Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

W Hali panowała ciemność. Stoisko z pamiątkami stało wprawdzie na swoim miejscu, lecz z daleka widać było, że w szklanej gablocie toczy się tajemnicze życie. Furkotały kartki książek, popychane niewidzialną siłą, w oknach modeli Hali rozpalały się światełka. Ożyły postacie na starych zdjęciach z kalendarza. Niemieckie rodziny podziwiały architektoniczny cud autorstwa Maksa Berga, z turkotem przejeżdżały dorożki, pędziły pierwsze mercedesy. Anioł odlany z gipsu raptem rozłożył skrzydła. W brzuchu burczał mu twardy dysk. Z mroku, z głębi stoiska wyłonił się Paweł, jego czarne dłonie opadły na ladę, spojrzał na Jurka smutnymi oczami. Ociekał wodą, twarz miał spuchniętą, zsiniałe usta.

– Podać coś? – zapytał. Jurek wycofał się bez słowa. Poszli z Anitą pod kopułę. Na scenie płonęły lampy, oświetlając ruiny dawnej sceny, dopiero co uprzątnięte, oplecione taśmą policyjną. Anita syknęła. Między nimi, podobny grabieżcy grobów krążył Zbyszek. Mamrotał do siebie. Wyglądało, że czegoś szuka, przystawał co chwilę, obracał w palcach znaleziony drobiazg i albo wyrzucał, albo chował do kieszeni dżinsowej kurtki.
Jurek najciszej jak umiał, na obolałych nogach ruszył w kierunku Zbyszka, przeszedł pod policyjną taśmą, przeskoczył przewrócone krzesło i przycupnął za następnym. Anita kryła się w mroku. Poczekał, aż Zbyszek, pochłonięty bez reszty poszukiwaniami, schyli się raz jeszcze, wziął głęboki oddech i skoczył mu na plecy. Planował obalić łajdaka, przydusić i wywlec z Hali, ale natrafił tylko na widmo. Przeleciał przez Zbyszka i wyrżnął boleśnie o głośnik, zwalony i czarny od ognia. Przetoczył się po podłodze, nie rozumiejąc, o co chodzi. Anita wołała w jego kierunku.
Zbyszek pojawił się w innym miejscu i jak gdyby nigdy nic dalej tropił okruchy Historii rozrzucone w Hali. Zewsząd wypełzali kolejni. Zbyszek osiemnastoletni, chorobliwie chudy inteligencik w okularach i czarnym płaszczu, z którego kieszeni wystawała powieść Jungera. Dyskutował z niewidzialnym rozmówcą – może z ojcem, a może z samym sobą. Nieco dalej, już starszy, jeszcze niewyniszczony pijackim trybem życia, w modnej marynarce i z włosami wymodelowanymi po bokach, pędził z teczką pod pachą, oglądając się za siebie, jakby przed kimś uciekał. I Zbyszek maleńki, ledwo rozpoznawalny, na ojcowskich kolanach. Dzieszyński pokazywał mu model okrętu, wystrugany z drewna, z żaglem ze ścierki i masztem z długiej zapałki. Dmuchnął w ten żagiel, synek próbował go naśladować, po czym ręka w rękę powędrowali ku nieistniejącej rzece, spuścili okręcik na fale, ten zakołysał się, jakby toczył wewnętrzną walkę – iść na dno czy płynąć – i podryfował przed siebie. Mały Zbyszek zaniósł się płaczem, poczerwieniał niczym burak i rzucił się za okręcikiem. Pewno skoczyłby w wodę, gdyby nie ojciec. Stali wczepieni w siebie, Zbyszek kopał i wrzeszczał. To była jego pierwsza życiowa lekcja – nie można mieć i nie mieć jednocześnie. Byli i inni Zbyszkowie. Szesnastoletni, rozpijający pierwsze wino, następny – niemal wczorajszy, z drinkiem, Zbyszek półnagi, skupiony nad książką w płóciennych okładkach. W łóżku z dziewczyną. W łóżku bez dziewczyny. Dorosły i płaczący jak wtedy, nad rzeką. Cała fala Zbyszków napływała z każdego kąta. Jurek nie wiedział, co dalej robić. Zerknął za siebie. Anita była tuż obok.
– Bawi się z nami – szepnęła.
– Nie on. To Hala. Kręci nami wszystkimi.
Objął Anitę.
– Musimy się wycofać – zdecydował. – Kiedy to się zacznie…
– A kto ci powiedział, że już się nie zaczęło?
Zbyszkowie przechodzili jeden przez drugiego, nie widząc siebie nawzajem, a Jurka zdjęła dziwaczna, niepasująca do tej chwili myśl, że w każdym człowieku jest masa śmieszności i co jak co, lecz właśnie śmieszność uczłowiecza. Bo oto Zbyszek stroił groźne miny przed lustrem, które tylko on mógł dostrzec, śpiewał, trzymając dezodorant jak mikrofon, podciągał się na drążku i macał rozgrzane bicepsy. I zaraz Jurka nawiedziła inna myśl, daleko bardziej niepokojąca. Jeśli Hala generuje obrazy bez ładu i składu, to on także tu będzie, zaraz okaże się nagi, z rozkrzyżowanymi ramionami, Anita dowie się o wszystkich jego śmiesznostkach, najgłupszej minie, zobaczy, jak beczał, gdy rodzice oznajmili, że nie puszczą go na kolonie i zaraz rozbeczy się znowu, bo w drugiej klasie ogólniaka obił go kolega, obił tak strasznie, i to po twarzy, że nic gorszego na świecie nie mogło go wtedy spotkać. Bezładne myśli przerwało mu ukłucie pod żebrami. Była to lufa pistoletu.
– Skończyło się babci sranie – usłyszał. Z pistoletu mierzył do niego pan Mareczek. Nigdy nie widział go w takim stanie. Surowy kurdupel pod wąsem, dyszący zemstą.
Żebyś wiedział, sukinsynu, a tak gładko szło, pomyślał Jurek. Anita unosiła ręce, jej bystre oczy krążyły w poszukiwaniu ratunku. W zamian z grupy Zbyszków wyłonił się Zbyszek zadowolony jak cholera, brakowało tylko, żeby zaczął klaskać. Wytarte ciuchy zmienił na letni garnitur, umył się i ogolił. Zdziwił się na widok Anity.
– Coś się tak odpicował? – Jurek zebrał się na odwagę. – Przecena była czy co?
– Dowcipy nisko latają, a ja nie mam do was głowy. – Nawet na nich nie spojrzał. – Panie Marku, niech pan ich zamknie gdzieś, byle skutecznie. – Uśmiechnął się przepraszająco. – Naprawdę nie spodziewałem się, że tatko przyśle akurat waszą dwójkę.
Wciągnął powietrze nosem.
– Gdzie długie przemowy? – Jurek próbował zyskać na czasie. – Jakieś kunsztowne plany? Basen krokodyli?
Zbyszek raptem posmutniał.
– Naprawdę macie mnie za potwora. Robię swoje i tyle. Chciałem inaczej, w zgodzie z ojcem i światem, wziąłbym nawet tego durnego Kokoszkę, i Rajtocha, tak bezlitośnie wyrzuconego na bruk. Nawiasem mówiąc, wiecie za co?
– Nie – mruknął Jurek – ale pewnie nam powiesz.
– Rajtoch planował dokoptować swoich, a jest to łajdak pierwszej wody, od którego wszyscy się odwrócili. Żona, dzieci, do wyboru, do koloru. Więc uroił sobie, że ściągnie ich tutaj, w tę noc, choćby siłą, zjednoczą się w prawdzie i będą cud-miód rodzinką. Skłonny byłem nawet na to przystać, tylko tatko stanął okoniem. A potem się zaczęło. Tatko uznał, że Hala powinna zostać zamknięta.
– Wcale mu się nie dziwię – Jurek strzelił z palców. – Co zrobisz z prawdą, kiedy już ją poznasz? Klepniesz w tyłek? Sprzedasz?
– Nie jestem takim człowiekiem i nigdy nie byłem – chrząknął Zbyszek. – Wyobraź sobie – wyrastasz w wielkim marzeniu, odkąd tylko pamiętasz. Najpierw są cudowne baśnie, w których zamiast Ciotki Klotki spotykałem Maksa Berga. Potem przypowiastki, przygodne lektury, z czasem coraz bardziej świadome i poważne, a na końcu – dostajesz dowody. Rzeczy znalezione w Hali. Postacie z przeszłości. I wtedy, ten sam człowiek, który wciągnął cię w to wszystko i rozpalił, zatrzaskuje drzwi, mówi: „Nie ma i nie będzie”. Kochany tatko. Jak byś się z tym czuł? Chciałem, żeby wszystko szło zgodnie z planem. Powinniśmy stać tutaj z moim ojcem, Kokoszką, Smykiem i całą resztą.
– O, właśnie! Co na to Smyk? – zapytała przymilnie Anita.
– Smyka do tego nie mieszaj. Każdy dźwiga swój krzyż.
– Smyk już się nadźwigał – Jurek zezował na pana Mareczka, niezbyt pewnie trzymającego pistolet. – A tego ciecia jak zbałamuciłeś?
Zbyszek zgiął się lekko.
– Jeśli chcesz wiedzieć, to Smyka żałuję. Wyszło, jak wyszło – mówił chyba szczerze. – Może unikniemy następnych ofiar? Wy nie będziecie się wtrącać, a ja odwdzięczę się za chwilę spokoju.
W głowie Jurka zakiełkowała myśl, gdzie Zbysio może wsadzić sobie swoją wdzięczność. Milczał, kombinując co dalej. Za to pan Mareczek odzyskał dumę, machnął spluwą i poprowadził ich na muszce do wyjścia. Już byli w drzwiach, kiedy Zbyszek zawołał.
– Anita zostaje.
Po wąsatym obliczu pana Mareczka przemknęło zdumienie.
– No, ale…
– Przecież nie w sali – Zbyszek machnął ręką. – No, już, zabierajcie się.
Chwycił Anitę mocno za nadgarstek i pociągnął w prawo, tam gdzie pomieszczenia służbowe, biura, magazyny, garderoby artystów. Skrępował jej ręce taśmą. Nie protestowała, zezując tylko w stronę wyjścia. Szarpnie się czy nie? Mareczek nie wyglądał na skorego do oddania strzału. Ale Anita pochyliła głowę i dała się Zbyszkowi wyprowadzić.
– Wiesz co – Jurek rzucił przez ramię – tobie mogłaby się objawić historia razem z Panem Bogiem. Gówno byś zrozumiał.

***
Dopiero teraz Jurek, prowadzony pod bronią, zrozumiał, że pan Mareczek nie kłamał.
Hala mówiła tysiącem głosów.
Słyszał pasterzy nawołujących zagubione stado, kazanie po łacinie i śpiew rycerzy, szykujących się do bitwy. Rzemieślnik karcił leniwego czeladnika, ktoś krzyczał po niemiecku, kochankowie szeptali czułe słówka, w karczmie trwała kłótnia o pieniądze – ktoś coś pożyczył, nie kwapił się oddać. Nad te głosy wybijała się mowa partyjnego działacza, ryczał nosowo, ochrzaniając struchlałych słuchaczy. Słychać było stukot kół po bruku i dziarską pieśń zwycięskiej Armii Czerwonej.
Pan Mareczek poprowadził Jurka do kanciapy ochroniarzy. Był jak koń dorożkarski, z klapkami na oczach, przemierzający wyuczoną przez lata drogę. Jurek szedł coraz szybciej nie oglądając się za siebie. Wyobrażał sobie, co było, gdyby pobiegł, albo odwrócił się i prasnął w tę głupią gębę. Za oknami, na łysych gałęziach spały ptaki i ten widok przyniósł Jurkowi pocieszenie.
– Nie przesadzasz przypadkiem? – zapytał. Pan Mareczek wbił mu lufę pod żebro.
Przez szybę zaglądał księżyc, jakby zerkał zza chmur, co też wyprawiają wariaci nad Odrą. Cześć stary, mruknął Jurek, ale się wpakowałem, co?
– Weź się zastanów. Takie rzeczy nie uchodzą na sucho.
Pan Mareczek podał Jurkowi klucze i kazał otworzyć. Trochę mu to zajęło. Jurek zerkał w stronę pustego korytarza, oczekiwał jakichś błysków widocznych przez kolorowe szyby, chmur gromadzących się nad kopułą, błyskawic wijących się w elektrycznych splotach, aż wreszcie samego diabła zajeżdżającego na imprezę rydwanem zaprzężonym w dusze. Zamiast duchów, dopadła go duszność kanciapki. Pan Mareczek pchnął Jurka na krzesło i kazał przełożyć nadgarstki przez oparcie. Sięgnął po sznurek.
– Tam są kamery. Pomyślałeś o tym?
Pan Mareczek coś tam mruknął. Przełożył pistolet do lewej ręki.
– Szefuńciu złoty, ja wszystko wiem. Kamerki, nie kamerki, tyś z komendy spierdolił, więc jeszcze mnie pochwalą. A i przywalić ci, złamasie, to gratka.
Jak powiedział, tak zrobił, następnie podniósł charczącego Jurka z powrotem na krzesło. Zapalił lampkę na biurku. Monitory były zgaszone. Ale w kanciapie był ktoś jeszcze. Jurek nie przypuszczał, że w takiej sytuacji zdobędzie się na uśmiech. Ścianę podpierał kanciasty stróż, żywcem wyjęty z lat sześćdziesiątych, w niebieskim chałacie opiętym na pokaźnym brzuchu. Czyścił paznokcie poskładaną kartką.
– Zobaczą, jak mnie tu zawlokłeś, bucu kwaśny. – Jurek splunął krwią.
– Do twojej wiadomości, sam żeś pogmerał w kantorku, to teraz kamera gówno widzi i jeszcze mniej rejestruje.
Ścisnął sznurem nadgarstki Jurka. Na biurku tymczasem przysiadł napakowany ochroniarz z karkiem jak u gada. W wojskowych spodniach z kieszeniami po bokach i bluzie dresowej kojarzył się z dezerterem udającym cywila. Złoto dyndało mu na szyi, na karku wykwitły czerwonawe guzy, a spod gęstych brwi spoglądały obojętne oczy. Skrzyżował ręce na piersi i kiwał się rytmicznie, zapewne w takt jakiejś muzyki, którą słyszał tylko on.
– Że też ty się na to nabierasz. Co ci Zbyszek powiedział? Obiecał sens Historii? Na co ci to, Marek?
– Zamknij się.
– Będziesz miał kłopoty.
– Zamknij się, bo nie ręczę za siebie. Kto mi przywalił przy Ojcu Świętym? Co ty myślisz, że jak stróż, to zaraz debil? Myślisz, że książek w domu nie mam? Nie wiem, co jest grane? Frajer z Berlina, studia fuksem skończył i już, rozumy pozjadane.
– Weź się zastanów.
Pan Mareczek skończył biedzić się nad pętlą. Sznur wżynał się mocno Jurkowi w nadgarstki. Przy oknie usadowił się kolejny stróż, półprzeźroczysty, w białym garniturze i czarnej koszuli, niczym postać z filmu nakręconego w czasach, w których przyszło mu żyć. Włosy czarne zaczesał do tyłu, lśnił mu wąsik, z butonierki wystawała chusteczka i gdyby nie dłonie, można by pomyśleć, że to dżentelmen, nie bodyguard. Palce miał jak u małpy, włochate i mocne, stworzone do zaciskania się na cudzym gardle. Wodził wzrokiem po światłach wielkiego miasta, posłał komuś cierpki uśmiech i zabrał się do wyłuskiwania tytoniu z kapciucha.
– Ja już swoje wiem.
– Ta? – w głowie Jurka zaczęło coś świtać. – To dlaczego zginął Smyk? Dlaczego Zbysio wymanerwował dyrektora i innych? Bo chce imprezy tylko dla siebie. Naprawdę wierzysz, że cię dopuści?
– Gadaj zdrów.
– No to gadam. Zrobi cię w jajo, kretynie. Będziesz miał szczęście, jak dożyjesz rana – rzekł Jurek i zaraz oberwał kolbą pistoletu. Przewrócił się z krzesłem na ścianę. Pan Mareczek stał nad nim, dysząc.
– Pierdzielenie.
– Dodaj sobie w głowie. Proste jak dwa plus dwa.
– Proste dla gnojka z Berlina.
– Bo u nas, we Wrocku to nie ma już gnoi?
Zapadła chwila ciszy. Mareczek, umęczony wiązaniem, gadaniem, trzymaniem spluwy i biciem, łapczywie łykał hausty powietrza. Wsunął broń za pasek, niczym poczciwy gliniarz idący na ostatnią akcję przed emeryturą. Przywrócił Jurka do pionu, klepnął w ramię i wyszedł.
– Ty idioto! Już jest po tobie! – Jurek rzucał się i krzyczał. – Panie Marku, jakbym wiedział, przepraszam za tego Ojca Świętego – złapał oddech. – Zbyś ma pana w dupie!
Przy drzwiach stał lokaj w czerwonym surducie poprzecinanym paskami czarnego aksamitu. Miał śnieżnobiałe pończochy, wypolerowane na błysk buty, a spod peruki wystawały rzadkie włosy. Ospowata twarz wydawała się miękka, jakby wciśnięta w głąb głowy. Nos i podbródek pokrywały tłuste pryszcze. Ręka, drżąca od syfilisu, z trudem trzymała laseczkę. Lokaj rozpłynął się w powietrzu, kiedy w drzwiach stanął pan Mareczek.
– W dupie, nie w dupie. Ale przyszło mi do głowy, że ciut za mocno cię związałem.
 

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku