Europejski Kongres Kultury. To jest zjawisko bardzo wyraźne także w Moskwie czy we wschodnich regionach Rosji, ale już na pozostałych jej obszarach w mniejszym stopniu. Spójrzmy także na postawiony przez Kongres problem adaptowania odbiorcy do kultury.

Kongres będzie się zastanawiał, jak sprawić, by każdy człowiek mógł stać się częścią kultury, był kreatywny, wręcz stał się artystą. W Rosji tego nie ma.

Trzymamy się przekonania, że istota sztuki polega na profesjonalizmie i że to jest najbardziej interesujące.

A zatem w Rosji nie dostrzega Pani zjawiska kultury uczestniczącej?

Festiwal NET zaprasza takie spektakle, na przykład Rimini Protokoll, w którym występują nieprofesjonalni aktorzy, choćby pensjonariusze domu starców. My tego nie robimy. Wybieramy tylko spektakle profesjonalnych teatrów. Nawet jeśli mamy warsztat studentów czwartego roku zrobiony z zawodowym reżyserem, nie przyjmujemy go do konkursu, kierujemy do gdzie indziej.

Rozwój kultury, przyciąganie widza do takiej sfery życia społecznego jak sztuka, jest bardzo ważne, ale to według mnie sprawa masowej kultury, która nie ma żadnych odniesień do sztuki profesjonalnej – ona odwodzi widza od poważnych tematów. Choć oczywiście nie jest źle, jeśli zajmuje młodych widzów, odciąga od picia wódki w piwnicach i skłania do kreatywności.

Jednak przyjęła Pani zaproszenie do Rady Europejskiego Kongresu Kultury. Rozumiem więc, że wierzy Pani w jego ideę.

Oczywiście. Będziemy rozmawiać na ważne tematy, choć w mniejszym stopniu będą one dotyczyć kultury profesjonalnej. A ja mimo wszystko nie zostawiałabym jej z boku, ona będzie trwać przez wieki, to jest coś, z czego jest dumny każdy naród.
Bez kultury nie jest możliwy ani rozwój ekonomii, ani sfer socjalnych, ani człowieka. Im więcej osób wciąga się w różne formy kultury, im więcej staje się kreatywnymi, tym mniej problemów w społeczeństwie.

W Rosji mamy teraz pewne skrzywienie – wszystko poszło w stronę sportu. Państwo zapewnia kulturze jedynie minimum.

Dlatego ważne, żebyśmy zaczęli rozmawiać we Wrocławiu o wpływie kultury, o jej degradowaniu, wciąganiu ludzi w jej przejawy, czyli odzyskiwaniu harmonii. Polska prezydencja w Unii Europejskiej i fakt, że idea Kongresu wzięła początek tutaj, na rubieżach kontynentu, jest tak ważna, bo konfrontuje Wschód z Zachodem. Poza tym źródła i poszukiwania polskiej kultury, zwłaszcza teatru, są istotne dla kultury europejskiej.

Wspomniała Pani o różnorodnych wpływach kulturowych w Rosji. Jednakże multikulturalizm, który również jest jednym z tematów Kongresu, znaczy coś zupełnie innego dla Rosjan i dla zachodnich Europejczyków.

Multikulturalizm już staje się wielkim problemem Moskwy. Mieszka tu mnóstwo emigrantów, zwłaszcza nielegalnych. Te osoby nie mają czytelnego statusu i praw. Przyjeżdżają zazwyczaj z najbiedniejszych rejonów kraju, a także z byłych republik radzieckich – Armenii, Gruzji, Azerbejdżanu, Tadżykistanu – gdzie jest bardzo ciężka sytuacja ekonomiczna. Są w stanie zarobić w Moskwie powiedzmy trzysta dolarów w ciągu miesiąca – dla Tadżyka to ogromne pieniądze, sam się utrzyma i wyśle rodzinie, która została w domu. Oni tu są, pracują, nie można tego nie zauważać, ale oficjalnie nie istnieją. Pytanie, kto będzie pracował, jeśli nie oni. Wykorzystuje się ich jako tanią siłę roboczą i społeczeństwo powinno się z nimi integrować, próbować zrozumieć ich problemy, rozmawiać. Pozostawieni sami sobie, trzymają się swoich mniejszości, religii, szczególnie dotyczy to muzułmanów. Władze Moskwy starają się zrównywać dostęp do religii, jest meczet, świątynie innych wyznań.

Ale jak sobie wyobrazić integrację kulturową z przybyszami z Kaukazu?

To trudny temat, polityczny. Nie zbudujemy żadnego społeczeństwa, jeśli nie szanujemy innej kultury, nie próbujemy jej zrozumieć, usłyszeć. Kultura jest drzewem, a my jej różnymi gałęziami. Wyrastamy z tych samych jasnych zasad moralnych, etycznych i powinniśmy się tego trzymać, pamiętać o nich.

W Moskwie jest nastawienie, że oto zjechali się obcy z Gruzji, Azerbejdżanu i że oni nie są nam do niczego potrzebni.

Gdzie jest więc prawdziwa Rosja? W Moskwie i Petersburgu, czy przeciwnie – wszędzie poza nimi?

Prawdziwa Rosja to prowincja. Tam zachowały się jeszcze szczere stosunki międzyludzkie, czujesz, że otacza cię dobra aura. Ludzie pracują i chcą coś osiągnąć. Są otwarci. Moskwa jak każda stolica, która ma ogromne środki finansowe, produkuje bardzo bogatych ludzi, generuje ogromne fundusze.

A gdzie się znajduje prawdziwy rosyjski teatr, na prowincji?

Moskwa zabiera prowincji ludzi utalentowanych. Tu mają miejsce poszukiwania artystyczne. To ją wyróżnia na tle europejskich stolic. W Anglii czy w Polsce w różnych miastach można zobaczyć ciekawych artystów. Na rozległych terytoriach Rosji żyje się w bardzo różnych warunkach, także finansowych. A co ważniejsze, artysta, który dostaje się do stolicy, przyciąga o wiele większą uwagę, ma o wiele większe możliwości rozwoju. Niedawno jeden z dyrektorów teatru powiedział, że dla teatru prowincjonalnego dostanie się do programu Złotej Maski oznacza odpływ kilku najlepszych artystów. To problem wszystkich stolic, ale u nas ma wymiar szczególny.

W Związku Radzieckim wielokulturowość rozumiana była wyłącznie jako folklor. Czy ta tradycja ma kontynuację w teatrze, czy też mniejszości zaczęły mówić o swoich problemach swoim językiem?

Takie teatry istnieją w byłych republikach radzieckich – na przykład w Tadżykistanie czy Azerbejdżanie. Prawidłowość jest tam taka: funkcjonuje jeden teatr rosyjskojęzyczny, pozostałe grają w języku narodowym. Niektóre małe republiki autonomiczne mają teatry grające w rodzimym języku, chroniące swoją kulturę i one mają własnych widzów, ale nie mają następców. Rosja próbuje wspomagać rosyjskojęzyczne teatry. Nie zawsze się to udaje, bo byłe republiki starają się uniezależnić i na tym polu. Rosyjski język zanika. To bardzo złożone procesy, kraje te były przecież ponad siedemdziesiąt lat pod presją Sowietów. Nie dziwi więc rzeczywista wola odróżnienia się, ochrony własnej tożsamości.

Rozmawiała Maryla Zielińska