Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Wsiedli do samochodu. Anita włożyła kluczyk w stacyjkę, ale go nie przekręciła. Jurek usadowił się na tylnym siedzeniu. Rozprostował bolącą nogę i dałby ją sobie odciąć za to, że w oknie na pierwszym piętrze szpitala widzi dwa nastroszone łby Dzieszyńskiego i Rajtocha.
– Będziemy tak tu tkwić? – zapytał.
Nie odpowiedziała. Opuściła szybę i wystawiła łokieć za okno. Wieczór był ciepły jak na wczesną wiosnę. Zimne światło nowoczesnej wiaty otulało pasażerów oczekujących na tramwaj. Blask był trupi, rodem z kostnicy, zupełnie inny niż światło w oknach szpitala. Dzieci ganiały się wokół latarni. Kilka kroków dalej policjant strofował staruszkę, która nie posprzątała po swoim psie.
– Będzie za późno – ostrzegł Jurek.

Wiedział, o co chodzi Anicie. Patrzył z nadzieją na ciemniejące miasto, ale wszystko mu umykało. Ludzie rozbiegali się gwałtownie, jakby ktoś cisnął między nich granat. Policjant doszedł ze staruszką do porozumienia, dzieci się oddaliły. Od strony Trzebnickiej maszerowali młodzi ludzie w strojach anarchistów. Popijali z butelek owiniętych w papierowe torebki, migały pomarańczowe punkciki papierosów. Kierowali się w stronę szpitala i Jurek domyślił się, że idą odwiedzić kumpla zmasakrowanego w jakiejś szarpaninie, o której trąbiły gazety.

– Olę poznałem na studiach. Już wtedy ostro dokazywałem i jak to się mówi, zakochaliśmy się w sobie na zabój. Była o dwa lata młodsza. Przyjechała z Koszalina, chyba tylko dlatego, na pewno dlatego, żeby być z dala od swojej popieprzonej rodzinki – nie wierzył, że to mówi, słuchał swojego głosu, jak kogoś obcego. – Ja już dopinałem germanistykę. Mam dryg do języków. Piąty rok, dużo czasu. Pokazałem jej Wrocław i jak się można tu zabawić. Tydzień zaczynał się w czwartek, zamykał we wtorek. Przez dwa kruche dni, każde próbowało żyć normalnie. Ona na drugim roku, ja na piątym. Miała spory apetyt na życie…

Zamilkł. Anita musiała dopytać. Rzuciła byle co. Dwa durne słowa.
– Mieszkaliście razem?
– Krótko. Najśmieszniejsze jest to, że miałem furę pieniędzy. Jak człowiek pije, wciąga, łyka, chodzi naćpany po pomponik, zawsze znajdzie pieniądze. Nigdy ich tyle nie miałem. Trochę tłumaczyłem. Pisałem magisterki po niemiecku, zdarzały się i prace zaliczeniowe, różne cuda. Łatwa robota. Sieć pomagała, kto by to sprawdzał.
– Znam ten biznes.
– Właśnie – w brzuchu Jurka pęczniała wielka, kolczasta kula. – jakoś przebrnęła przez ten drugi rok. Ola była piekielnie zdolna, nigdy nie spotkałem tak mądrej dziewczyny. Daruj, ale właśnie tak było. I myślę, że stąd też brał się jej pęd do zatracenia. Nie radziła sobie z własną głową.
– Myślę, że ludzie piją czy ćpają, bo lubią być pijani i ćpani. – Palce Anity błądziły po kierownicy. – Nie ma w tym szczególnej filozofii.
Musiała pożałować tych słów, bo Jurek zamilkł, jakby zwolniony z obowiązku opowiadania. Gapił się za okno.
– Wynajęliście mieszkanie… – drążyła. Jurek się otrząsnął.
– Przy Czystej. Wszędzie blisko. Zaczęła się zabawa na całego i gdyby, no właśnie, gdyby nie okoliczności, wspominałbym ten czas jako najpiękniejsze chwile życia.
– Co braliście.
– Wszystko. Okazji nie brakowało. Czasem myślę, że gdybyśmy mieszkali dalej od centrum, sprawy potoczyłyby się inaczej. A tak, nieustannie mieliśmy gości. Każdy przychodził z czymś tam. I tak to się kręciło – mówił coraz wolniej, wreszcie znowu zamilkł, z głową złożoną na szybie. Nie popędzała już. Rewolucjoniści zdążyli wejść do szpitala, pojawiła się inna staruszka, z innym psem. Ślepiec na przystanku położył przed sobą kapelusz, stroił harmonię.
– Zmodyfikowałem też biznes. Wprowadziłem nowe usługi. Dyplomy. Dwa kawałki za zwykłą lewiznę, dziesięć tysięcy za full wypas, z wpisami do ksiąg uniwersytetu.
– Mówimy o euro czy złotych?
– Jakich euro? Nie podrabiałem podpisów osobiście, bo nie umiałem tego robić, ale jak wiadomo, jak to jest. Skoro byli ludzie, którzy potrzebowali fałszywek, znaleźli się i tacy ludzie, którzy je robili, a ja wylądowałem w ciepłym, miłym miejscu dokładnie między nimi.

Odwróciła się i pogłaskała go po twarzy, próbowała tę twarz pochwycić. Cofnął się na tył fotela.
– To stało się w weekend. Wróciliśmy do domu nad ranem, tak nawaleni, że frunęliśmy nad ziemią. Po tabsach jest się długo na chodzie, można się kochać w nieskończoność i nie da się zasnąć. Leżeliśmy potem w łóżku i paliliśmy papierosy. Ola kaszlnęła. Chwyciła mnie za rękę. I tyle. Zaczęło nią telepać. O tak. – Walnął pięścią w szybę. – Trzepotała się przy mnie. Oczy rozszerzone. Nie mogła nawet poprosić o pomoc. Tylko jak wstawałem, chwyciła mnie za rękę. Nie chciała puścić. Wyrwałem się…

Zamilkł. Szarpnął suwak polaru. Pozwolił się objąć, mówił bardzo cicho, bo i niewiele słów zostało do wypowiedzenia.
– Zamiast zadzwonić od razu, przeraziłem się. Tyle dowodów w mieszkaniu. Zacząłem zbierać dragi. Z różnych miejsc. Skrytka. Kieszenie. Pudełeczko. Szuflada. Wszystko do kibla, już ze słuchawką przy uchu, już wrzeszczałem na panią z pogotowia, szybciej, szybciej, rzuciłem się, żeby ratować Olę, ale było za późno. Rozumiesz, Anita? Gdybym się nie bał, nie myślał o sobie, gdybym od razu… ale się bałem.

Trwali tak chwilę, Jurek skulony, Anita przechylona z boku fotela, wtulona w niego tak bardzo, jak tylko mogła.
– Próbowałem potem zachować się jak facet. Pojechałem na pogrzeb z duszą na ramieniu. W jakiś sposób chciałem, żeby mnie skrzywdzono. Żeby jej rodzina… no cóż. A tam wszyscy płakali i mi współczuli. Jakbym tylko ja ją kochał. Resztę sobie już dośpiewaj. – Przywołał uśmiech. – Jakoś przeżyłem. Czasem myślę, że gdyby wtedy Ola nie... Umarlibyśmy niedługo potem oboje. Czasem znów, kiedy naprawdę muszę poużalać się nad sobą, myślę, że lepiej by było gdyby tak właśnie się stało.

Anita powoli odkleiła się od niego. Jeszcze pocałunek w mokre oczy, ręka na policzku. Przekręciła kluczyk w stacyjce.
– Nie – powiedziała, jakby nic z tego, co usłyszała, nie stanowiło dla niej zaskoczenia.

***

– Nie musimy tego robić. – powiedziała, gasząc silnik. Zaparkowali w pobliżu Hali, w cieniu grubej wierzby. Żaden dźwięk nie mącił ciszy. Gdyby chociaż ptaki, pomyślał Jurek.
– Nie musimy – zgodził się Jurek.
– Dzieszyński wystawi nas, gdy tylko coś pójdzie nie tak – myślała głośno. – Jak pójdzie dobrze, nie warto spodziewać się nagrody.
– To prawda. Nie musimy tam iść. Cóż by szkodziło, gdybyśmy wyjechali? Nikt nas nie znajdzie.
– A dokąd?
– Do Kolonii.
– Północ. Nie lubię.
Jurek opuścił szybę. Potrzebował chłodu.
– Tylko na początek – drapał się w nos, rozwalony, jakby fotel w audi zmienił się w tron pluszowy.
– Znalazłbym ci dobrą pracę. Wracałabyś już po mnie. Czekałbym z obiadem. Może z kolacją.
– Umiesz gotować?
– Przez wiele lat byłem sam... W weekendy zamawialibyśmy jedzenie na telefon i oglądali stare dobre seriale, wiesz, z czasów zanim przyszli „Mad mani” i wszystko spieprzyli. Pilibyśmy wino i kochali się. Raz w tygodniu moglibyśmy wyskoczyć gdzieś, a jedno popołudnie poświęcić na szukanie czegoś lepszego. Niekoniecznie w Niemczech. Świat się przecież kurczy – mówił z coraz większym trudem. – Można by kupić kota, pieprzonego futrzaka, który spałby w nogach łóżka.
– Przestań.
– Dlaczego? – Jego głos brzmiał gorzko. – Kot nazywałby się Melman albo Szprotka. Kupilibyśmy szelki i w co ładniejsze dni wyprowadzali drania, paskudę na spacer do lasu. Robiliśmy zdjęcia. Kiedyś o tym myślałem, żeby kupić aparat, zainwestować trochę w kompa i cykać fotki zmieniającego się świata. Zawsze czegoś mi brakowało, myślałem sobie, że jutro, pojutrze, jakoś tak. Potem, po roku, może dwóch mielibyśmy mieszkanie z tarasem. Wyjechalibyśmy na przykład do Francji i tam wynajęli domek nad morzem. Tak mogło by być.
Anita siedziała sztywno, jakby gotowa na przyjęcie ciosu.
– Nie. Tak nie będzie – odezwała się wreszcie. – Dlatego tam pójdziemy.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku