Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Jurek śnił, że wszystko jest dobrze.

Festiwal Stulecia szczęśliwie dobiegł końca i jedyne, czego Jurek mógł żałować, to przegapienia większości występów. Załapał się tylko na Dodę Rabczewską, wyśpiewującą szlagiery Mieczysława Fogga i Agnieszki Osieckiej. Mignął mu Dieter Bohlen z uśmiechem przyklejonym do twarzy, której głównym składnikiem był botoks. Białe zęby trzymał niebezpiecznie blisko mikrofonu, jakby planował go odgryźć. Ominął Bregovicia i młodych jazzmanów, za kulisami wpadł na niego Tymon Tymański. Muzyk, ciut przerażony, pytał, jak dostać się do sali z cateringiem.

Za to przedstawienie sztuki Hauptmana wypadło wspaniale. Zachwycony Dzieszyński odmłodniał w swojej loży, bił brawo i przyjmował gratulacje od oficjeli ze wszystkich krajów Unii, podobnie szczęśliwych i wyluzowanych. Banach Smyk prezentował zaplecze Hali atrakcyjnej przedstawicielce hiszpańskiej delegacji. Między ludźmi krążyła podekscytowana Anita. Jurek spokojnie na nią poczekał. Wyszli razem. Zamiast marcowej pluchy, świeciło mocne słońce, drzewa były obsypane pąkami. Zbyszek z głową na stoliku w ogródku piwnym obejmował niedopity browar rozjaśniony wódką. W drodze na przystanek tramwajowy Jurek dostrzegł Olę prowadzącą przed sobą podwójny wózek. Szła w towarzystwie starszego od siebie mężczyzny. Na widok Jurka zwolnili trochę i pomachała mu wesoło.

Wsiedli z Anitą do tramwaju i jechali przez niekończący się Wrocław. Odra sunęła wzdłuż torów, starcy łowili ryby na stromym brzegu i rozpijali wódeczkę, ojcowie uczyli swe brzdące puszczać kaczki. Spacerowali zakochani. Rzeka zmieniła się w park, park w las pachnący igliwiem. Sarny odprowadzały tramwaj swym czarno-spokojnym wzrokiem, przemknął lis, wybijając w powietrze stadko spłoszonego ptactwa. Ptaki te zmieniły się w domy, domy w bloki o kolorowych balkonach, na których suszyło się pranie. Był też rynek zalany słońcem, znajome knajpy, bynajmniej nie pochowane po bocznych uliczkach, lecz usytuowane w rządku, jedna przy drugiej, w pulsującej muzyką alei. Tabuny turystów w różnym wieku przewalały się od drzwi do drzwi, lecz Jurek – wciąż siedząc w tramwaju, z ręką na kolanie Anity – widział wyraźnie, że wszędzie, w Literatce, 13 Igłach, w Nowokainie, Pod Złotym Kogutem i w Pracoffni czeka wolny stolik i promocja na browar. Dalej, stadiony i ogród botaniczny, hipopotamy i krokodyle w zoo, tramwaj pędził i pędził w wielką czarną chmurę na horyzoncie. Kłębiły się tam ptaki. Biły skrzydłami bez opamiętania, Jurka zalała ciemność.

Obudził się bez śladu zmęczenia. Odruchowo usiadł na łóżku. Macał szpitalną pościel, zdumiony przyglądał się bandażom, którymi był owinięty. Jeden na poparzonej dłoni, drugi ciasno opinał łokieć. Sprawdził, czy może się ruszać, podkurczył nogi. Żyję, nic mi nie jest, pomyślał. Z wolna dochodził do siebie, pełen energii, chociaż nie do końca przytomny. Wyciągnął rękę, ale nie mógł policzyć palców.
– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał głos, gdzieś, zza białej mgły. Jurek przetarł oczy. Nie pomogło. Przy stoliku znalazł szklankę wody. Wypił natychmiast. Z mleka wokoło wyłaniały się kolejne kształty. Kroplówka i cienkie węże podłączone do Jurkowego ramienia. Biała szafka koło zakratowanego okna. Między dwoma łóżkami stary, czternastocalowy telewizor. Ze ściany spoglądał papież Polak, którego Jurek ostatnio gdzieś widział.
– Dlaczego to zrobiłeś? – powtórzył głos.
– Nie mam pojęcia, stary – odpowiedział Jurek i znów zapadł w sen.

***

Dyrektor Dzieszyński leżał na wznak, jakby zaraz miał wydać ostatnie tchnienie. Zsunął z siebie kołdrę, odsłaniając piżamę, pod którą puchł wielki opatrunek na piersi. Lewą rękę miał w gipsie, prawa chwytała za guziki. Obrócił żółtą głowę.
– Źle ci było? Musiałeś wszystko niszczyć?
Zapewne bardzo cierpiał. Mówił z trudem, jak człowiek zmuszony do przełknięcia jakiegoś obrzydlistwa. Do Jurka powoli dochodziły drobne nieprzyjemne bodźce. Ścigały się ze sobą, dokazywały, milkły niespodziewanie, by za chwilę znów o sobie przypomnieć. Pieczenie w poparzonej dłoni. Szarpanie ścięgna nad kostką. Palący kark. Swędząca twarz. Udało mi się, pomyślał, jednak to zrobiłem. I zaraz pomyślał o konsekwencjach. Czy szpital jest strzeżony? Czy policja już wie? Czy dogrzebali się do sprawy sprzed lat?
– Sam dobrze wiesz – odpowiedział.
– Nie – mruknął Dzieszyński. – Nie wiem.
Jurek stracił ochotę na rozmowę. Jeszcze ta menda, kuta na cztery świńskie nogi spróbuje go przekabacić. Ciekawe, jaki jest dzień? Długo już tu leżę? Jakie są zniszczenia w Hali?
– Co ci obiecał? Ile zapłacił? – Dzieszyński, jęcząc i sapiąc przekręcił się na bok. Przypominał teraz zmordowanego kochanka, szepczącego do poduszki czułe słówka.
– Kto miał mi zapłacić? Myślisz tylko o pieniądzach. Nic dziwnego, że wylądowałeś tutaj.
– Czy ty masz pojęcie…
– Nie mam i nie chcę mieć – przerwał mu Jurek – wystarczy mi świadomość, że nie skończę z głową roztrzaskaną o klopa jak Smyk. Albo jak Zbyszek. Coście mu zrobili?
Dzieszyński zastygł na moment, wytrzeszczając oczy. Niespodziewanie, twarz mu zmiękła i przekręcił się na plecy. Nad czymś myślał. Jurek cieszył się ciszą.
– Nie chcieliśmy niczego złego i ani ja, ani nikt z mojego otoczenia nikogo nie skrzywdził. – Dzieszyński mówił, jakby czytał. – Tobie się wydaje, że pragnęliśmy wiedzy. Chcieliśmy odsłonić sens historii. Tak, to jest możliwe. Wierzę w to głęboko. I właśnie dlatego nasze zadanie polegało na tym, by strzec tej tajemnicy. Nikt nie ma prawa jej odkryć. Ani ja, ani Rajtoch. Za to Smyk tego pragnął. Rozumiesz?
Potrząsnął głową.
– Dzisiaj do Hali nikt nie miał mieć wstępu – oznajmił Dzieszyński. – Tylko nie wszyscy chcieli się z tym pogodzić.
– Załatwiłeś własnego syna.
– Nie. – odparł Dzieszyński ze smutkiem. – Ciało wyłowione z Odry było zmasakrowane do szczętu, znaleziono wprawdzie przy nim dokumenty Zbyszka, jego e-reader i telefon. Ale to był Paweł. Paweł nie żyje.
– Bzdura kompletna. Paweł jest na komendzie.
– Wypuścili go po przesłuchaniu.
Dzieszyński poprawił poduszkę pod głową. Jakby dwa razy chudszy niż wcześniej. Zapadnięte policzki. Ostry nos. Rzadkie włosy lepiące się do matowej czaszki.
– Teraz już rozumiem i właściwie nie powinienem mieć do ciebie żalu. Sam być może postąpiłbym podobnie… Odkąd poznaliśmy prawdę, pilnowałem, żeby tego dnia nikt nie dostał się do Hali. I o to pokłóciliśmy się ze Smykiem. Biedny Smyk…
– Co z Anitą?
– …ale dopiero teraz mogę dać ci pełny obraz sytuacji. Żałuję tylko, że nie zdobyłem się na to wcześniej, podczas naszej ostatniej rozmowy w gabinecie. Jeśli można to nazwać rozmową. Nasza grupa nie zawiązała się wczoraj. Strzeżemy tajemnicy Maksa Berga prawie od stu lat. Odkąd Berg pokłócił się z władzami Wrocławia i wyjechał. Głównym naszym zadaniem było pilnowanie, by Hala ocalała w obecnym kształcie, żeby konstrukcja gmachu głównego pozostała nienaruszona.
– Bzdury. – Jurek uniósł się na łokciach. – Mogę uwierzyć w jakieś tam prawdy zapisane przez Berga, ale nie w tajne sprzysiężenie spod znaku Dana Browna.
– Ciekawe, że w jedno możesz uwierzyć, a w drugie już nie.
– Bo tu jest Polska i owszem, cuda się dzieją, ale konspiracja – Jurek cmoknął – nie wychodzi.
– Może i masz rację. W końcu wylądowałem tutaj. Powiedz mi lepiej, czemu mi się sprzeciwiłeś. Czy ja kogoś oszukałem? Kogoś zabiłem? Nie. Dałem ci dobrą pracę, mimo że, powiedzmy sobie szczerze, Jurku, takich asów miałem pod ręką na pęczki.
– Gadanie. – Spróbował zejść z łóżka. Omal nie upadł przy pierwszym kroku. Trwał, uginając kolana, z twarzą przyciśniętą do ściany. Na końcu języka miał pytanie o los nieszczęsnego Banacha. Odpuścił. Próbował zrobić kolejny krok. Wyglądał jak linoskoczek, zawieszony pod dachem cyrku.
– Czego chcesz? – zapytał.
– Nie byliśmy sami – Dzieszyński opadł na poduszkę. Mówił w sufit. – Jest jeszcze jedna osoba, która podziela naszą wiarę. Zbyszek.
Jurek prychnął.
– Daj spokój. Twój synalek ledwo butelkę dźwignie.
– Też się nabrałeś, prawda?
Jurkowi udało się podejść do okna. Chciał sprawdzić, do którego szpitala trafił. Ano, MSWiA na Ołbińskiej. Zapadał zmierzch. Widział świeżo wybrukowany placyk, płaty czarnej ziemi, na której niedługo wyrośnie trawa, fikuśne lampy. Pierwsze piętro. Dobre i to.
– Mów dalej. Nie mieści mi się to w głowie, ale proszę.
Skurcz przebiegł przez twarz Dzieszyńskiego. Przyłożył dłoń do ust i długo, długo kaszlał.
– Nasza grupa skupia głównie ludzi takich jak Kokoszka, w jakiś sposób związanych z Halą od końca wojny. Dbaliśmy o wtajemniczanie młodych. Najbardziej naturalnym wyborem wydawały się dzieci. Zbyszek kiedyś był zupełnie inny. Ani tępak, ani orzeł. Spokojny, pracowity chłopak. Opowiedziałem mu o wszystkim, pokazałem, co trzeba. Siedzieliśmy w Hali nocą i patrzyliśmy na młode gwiazdy i skały pierwszych plemion…
– Dobra, dobra.
– A potem się zmienił.
– To wiem.
– Pewnego razu, wiele lat temu, zamknął się w Hali na cały weekend. Nie wiem, co tam zobaczył, przysięgam. Ale to coś głęboko go odmieniło. W końcu wyrzuciłem go z pracy. Wściekł się. To on zamordował Smyka. Nie patrz tak. Nie doniosę na własne dziecko.
Jurek usiadł na krześle dla gości. Badał swoje ciało, oceniał siły, kombinował, jak by stąd zniknąć. Próbował nie słuchać Dzieszyńskiego, ale wszystko zgadzało się aż za dobrze. Co, jeśli cwany lis próbuje jeszcze raz obrócić sprawę na swoją korzyść? Jaka jest gwarancja, że nie kłamie?
– Po jaką cholerę Zbyszek miał zabijać Smyka?
– Smyk miał zrobić to, co zrobiłeś ty.
– Spalić scenę?
Dzieszyński spróbował się roześmiać, ale nie bardzo mu wyszło. Coś pomiędzy łkaniem a szczeknięciem.
– Powiedzmy, że Smyk zrobiłby to lepiej. Nie brudziłby sobie rąk. Trudno mi powiedzieć, czego dokładnie oczekiwał Zbyszek i jak go przycisnął. Myślę, że jeden chciał wykiwać drugiego, dokładnie tak, jak Smyk wyrolował mnie. Banach to był kawał sukinsyna. Jednak do pewnych kroków by się nie posunął – rzucił Dzieszyński ze smutkiem. – Nigdy nie przeszłoby mu przez myśl, żeby skrzywdzić Zbyszka. No i nie przewidział najgorszego. Doczekał się.
Jurek rozprostował ostrożnie bolącą nogę. Powoli rozmasowywał udo. Dzieszyński uśmiechnął się na ten widok.
– Zbyszek pragnął władzy nad historią tylko dla siebie – powiedział. – Nie chcę nawet myśleć o tym, co mógłby z nią zrobić. Kiedy nie wypaliło ze Smykiem, użył was dwojga. To moja wina – dodał ponurym głosem. – Mogłem wyłożyć karty na stół. Pewno jesteś ciekaw, dlaczego ci to mówię?
– Zastanawiam się, jak stąd prysnąć, szanowny panie dyrektorze.
Ile lat można dostać za podpalenie? A jeśli wygrzebali tamtą sprawę? Jurek widział siebie na sali sądowej, niezdolnego do wypowiedzenia jednego słowa, wpatrzonego w jakiś niewidzialny punkt, za którym kumulowały się wyroki. Czy na sali jest rodzina Oli? Rodzice. Brat. Dzieszyński jakby czytał mu z głowy:
– Groziłeś mi więzieniem, więc teraz mogę się odwdzięczyć. Nie muszę niczego przekłamywać. Powiem, co się zdarzyło. Zwolniłem cię, z zemsty spaliłeś scenę. Nawet nie spytałeś o biednego Mareczka. Jak myślisz, ile za to dostaniesz lat? W tych okolicznościach nikt się nad tobą nie będzie litował.
– Ty się tak o mnie nie bój. Polecimy razem.
– Nie. Nie polecimy.
Jurek przyglądał się kratom w oknie. Gdyby podważyć je od dołu, gdyby znalazł coś do podważenia…
– Czego chcesz? – zapytał, majstrując przy zamku od kraty.
– Hala jest zamknięta, a ja, cóż, nie mam nawet dość siły, żeby się tam dostać. A nawet gdybym miał, to… Co robisz? Próbujesz otworzyć kratę?
– Niech cię o to głowa nie boli. – Jurek już wiedział, jak sforsować przerdzewiały zamek.
– Skąd. Po prostu pójdziesz do Hali i powstrzymasz Zbyszka, nim będzie za późno. Będzie tam sam i powinieneś sobie poradzić. Wtedy ci odpuszczę. Więcej nawet, może w jakiś, niełatwy sposób zostaniemy przyjaciółmi? – W uśmiechu Dzieszyńskiego nie było nic z życzliwości. Jurek zastanawiał się nad tym, co usłyszał.
– Jesteśmy w szpitalu policyjnym. Wyczerpałem swoje zadatki na bohatera.
Dzieszyński zmierzył go wzrokiem.
– Jesteś słaby, ale i uparty. Poza tym – przekręcił się w stronę stolika – nie mam nikogo innego.
– Dostanę tylko parę lat. Wolę już siedzieć. Musiałbyś…
– Nie – odparł Dzieszyński. – Ty już tak nie myślisz.
W drzwiach stanęła Anita. Miała rozpuszczone włosy, bladą twarz, podkrążone oczy, niedbale uszminkowane usta. Przypominała kogoś, kto wybiegł z domu, poganiany straszną nowiną, nie do końca przytomny, nie wiedząc, dokąd biegnie. Wpadła Jurkowi w ramiona, sztywna i przestraszona.
– Na to jeszcze będzie czas – rzekł Dzieszyński, a Jurek w jednej chwili zrozumiał, że nigdy się nie dowie, jaką rolę odegrała w tej całej aferze Anita. Wyzwolił się z uścisku i zaczął ubierać. Niezbyt mu to szło. Gdy już udało mu się włożyć spodnie od dresu i miękką koszulkę, walczył ze sznurówkami od butów. Potem, niczym bohater ostatniej akcji, doczłapał dzielnie do okna, szarpnął za odblokowany wcześniej zamek kraty, wdrapał się na parapet i skoczył w noc.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku