Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Gdyby Jurek wyzwolił się wcześniej zapewne zdołałby uratować pana Mareczka. Pozostawiony w ciemności szarpał więzy, to zaciskając je, to luzując, próbował nawet ocierać się o kanty, nim wreszcie odkrył, że węzeł, na zmianę dociskany i podważany kciukiem, wreszcie się luzuje. Wyzwolił rękę, rozmasował nadgarstek, zakręciło mu się w głowie. Bolały go kolana, rana na przedramieniu musiała się otworzyć – czuł, jak bandaż z wolna nasiąka krwią. Chciał znaleźć coś do obrony, były tylko puszki. Chciał biec, lecz zdołał tylko pokuśtykać. Ochroniarze nawet nie drgnęli, zawieszeni w czasach, które dawno odeszły. Syfilityk spuścił głowę, olbrzym z łysą czaszką zdusił papierosa.
Pan Mareczek leżał naprzeciwko stoiska z pamiątkami, z twarzą zwróconą ku górze i ręką pod głową, jakby wypoczywał, przyglądając się barankom sunącym po niebie. Ale szklane oczy nie widziały już niczego, pośrodku klatki piersiowej widniała dziura, w którą można by palec wepchać. Sucha. Jurek pochylił się nad ciałem, chciał znaleźć pistolet. Nie dotykaj niczego. Ruszył dalej naprzód, coraz szybciej, zdrową nogę wyrzucał przed siebie, podciągał tę obolałą, słyszał, jak Zbyszek woła coś w półmroku, pod kopułą i zaraz dostrzegł go kątem oka – drobną sylwetkę stojącą wśród ruin sceny, z rękami wyciągniętymi w górze, ku mglistym postaciom wirującym w okręgu. Byli tam rycerze i zbiry, panny i stare dziwki, żydowscy kupcy, żaki i pachołki. Jurka zdjęła przemożna ochota, by pobiec tam i zabrać co jego, musiał walczyć ze sobą, jakby rozdwojony, jedna część chce poznać, a druga znaleźć Anitę. Wir nad głową Zbyszka jeszcze zgęstniał, ręka stała się nogą, postacie spowiła mgła. W niej mrugały straszne twarze, wirował pył armat, kamienie pryskały spod gąsienic niewidzialnych czołgów.
Powlókł się na lewo. Historia spowiła go całego. Na korytarzu, wśród strzałów i błysków pruscy żołnierze szturmowali jakąś twierdzę, próbując przedrzeć się ponad poszatkowanym murem. W obcisłych mundurach z lichego materiału, w spodniach do łydek, w trzewikach z rzemienia wyglądali jak duchy. Skręcali się u jego stóp, jeden wspiął się i zaraz oberwał, przeskoczył go, też runął, po trupach kolegów, obracając ku Jurkowi przerażoną, upudrowaną twarz, wytrzeszczył oczy, jakby go dostrzegł przez czas i przestrzeń. Wziął za widmo, za nadchodzącą śmierć.
W pokoju grafików dzicy gnali za udręczonym mamutem. Było ich ze dwudziestu, półnadzy jeśli nie liczyć przepasek na biodrach, nie więksi od dzisiejszych dwunastolatków wbijali naostrzone kije we włochaty bok zwierzęcia. Mamut, osłabiony upływem krwi, zataczał się przy każdym kroku, trąba majtała mu jak mokry kawałek sznura, jeszcze skoczył i zarył się w kurzu, tuż obok stóp Jurka. Dalej, korytarzem. To musi być niedaleko, Zbyszek nie sądził, by Mareczek odpuścił. Większa sala z cateringiem, widział nawet długie stoły i ekspresy do kawy, spomiędzy których, jak z ożywionego obrazu wylewała się biedota. Chłopcy bosi i w chodakach. Wychudzeni mężczyźni w fartuchach, starcy wsparci na kijach bądź plecach swych synów, kobiety w chustach opinających zacięte twarze. Każdy z kijem i kamieniem. Maszerowali wprost na Jurka ku czemuś, co kryło się za jego plecami, co tylko oni mogli dostrzec. Wznosili pięści i gniewne okrzyki, aż przyszła chwila zawahania, ich oczy zwęziły się na widok nowego, nieznanego Jurkowi niebezpieczeństwa, handlarz z pierwszego rzędu zmiarkował, co się wyrabia, ale było już za późno. Jurek przysiągłby, że słyszy echo wystrzałów, pierwszy szereg runął, jakby im nogi podcięto. Tłum rozpierzchł się momentalnie, pozostawiając martwych i konających. Młoda dziewczyna pełzła, ciągnąc nogę z przestrzelonym kolanem. Chudy mężczyzna siedział, badając ranę na brzuchu, przykładając zakrwawioną dłoń do ust, niby nie wierząc w to, co właśnie mu się przydarzyło. Jurek uciekł.
Korytarz zmienił się w Świdnicką, jeszcze starą, wyłożoną brukiem niemieckim. Pełno kwiatów. Całe ich girlandy zwisały z kamieniczek, ozdobiono nimi drzewa i rozradowaną dzieciarnię. Sypano płatki. Dorożkarze zatrzymywali konie, przechodnie zwalniali, bo w przepysznej karocy posuwał się sam cesarz z odsłoniętą głową: jego małe oczy biegły ponad miastem i ludźmi, ku nieodgadnionym miejscom i wydarzeniom. Mignęła też sama Hala, wcześniej lub później, otoczona przez damy i wąsatych milicjantów. Iglicy jeszcze nie było, za to aniołek powrócił nad bramę. Przyszła woda i zmyła wszystko, niosąc lekkozbrojnych wojów, między nich zwalił się ślepy cesarz Jan Luksemburski. Mnisi bili się w piersi na klasztornej wieży. Husyta poderżnął gardło rannemu rycerzowi. Wokoło – Jurek biegł już dalej – płonęły księgi palone przez księży, pospólstwo, hitlerowców. Pod jego stopy wpełzały płomyki.
Biuro księgowe – tam, gdzie zwijano i rozwijano przelewy – uległo innemu przeobrażeniu. To samo pomieszczenie, tylko puste, z gołą lampą dyndającą na kablu, bez mebli, jeśli nie liczyć trzech zamkniętych na kłódkę skrzyń pod brudnym oknem. Pod tym właśnie oknem przyglądał się światu starzec z włosami zaczesanymi do tyłu, siwym wąsem, w wymiętym garniturze. Max Berg odwrócił się miękko, bardzo słaby, oczy miał mętne, a w ręku sztylet o perłowej rękojeści.
Wypróbował ostrze na nadgarstku. Głęboko.
Spoglądał po ścianach. Przyłożył stal do szyi, ręce mu drżały, jakby nie był pewien, a przecież był. Jurek także. Zrozumiał w jednej chwili.
Tak dać się podejść, oszukać, frajer jeden.
Dłoń Berga zamknęła się na rękojeści, gotowa do pchnięcia. Otworzył jeszcze usta. Powiedział słabo, głosem nie swoim, bo kobiecym i doskonale znanym:
– Juruś…
Zniknął Berg, przepadły pudła.
Pod czarnym biurkiem leżała Anita.

***
Nie zamienili ani słowa. Jurek nie miał czym rozciąć taśmy na jej nadgarstkach, krążył bezsensownie, wyrzucając zawartość szuflad. Nóż do papieru się nie nadawał, spinacz też nie: wreszcie, brzęknęła szyba. Pociągnęli siebie nawzajem. On ją, ona jego.
Jeszcze tylko z pięćdziesiąt metrów, przelecą przez drzwi, przeskoczą nieszczęsnego Mareczka, któremu chyba naprawdę się nie powiodło i będą na zewnątrz, daleko od wirujących dziejów i Zbyszka wołającego o wieczność. Anita stanęła, zaparła się, Jurek omal nie upadł.
– No chodź! – krzyknął. – Zaraz będzie po nas!
– Nie.
– Chodź, mówię!

– Nie jestem twoją własnością!
Tym razem pojął w lot. Głupia dziewczyna, a jednak ją rozumiał.
– Tyś chyba się wściekła! – Ani myślał puścić.
– Myślisz, że po co robiłam to wszystko! Czemu zaszłam tak daleko! Ty masz wszystko w dupie, ale ja chcę wiedzieć!
Szarpnęła się, na próżno. Skoczyła na Jurka z pazurami, Jurek chwycił ją za nadgarstki, ledwo utrzymał. Włosy lepiły się do jej białej głowy. Czuł na sobie gorący oddech: Anita zionęła wściekłością.
– Puszczaj!
– On oszukał wszystkich!
– Co ty pieprzysz?
To zawsze działa, Jurek oberwał kolanem w krocze, zgiął się wpół, odskoczyła, popędził za nią, próbował chwycić.
– Berg!
Dopadł ją tuż przy wejściu, obalił, sam się zsunął. Oberwał butem w szczękę, poprawiła w środek czoła, spróbowała wstać, uwiesił się na niej.
– Przestań! Zabiję cię, ty skurwielu!
– Oszukał! – Jurek splunął krwią. – Widziałem. Przypomnij sobie. Co mówił Rajtoch! Napis u Smyka! Smyk wiedział, Smyk odkrył!
– Sama się dowiem.
Nie spodziewał się takiego ciosu. Prosto między oczy, kierowany z góry. Jurek zawisł na Anicie.
– Nie ty – jęknął.
– Jesteś miłym, dobrym facetem – syknęła. – Teraz puść mnie, albo…
– Tu nie chodzi o poznanie jakiegoś sensu! – krzyczał Jurek. To wszystko zasłona dymna! Dali się zrobić, Dzieszyński z innymi! To właśnie wiedział Smyk! Widziałem…
– Daj mi spokój!
– Berg zaklął Historię nie po to, żeby ktoś czegoś tam się dowiedział, miał to, kurwa, w dupie! Tu chodzi o niego! O Maksa Berga – krzyczał Jurek, a wokół wirowały cienie. – Zaklął w Hali swoje życie.
Anita znieruchomiała. Tylko na chwilę. Wystarczyło ją przewrócić, przygwoździć kolanami do ziemi. Rzucała głową, kopała po plecach. Nigdy nie widział tak wściekłej twarzy, ust niczym otwarta rana i rozpalonych oczu.
– Słuchaj. Berg zaklął historię w tych murach, ale i swoje własne życie. Tutaj umarł! Po to przyjechał. Wymyślił durne stowarzyszenie, omamił perspektywą poznania czegoś tam, tylko po to, żeby ci idioci pilnowali budynku i żeby po stu latach, ktoś tu przyszedł. W tej chwili. Ktokolwiek.
– Puszczaj! Zabiję cię, słyszysz, w końcu będziesz musiał puścić, a wtedy cię zabiję.
Docisnął ją do ziemi.
– Teraz w świecie i Teraz w Hali stają się tym samym – krzyczał. – I duch Berga powraca z tych murów. Potrzebuje ciała, słyszysz? Jakiegokolwiek ciała, żeby żyć na nowo! Ten idiota tutaj…
– Okej, okej. Mów.
– Co mam jeszcze powiedzieć. Zdarzył się przekręt. Cała ta bajka ze stowarzyszeniem, z chętką na Historię jest przecież, kurwa, tania jak skręt w bramie, coś ty myślała, cośmy myśleli? Rozumiesz? Zbyszek się myli. Polazł, matoł jeden i zaraz stanie się naczyniem dla Berga. Ty pójdziesz, każde ma pięćdziesiąt procent szansy… Rozumiesz? Anitko, rozumiesz?
Uspokoiła się trochę, przymknęła oczy na znak, że owszem.
– Duszę się… – szepnęła.
– No, dobrze. – Zsunął się z niej. Wojska wszystkich czasów otworzyły okrąg wokół oniemiałego Zbyszka, dalej kobiety tłukły miasto i ugniatały gnój, muskularni rzeźnicy ćwiartowali świnie za pomocą długich noży, noc długich noży też się tam rozgrywała, rycerze, chłopi, tabory uciekinierów roku czterdziestego piątego. – Dobrze – powtórzył. – Co robimy z tym durniem?
Nie polubił jej spojrzenia, ale było już trochę za późno. Anita powtórzyła stary numer, już biegła pod kopułę, a Jurek ściskał się za klejnoty. Dochodziła wejścia, gdy wewnątrz coś się zmieniło. Roztańczone, rozplątane postacie gwałtownie przyblakły, podobne teraz kalkomaniom wyblakłym na słońcu. Spomiędzy nich, niczym król wchodzący między obozowe ciury wyłonił się mężczyzna, wysoki na pięć metrów, odziany jedynie w pełzające cienie. Siwe włosy zaczesał do tyłu, nos miał ostry, wąsy były ostre i zupełnie białe. Jurek już przypominał sobie tego człowieka ze zdjęć.
Anita zatrzymała się z ręką na klamce. Cofnęła się o krok, naprzeciw Jurka. Przykładała dłoń do ust.
Mężczyzna kierował się wprost na Zbyszka, ten nie miał pojęcia, co się dzieje, i wznosił dłonie ku blaknącym, oddalającym się widmom. Zacisnął pięść w bezsilniej wściekłości, próbował je chwytać, ale było już za późno. Najpierw dostrzegł Jurka i Anitę, stojących tuż przed kręgiem cudów. Ryknął w ich stronę, jak zwierzę i jego wzrok padł na półprzeźroczystego olbrzymia, stojącego tuż obok. Wyraźnie słyszeli jęk. Pobrzmiewało w nim i zdziwienie, i strach przed nieodwracalnym. Zbyszek cały się trząsł, cofnął się o krok, musiał pojąć, że nie ujdzie i runął na kolana, a właściwie to chciał runąć. Dłonie ogromne, lecz delikatne zarazem, palce godne architekta porwały go ku górze, potrząsnęły, widmowa twarz nachyliła się trochę, jakby sprawdzając, kto tu zawitał, kto stawił się na wezwanie. Zbyszek coś bełkotał. Ogromna postać potrząsnęła nim jeszcze, wpakowała palec w usta, Zbyszek tłukł nogami w powietrzu. Jego ramiona trzepotały, jakby pragnęły wzlecieć.
Olbrzym odgiął mu żuchwę i objął całego, zgarbił się nad nim, zaplótł ramiona niczym blade sznury. Zbyszek niemal zniknął w tym wielkim cieniu, a cień też niknął, wlewał się w rozchylone usta, spływał deszczem po piersi i karku, już wąsata głowa zaczęła się kruszyć, pofrunęło babie lato włosów, hen, wysoko, pod samo sklepienie. Nastała chwila ciszy, kiedy człowiek i widmo wirowali powoli nad resztkami sceny. Zapadała ciemność. Dłonie przypominały już tylko wykrzywione pręty, korpus jak kartka, napęczniały Zbyszek. Jego głowa niczym żagiel, trzęsła się, targana wichrem stuleci. Upadł na wznak i wszystko zamilkło.
Anita spróbowała podejść.
– Jeszcze nie – Jurek położył jej rękę na ramieniu. Przytrzymał mocno, nie przytulił. Obróciła się w jego stronę. Za nią wnętrze Hali, ciemne i ciche, jakby nic tam się nie wydarzyło.
– Nie wiem, co powiedzieć.
Tylko westchnął, bo i co tu gadać.
– Mam na imię Anita. Mam na imię Anita. Jezu. Co ja sobie myślałam?
Nie słyszał żalu w jej głosie. Tylko rozczarowanie.
– Chodź.
Szedł jak kaczka, świecąc zapalniczką. Spróbowała pomóc, niech wesprze się na jej ramieniu. Machnął ręką, mowy nie ma, jestem facetem, no nie? Im dalej, tym ciemniej. Gdzieś, od strony sceny zabrzmiało szuranie. Ktoś gramolił się na nogi. Przystanęli na moment, ledwo widoczni. Anita przycisnęła Jurka do siebie, coś szeptała, lecz nie rozumiał jej słów.
Zbyszek, człowiek, który kiedyś był Zbyszkiem, stał pod osmalonym filarem, zaplątany w taśmę zabezpieczającą. Miał oczy ślepca, a jednak ruszył w ich stronę, potykając się co chwila, z opadniętą szczęką i skudloną głową. Na ich widok przystanął. Ledwie go dostrzegali w nikłym świetle, ale zdawało im się, że odzyskał wzrok. Zrobił jeszcze chwiejny krok i upadł na twarz. W momencie znaleźli się obok niego. Żył.
– Spokojnie – powiedziała Anita, wcale nie spokojnie. – Zabierzemy cię stąd.
Jurek zaryzykował.
– Was willst du hier?(1)
Zbyszek zamrugał. Usiadł o własnych siłach. Zadarł głowę.
– Was ich hier mache?(2) – zapytał.

***
Berg kroczył niepewnie pomiędzy nimi – odtrącił pomocne dłonie i uczył się nowego ciała, jakby szukał dla siebie miejsca, badał siłę mięśni i słuchał bicia serca. Przystawał co chwilę, oparty o ścianę Hali, jakby czerpał z niej życiowe siły. Anita popatrzyła pytająco na Jurka – co robimy? Odpowiedział wzruszeniem ramion. Ano nic. Na świecie dzieją się dziwne rzeczy. To już wiedzieli.
Puścili Berga przodem. Odzyskał sprawność ruchów, szedł inaczej niż Zbyszek, prosto i sztywno, niczym stypendysta zmierzający pewnie po odbiór zasłużonej nagrody. Jurek zdziwił się, gdy poczuł dłoń Anity na swojej dłoni. Jej ciepły oddech. Potrzebował wytchnienia i choć wiedział, że ta dziewczyna zjawiła się nie bez powodu, dziś nad ranem poszuka go właśnie u niej. Tego świtu nikt nie umrze, a jeśli czyjeś serce stanie, to gdzieś daleko od ich łóżka. Poleżą do południa, wypiją kawę i zamówią chińszczyznę, którą zjedzą powoli przed telewizorem. Potem pójdzie, by sprawdzić, czy hotel robotniczy jeszcze stoi, czy są tam jego rzeczy i czy jakimś magicznym sposobem nie wstawiono mu ubikacji. Umówią się za dzień, może dwa, zjedzą kolację i znowu pójdą do łóżka, zdarzy się jeszcze jakiś lunch, jakieś śniadanko w przerwie między wielką niewiadomą, aż wreszcie telefon zamilknie. On wyjedzie. Albo Anita. Tak właśnie się stanie, ale nie czuł żalu z tego powodu.

Opuścili budynek Hali. Berg jakby przestraszył się otwartej przestrzeni. Przystanął, unosząc ramię w obronnym geście. Zagapił się na iglicę, której przecież nie znał. Nie mógł znać. Zachwiał się. Oboje go podtrzymali. W jego oczach zażenowanie mieszało się z wdzięcznością. Syknął i spróbował iść sam. Nie uszedł daleko. Chwycił się Jurka, a Jurek, który ledwo szedł, pociągnął go jednak za sobą. Przy samochodzie Max Berg zamarł i nie chciał wejść do środka.
– Es wird dir nichts passieren – przekonywał Jurek. – Du hast sie schon gesehen. (3)
– Sie waren aber anders. (4) – szepnął.
– Alles ist anders und doch gleich. (5)
Usadzili Berga na tylnym siedzeniu. Obok Anita trzymała go za mokrą dłoń. Oczy miała doskonale obojętne. Jurek, który nie miał prawa jazdy i jeździł tylko wiele lat temu, z cokolwiek nieprzytomnym kumplem przekręcił kluczyki. Jakoś ruszyli, pojechali też jakoś, dość zresztą ślamazarnie, bo Berg tłukł się i krzyczał, gdy auto zaczynało nabierać szybkości. Dokąd jedziemy, pytał siebie Jurek. Dokądkolwiek, odpowiadał też sobie, wiozę stuletniego architekta w cokolwiek zapitym ciele, a jak mnie capną, pójdę siedzieć za jazdę bez prawka. Ucieczka ze szpitala. Życie.
Wlekli się tempem furmankowym, blisko pobocza. Mijali imprezowiczów tropiących węża na trasie do domu. Ich garnitury, ich puszki, ich elektroniczne papierosy. Wrocław bił w niebo milionami świateł, obok nich śmignęła taksówka, a Berg skulił się na siedzeniu, zasłaniając oczy przedramieniem Anity. Rzędy drzew wykrojone z blokowisk. Jaśniejące reklamy. Potężni kulturyści z białymi psami na łańcuchach.
Na wysokości placu Solnego Max Berg zaczął wrzeszczeć głośniej niż wcześniej. Przywarł do szyby, jak człowiek wywożony przemocą z rodzinnego domu. Łykał Wrocław. Tupał, uderzał dłońmi, zamilkł nagle, jakby zawstydzony swoim zachowaniem.
– Halten wir an! Kann das Ding stehen bleiben? (6)
Jurek zjechał za przystanek autobusowy. Po lewej mieli przedwojenne kamienice, którym nieżyczliwe dzieje przydały trochę peerelowskiej szarości. Tkwiły w nich wesołe szyldy hosteli, reklama usług finansowych, taniego żarcia, czegoś jeszcze. Z prawej, szklany biurowiec i droga wprost na rynek. Berg już chciał wstawać, gdy dostrzegł samego siebie (twarz Zbyszka) w lusterku koło kierowcy. Na moment stracił panowanie nad sobą. Roztrzęsiony, przechylił się do przodu, dotykał powiek i policzków, jakby chciał je zdrapać, odkryć starego siebie. Zdecydowanym ruchem przygładził głosy, ściągnął łopatki i wysiadł z samochodu. Po drugiej stronie zaparkowała czarna Toyota.
– Welches Wunder hält die Welt noch zusammen? – zapytał Berg. – Ihr halbnackten Menschen… warum seid ihr nicht untergegangen? (7)
– Das ist nicht so einfach – odpowiedział Jurek, skłaniając Berga do uśmiechu. – Wir schlagen uns irgendwie durch. (8)
– Und wo ist Gott? (9)
Jurek odpowiedział wzruszeniem ramion.
– Hat Gott die Menschen verlassen? – zapytał Max Berg drżącym głosem. – Oder nur mich? (10)
– Ich habe keine Ahnung. – Jurek rozłożył dłonie. – Vielleicht gibt es ihn irgendwo, vielleicht auch nicht. (11)
– Dann muss ich ihn ja suchen. (12) – Berg położył dłoń na Jurkowym ramieniu, w nieśmiałym geście wdzięczności. I poszedł przed siebie.
Najpierw ledwo szedł. Przez tory, ku staremu miastu, między wystawy pełne nowoczesnych skarbów chronionych pancernym szkłem, kantory wymiany walut, fikuśne bankomaty, koło bram bijących przypiekanym ziołem, obok ludzi tlących syntetyczne szlugi, ku pastelowym kamienicom, kryształowym fontannom, ku piwnicom, gdzie pulsująca muzyka usiłowała zgrać się z rytmem serc ostatnich tańczących. U wylotu Stawowej zamarł, zachwiał się, jakby rażony atakiem serca. Jurek i Anita byli tuż za nim.
– Mein Gott... – wykrztusił. – Ist das wirklich meine Stadt? (13)
– Tak – odpowiedział Jurek po polsku – Twoje.
Odprowadzał wzrokiem sylwetkę niknącą wśród świateł. Krok Maksa Berga zyskiwał na pewności. Wodził wzrokiem po tabunach młodych ludzi, spływających od strony kolorowego fast foodu. Jeden z nich, garniturowiec w kapturze omal go nie staranował. Max Berg wypiął się tylko i odepchnął go stanowczym ruchem, jaki spotyka się wyłącznie u starców. Młody odskoczył, upuszczając colę, zaklął i już go nie było.
Z czarnej toyoty wyłoniły się dwie znajome sylwetki. Rajtoch, wsparty o lasce i wyprostowany Kokoszka. Berg docierał już do przecznicy i podążyli za nim jak szczury za przewodnikiem stada, jak potulni mnisi za krzyżem wędrownym. Jurek schował się w załomie.
Chciał zapytać Anitę co dalej, ale jej już nie było.

 

1) Czego tu chcesz?
2) Co ja tutaj robię?
3) Nic ci nie będzie. Już je widziałeś.
4) Tylko inne.
5) Wszystko jest inne i takie samo zarazem.
6) Zatrzymajmy się. Czy to coś może stanąć?
7) Jakim cudem świat się nie rozpadł? Ludzie półnadzy… czemu wyście się nie rozpadli?
8) To nie jest takie proste. Jakoś się trzymamy.
9) A gdzie jest Bóg?
10) Czy Bóg porzucił ludzkość? Czy tylko mnie?
11) Nie mam pojęcia. Może gdzieś jest, a może nie.
12) W takim razie muszę go poszukać.
13) Mój Boże… Czy to naprawdę jest moje miasto?

Przekład na język niemiecki: Dorota Katner

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku