Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Hala przypominała stalową kulę, która dopiero co wynurzyła się z kosmicznych odmętów. Nad jej szczytem gromadziły się chmury o elektrycznych brzuchach. Zdawały się spływać z wyższych warstw nieba, skręcone w spiralę. Tonął w nich szczyt iglicy.
W gęstych chmurach migało coś jeszcze i w innej sytuacji Jurek chwyciłby za telefon i włączył kamerę. Nad samą kopułą wyłonił się masywny kształt, jak pysk wieloryba, który okazał się szkieletem sterowca, dostojnie sunącym w kierunku centrum. Jurek widział wyraźnie złączenia i przęsła, a także kabinę, śmiesznie małą w porównaniu z całym kolosem. W oknach paliły się światełka. Sięgnął do kieszeni po smartfona, ale nie po to, żeby kręcić, tylko uzyskać zbliżenie. Dłoń zamarła mu w połowie drogi. Na ramieniu poczuł uścisk Anity. Sterowiec, wyłoniwszy się z chmury, zaczął z wolna niknąć. Rozwiewał się niczym mgła, zwijał się w stróżki i ciemne kosmyki, spadał deszczem czarnych płatków, a gdy znalazł się nad Anitą i Jurkiem, została z niego zaledwie wyszczerbiona połowa. Jak wielka, stłuczona butelka z prawdą w środku. Zniżył lot, światła w kabinie już pogasły, dziób skierował się ku ziemi, prosto na Ogród Japoński, przyspieszył i zniknął. W powietrzu zawirowały jeszcze ciemne płaty, niektóre wielkie jak płaszcze, inne o rozmiarach monet. Kruszyły się i przepadały. Na policzek Jurka spadł okruch Historii i wolno topniał.
Za sterowcem wirowały dwupłatowce w tańcu bojowym, podobne trochę czarnym trzmielom, gromadzącym się nad ogromnym kwiatem. Pruły do siebie widmowym ogniem, spadały w śmierć upiorów, ale żaden nawet nie dotknął Hali, ani terenów wokoło. Niknęły bez jednego dźwięku, jak sterowiec wcześniej. Ale nie tylko. Tkwiły w niewidocznej kuli, a gdy któryś – jak ten płonący, z pióropuszem dymu bijącym z ogona – pomknął zbyt daleko, przepadał, jakby coś go połknęło. Reszta walczyła, chaotycznie i bez żadnego planu, można było pomyśleć, że rozgrywa się tutaj nie jedna bitwa, lecz okruchy wielu: niektórzy piloci wyszarpywali nawet broń przyboczną i próbowali ratować kolegów. Jeden z samolotów, wyjątkowo kanciasty, oberwał w kadłub serią z broni maszynowej, zapłonęły ogniste oczka i zaraz zmieniły się w jęzor ogarniający cała maszynę. Blask oświetlił twarze Jurka i Anity, ta nawet coś mówiła, pewnie, że powinni iść dalej, a pilot katapultował się w ostatniej chwili, odrywając się od kuli płomieni, w którą zmienił się samolot. Opadał na spadochronie, podobnym trochę do białego ptaka o szerokich skrzydłach. Oświetliły go flary, wystrzelone z nicości. Widzieli już jego młodą twarz i przerażone oczy, zapomniał złączyć nogi przy lądowaniu i upadł fatalnie, zwalił się na bok, płaszcz spadochronu pociągnął go za sobą. Podniósł się jednak natychmiast, zrzucił linki i pokuśtykał prosto na Anitę i Jurka. Miał wciąż przerażone oczy, posiniałe policzki i wąs amanta z lat dwudziestych. Przez moment Jurek miał wrażenie, że skoczek ich dostrzegł, co było przecież niemożliwe, a jednak – zamachał ręką, jakby odpędzał się od upiorów, przyspieszył i zaczął znikać. Opuściły go nogi, wyparowały dłonie, a ku nim zbliżała się tylko głowa. Wkrótce przepadła i ona.
– Chodźmy – poprosiła Anita.
Przed Halą stał stary volkswagen z opuszczonym dachem. Szofer w środku czekał spokojnie na pasażera, paląc papierosa bez filtra, rozparty wygodnie na skórzanym fotelu. Samochód nie miał kół, unosił się pół metra nad ziemią, wokół kierowcy drżało gorące powietrze. Mijali konie ze śladami poparzeń, a tuż za iglicą, w miejscu, z którego Hala była już doskonale widoczna, znaleźli dwie pary butów: oficerki i czerwone pantofelki, porzucone w wielkim pośpiechu. Znikały inaczej niż reszta, powoli, jak figury z piasku rozdmuchiwane przez wiatr. Za nimi, drogę ku krzakom znaczyły koszula od munduru, sukienka, podwiązki i wielkie, męskie reformy ciśnięte byle jak na trawnik. Przez nagie krzaki mogli dostrzec półprzeźroczyste ciała, splecione w miłosnym uścisku. Ona zarzuciła mu ręce na kark, on ściskał ją za biodra, a twarz miał zaciętą, jakby ktoś zmuszał go do tej miłej czynności, przystawiając pistolet do głowy. Ciała urywały się na wysokości bioder.
Jurka z Anitą od Hali odgradzał pas ziemi niczyjej, który wyglądał jak zdjęcie spaprane przez nałożenie dwóch klisz. Tylko że tu klisz było więcej niż dwie – drzewo bez gałęzi wyrastało wprost z zasieków, te wchodziły w chłopską chatę, krytą jednak nie strzechą, ale nicością. Obok ujadała psia głowa, lecz łańcuch za nią zaciskał się już tylko na drżącym powietrzu, trzepotały skrzydła niewidzialnych kur, błysnął krowi róg, ale i groźniejsze strzępy. W miejscu ogródka piwnego, gdzie jeszcze niedawno rozczarowany pracą Jurek pokrzepiał się „pianą” albo dwiema, rozciągało się pobojowisko: kilkaset ciał złączonych w morderczym zwarciu. Ciemnozielone mundury pochlapane błotem, zaschnięte rany, oczy ze zgrozą zastygniętą w wieczności. Anita schowała twarz w ramionach Jurka, za to on nie mógł oderwać wzroku. Czuł zawstydzenie, jakby przyglądał się ofiarom wypadku samochodowego. Gdyby kucnął, mógłby dotknąć ręki chudego wyrostka, przygniecionego przez karabin, z poszarpaną raną wzdłuż całej szyi. Miał oczy jak dwie szklane kule z brudem w środku. I nagle zakręciły się w nich łzy.
Jurek przystanął, zatrzymał Anitę. Klatka piersiowa chłopaka zaczęła się unosić, najpierw płytko, jak zamierające serce, potem coraz szybciej, rana zaczęła się zasklepiać. Skóra błyskawicznie pokrywała skaleczenie. Chłopak mrugnął i pojechał do góry, szarpnięty przez niewidzialne sznury. Z rany pozostał tylko pas szeroki na palec. Chłopak stał już w lekkim rozkroku, z karabinem wysuniętym przed siebie i próbował nadziać na bagnet nacierającego przeciwnika. Z ziemi podrywali się inni, całymi rzędami, niczym zmartwychwstańcy zabierani do nieba przez łaskawego boga wojny. Kule wracały do luf, dłonie z powrotem przyrastały do ciała, oczy pojawiały się na nowo w niczego niepojmujących głowach, czaszki zasklepiały się bezgłośnie, aż wreszcie obie armie oderwały się od siebie, podobne bliźniaczym częściom tego samego mechanizmu i popędziły rakiem, jedna w kierunku murów Hali, druga na przystanek tramwajowy, by tam rozwiać się ostatecznie. Na ziemi, jeszcze przed chwilą ochlapanej krwią, wyrastały czerwone maki.
Jurek z Anitą musieli przejść jeszcze przez żwirowany trakt, wystarczająco szeroki, by przetoczył się tędy Hannibal ze stadem słoni w drodze na wyprawę przez Alpy. Żwir z wolna obrastał asfalt, po bokach rozpalały się światełka i Halę nagle przesłonił samolot wzbijający się do lotu. Gnał prosto na nich, rozpędzony na pasie lotniska. Padli na ziemię. Jurek poczuł coś jak muśnięcie, jakby kot przebiegł mu po plecach. Odwrócił się i zobaczył ogon samolotu na tle czerwonej łuny. Wrocław płonął. Języki ognia strzelały z kamienic na starym mieście, ludzie wyrzucali przez okna kołdry i poduszki, by zaraz na nie skoczyć, chmary ptaków wzbijały się w powietrze w tumanach iskier, po chwili spadały już martwe, uderzając o rozgrzany bruk. Tłum umykający przed ostrzałem próbował dopaść schronu przy placu Solnym. Wysoko nad nimi gaulaiter Hanke uciekał samolotem z miasta skazanego na zagładę. I naraz wszystko się skończyło. Została sama Hala, czarna i cicha. Niby ta sama, a jednak inna. Nad czarnymi drzwiami wisiał anioł, dawno temu zniszczony przez komunistów. Jurek zdał sobie sprawę, że właściwie nie ma żadnego planu, poza nadzieją, że jego klucze wciąż działają. Wysunęły mu się z rąk, schylił się po nie, lecz ich nie podniósł, bo anioł poruszył się nad jego głową. Posypał się tynk, świsnął miecz, a Jurek przetoczył się po ziemi, pociągając za sobą Anitę.
Przez moment był pewien, że ożywiona figura rzuci się na niego, rozpłata głowę żelbetowym mieczem. Anioł znalazł jednak innego przeciwnika. Na budynek Hali wpełzał płaskorzeźbiany smok o trzech głowach i czerwonawej łusce. Zamiast oczu miał gwiazdy, pazury przypominały sierpy, łuska na kolczastych plecach wyglądała jak kłosy pszenicy. Paszcze smoka rozwarły się do bezgłośnego ryku, cielsko wybiło na tylnych łapach i spadło na anioła, próbując przygnieść go własnym ciężarem. Anioł cofnął się o krok, machnął mieczem i smok miał już o jedną głowę mniej. Rozpoczął się dziwaczny taniec na fasadzie, dwie figury, jednocześnie zrosłe z nią i samodzielne, krążyły wokół siebie, szukając okazji do zadania ciosu. Smok buchał białym ogniem, anioł osłaniał się skrzydłem, pochylał kark, spoglądał spode łba. To coś chce nas powstrzymać, pomyślał Jurek. Anita wysunęła się do przodu, ruszył za nią, uczepił się klamki jak koła ratunkowego, wsadził klucz w zamek, ale nie zdążył przekręcić. Smok runął z góry, paszcza kłapnęła tuż nad głową Anity, kiedy anioł zagłębił miecz aż po rękojeść między łopatkami potwora. Cielskiem wstrząsnął dreszcz, oczy się rozszerzyły, pysk rozwarł się jeszcze raz tuż przed Anitą i nagle skruszał. Obsypał ich miękki pył.
– Zyskaliśmy chwilkę – szepnął Jurek, jakby chodziło o skrót, dziurę w płocie. Podniósł klucze, wybrał właściwy. Tymczasem dzielny anioł znajdował nowych przeciwników. Po ścianie Hali wspinały się kolejne, ożywione płaskorzeźby – kobiety ostrzyżone krótko, w wyzywających strojach, eksponujących nienaturalnie wielkie biusty, faceci w garniturach przylegających do ciała, mundurowi dzierżący pałki teleskopowe i ogromne tarcze, długowłosy wypłosz w kurtce za tyłek, brodaty grubas w golfie i szaliku oplatającym wydatny podbródek. Zachodzili z dwóch stron, anioł unosił miecz gotowy do obrony. Kiedy Jurek przekręcił klucz, spadały pierwsze głowy. Weszli do środka.
 

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku