Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Największy problem stanowiły kamery. Jurek Naciągnął kominiarkę i poczuł się jak kompletny matoł: w czarnych dresowych spodniach, ciemnym golfie i skórzanej kurtce. Sprawdził kieszenie. Zapalniczka, latarka, druty, krótki składany nóż, kilka metrów mocnego sznurka, który wziął z bliżej nieznanego sobie powodu, telefon komórkowy z komisu, w nim nowa karta. Pieniądze. Tyle, ile mógł wybrać, czterysta euro w banknotach. Na wypadek, gdyby coś poszło nie tak i musiał dawać nogę. Złe oko spoczywa na bankomatach, a co.

Szedł w cieniu, przy linii drzew, przebiegł wzdłuż pawilonu, skręcił i zobaczył przed sobą Halę – czarną kopułę pod rozgwieżdżonym niebem. Ani jednej chmury, tłuściutki księżyc, migające światła samolotów. Rozejrzał się. Wokół panowała cisza. Nie dostrzegał żywej duszy, co nie oznaczało, że sam nie jest widziany. Jedna kamera – to wiedział na pewno, łypała wprost na iglicę. Poszedł naokoło i wyłonił się od strony ogródka piwnego. Krzesła poskładano jedno na drugim i spięto łańcuchem grubszym niż Jurkowe przedramię. Zastanawiał się co dalej. Wiedział tylko, co ma robić wewnątrz. Najciemniejsza część nocy zapowiadała świt. Mógłby też do świtu czekać. Będzie się martwił potem. Może pan Mareczek – albo inny cieć, akurat dyżurujący – ma lepsze rzeczy do roboty niż gapienie się w ekran? Przebiegł jak wampir, trzymając się cienia.

Przy drzwiach zdjęła go paranoiczna myśl, że Dzieszyński zmienił kod do drzwi, albo wstawił dodatkowe zamki, tym bardziej że przy pierwszej próbie, karta nie przeszła. Spróbował znowu, pchnął i cicho wszedł do środka. Zerknął za siebie – iglica była jasna niczym gwiazdy, w które mierzyła, lodowaty wiatr czochrał suche gałęzie. Przed Jurkiem stanęły drugie drzwi, zamykane na tradycyjny klucz. Omal go nie upuścił. Przekręcił ostrożnie i na moment zamarł. Wydało mu się, że z głębi Hali dochodzą głosy nerwowej rozmowy, facet wrzeszczał na kobietę. Jurek poczuł ukucie w sercu. Może za ostro obszedł się z Anitą? Ale czemu ona musi grzebać we wszystkim. Jeszcze porozmawiają. Jeszcze się pogodzą. Teraz ma sprawę do załatwienia.

Planował obejść zaplecze z litościwym zamiarem wywleczenia pana Mareczka w bezpieczne miejsce. Znęcił go blask, bijący spod kopuły. I szmery. Wiele głosów zlewających się w jeden. Zerknął na sufit, jednak kolejnej kamery nie wypatrzył i nagle przeraził się własnych myśli. Co tam, pod kopułą, teraz się rozgrywa? Okruch Historii, czy może Dzieszyński urządza sobie próbę przed imprezą? Zdumiało go to, jak łatwo przychodzi oswajanie niezwykłości, jakby cały czas czekało się na nie, tkwiąc w racjonalnej, odartej z tajemnic materii.

Skradał się przy ścianie. Doszedł do szklanych drzwi, pchnął je, ale żadna z postaci, które zobaczył w środku nie zwróciła na niego uwagi. Były ich setki. Tysiące. Przypominały tłum szkicowany pospiesznie przez malarza. Kreseczki rąk, plamki włosów, korpusiki różniące się tylko barwą, usadzone na składanych krzesłach. Powietrze drżało, jak w wielkim gorącu. Rozbrzmiewała w nim modlitwa. Jurek zbliżył się trochę. Tłum niknął w przestrzeni. Ciała urywały się delikatnie w połowie, krzesła nie sięgały ziemi, a modlitwa pochodziła jakby z innego porządku. Nagranie, puszczone za wcześnie, albo za późno. Po lewej i prawej stronie sceny stali dostojni przedstawiciele różnych religii. Byli popi, brodaci i poważni, w wysokich czapach nadających im nieco nierzeczywisty wygląd, obok, pastorowie wielu odłamów w szykownych garniturach, boscy menedżerowie poszukujący potwierdzenia własnej drogi w oczach zgromadzonych wiernych. Rabini, dumni i pogarbieni jednocześnie, o poważnych, skrytych twarzach. Tłum zgromadzony na wyższych kondygnacjach, porucznicy i kapitanowie wszelkich wiar, zlewał się ze sobą, niekompletny i ogołocony z różnic. Znów kreska, kropka, punkt zamiast twarzy. Przed płachtą z kluczami Watykanu, odziany w biel, prężny, choć już naznaczony starością stał Jan Paweł II i rozkładał dłonie. Czytał z księgi rozłożonej przed sobą, ale żaden głos nie wychodził z jego zatroskanych ust. Co chwilę unosił głowę i spoglądał po zebranych. A zaraz za progiem klęczał pan Mareczek, unosząc zachwyconą głowę. Ręce wisiały mu luźno, jakby właśnie coś upuścił.

– Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina – powtarzał pan Mareczek radosnym głosem, jakby relacjonował wyprawę na truskawki. Jurek zaszedł go od tyłu, choć mógłby, równie dobrze stanąć przed nim. Mareczek wziąłby go za miraż, manifestację świętego. Jurek wstrzymał oddech, zapytał samego siebie, czy naprawdę chce to zrobić i spuścił obie dłonie na szyję pana Mareczka, tuż pod uchem. Pan Mareczek zamilkł, zadrżał i runął na bok.

Jurek sprawdził, czy oddycha, chwycił go pod pachy i zaczął ciągnąć w stronę recepcji, nie odrywając wzroku od trwającego w hali zgromadzenia. Walnąłeś poczciwego chłopa pod papieskim okiem, coś takiego odezwało się w Jurku, walnąłeś w szyję, ogłuszyłeś, a przed tobą przemawiał Ojciec Święty. Wstydu nie masz i dlatego ci się nie uda. Jurek westchnął, miał dosyć takiego gadania, a i pan Mareczek był bardzo ciężki. Stracił scenę z oczu, stracił i zgromadzonych. Położył pana Mareczka z boku, pod czarnym stoiskiem z pamiątkami. Tu nic mu nie będzie, a jak dojdzie do siebie, nie będzie wiedział, co mówić. Widział papieża Polaka, a potem zrobiło się ciemno. Jurek porwał pęk kluczy i pobiegł dalej.

Mijał ciemne, ciche drzwi od gabinetów. Zamknięty sekretariat. Toaletę. Przyspieszył owładnięty niepokojącą myślą, że zaraz, od strony kabin wyłoni się Smyk z rozbitą czaszką i powie tym swoim głosem nie do podrobienia coś w stylu: „Ho, ho, ho, ale mi przysolili”. Będzie miał bladą skórę i czerniejące palce.

Ale nic takiego się nie stało. Zerknął w drugą stronę. Pod kopułą było już ciemno, może nawet za bardzo. Nawet okruch światła nie wpadał przez sufit. Przewalały się chmury i masy wody, w nich morskie smoki i ryby głębinowe. Zrobiło mu się gorąco, wytracił bieg i opadł plecami na ścianę. Ledwo łapał oddech. Cała Hala tonęła w ciszy i nagle złamał ją dźwięk nieco podobny do odgłosu, który może wydawać przypiekana skóra. Jurek przyłożył ręce do ust. Nie mógł tego słuchać. Na miękkich nogach poszedł dalej, dźwięk powtarzał się co parę kroków, a gdy wypróbowywał kolejne klucze w drzwiach magazynu, usłyszał coś jeszcze. Miarowe, bardzo niskie uderzenia. Jak bicie wielkiego serca, nie, kilka serc bijących równolegle pod ziemią, w ścianach, wśród pierścieni w kopule. Hala zdawała się żyć. Teraz zasnęła. Może śniła, ukołysana przez stalowe, szare sny Maksa Berga. Spokojna, ciężka istota, której jeden oddech może trwać stulecie, zdolna przywołać przeszłość i przyszłość, jak plankton wciągany przez podmorskie wiry. Znowu nie ten, klucze gubiły się w palcach Jurka. Nie był już pewien, czy słyszy to naprawdę. Stukanie z głębi budynku. Żelbetowe żyły pompowały marzenia do kamiennych serc. W końcu trafił na właściwy kluczyk. Jurek zaryzykował i włączył latarkę.

Widok magazynu – szafek, stołów, chałatów i wszelkiego dziadostwa – przyniósł mu ukojenie swoją zwyczajnością. Takie pomieszczenia są w każdym teatrze, przy stadionach, na dworcach. Trochę minęło, nim znalazł to, czego szukał – kanistry stały pod samą ścianą, zawalone płachtami folii używanej przez robotników do zabezpieczenia podłogi. Zaraz się w nie zaplątał, klął pod nosem, wreszcie zwalił się na podłogę i patrzył w sufit. Mógłby teraz zasnąć. To takie idiotyczne. Wyobraził sobie, że patrzy z boku na siebie, jest panem Mareczkiem, przedwcześnie obudzonym. Stoi i spogląda na idiotę zwolnionego dyscyplinarnie z roboty. Ten patentowy dureń, oszalały z pragnienia zemsty, zagrzebał się w folie i plastykowe rury, bębni palcami w kanistry z benzyną, a w drugiej dłoni obraca zapalniczkę.

Kanistry były cztery. Uznał, że dwa spokojnie wystarczą. Ledwo je taszczył przez korytarz, musiał co chwilę stawać, łapał oddech, a ten mu umykał. Łapałby go jak motylka, gdyby tylko znalazł siłę. Pod kopułą czekała na niego brudna woda. Kanistry brzęknęły o posadzkę.

Tyle obrazów, zlewających się w jedno. Pod pierścieniami wlekły się deszczowe chmury, zza których przezierało widmowe słońce. Ściany przepadły. Odra podchodziła Jurkowi pod buty. Widział wysokie półkole worków z piaskiem, tamujących powódź koło hydroelektrowni. Żołnierze ciągnęli za sobą łódź z przestraszoną rodziną. Ruda kobieta, siedząca na skraju, spoglądała wprost na Jurka. Niedaleko, chociaż w zupełnie innym miejscu, brązową wodę rozpruwał dziecięcy ponton. Dwóch mężczyzn w środku zawzięcie machało różowymi wiosłami, trzeci facet już się nie zmieścił i płynął obok, uchwycony burty. Za nimi sklep: namalowana wisienka, WARZYWA I OWOCE, zalany do połowy. Smutna dziewczynka spoglądała z okna na fale, bijące tuż pod framugą. Gdzie indziej było płycej. Nastolatki brodziły w krótkich porciętach. Wąsacze w woderach przyglądali się rybie, pomarańczowej i napuchniętej. Leżała martwa w podbieraku. Jeszcze, jeszcze. Tłum wyczekujący fali, za barykadą z piasku, pod przęsłem mostu. Ładna dziewczyna w pomarańczowej bluzce unosiła swój młodzieżowy dobytek w torbie przerzuconej przez ramię. Chłopak obok niej miał wolne ręce i wyglądał, jakby chciał komuś ostro przysolić. Zerwany wiadukt, tory wisiały w powietrzu. Faceci bez spodni, w samych slipach, dobili właśnie na dwóch łódkach do stacji benzynowej. Białe brzuchy utopionych krów i świń. Jurek wszedł w ten miraż, zatonął w nim.

Opływały go konające ryby, koty, nagle, nad sobą zobaczył dna łodzi i ludzkie stopy. Przyspieszył. Scena powinna być niedaleko i nagle, pośród domów, zwierząt, zalanych samochodów, znaków drogowych opływanych wzburzonym nurtem zobaczył topielca dryfującego w jego stronę. Był to starszy mężczyzna o łysej, kanciastej czaszce. Sunął na plecach, ramiona miał rozłożone szeroko. Oczy były białe, a usta rozchylone, jakby właśnie coś chciał powiedzieć i niegrzecznie mu przerwano. Jurek wrzasnął, zszedł mu z drogi i znów wrzasnął. Uderzył głową o brzeg sceny, upuścił kanistry i wszystko zniknęło.

Hala była już tylko Halą, pustym miejscem, przestrzenią do dobrej zabawy. Jurek zwalił się na ziemię. Przerzucał zapalniczkę z ręki do ręki. Czekał, choć sam nie wiedział na co.
Spróbował się podnieść, lecz nogi nie bardzo chciały go słuchać. Czy to w oczach mu ciemnieje, czy w Hali gęstnieje mrok. Nie miał pojęcia i nie przejmował się tym. Ostatnia prosta. Jeden z kanistrów otworzył i wepchał pod scenę, najgłębiej jak umiał. Z drugim, także odkręconym przeszedł przez całe pomieszczenie, pozostawiając za sobą błyszczącą stróżkę cuchnącego płynu. Skończył przy wejściu, ocenił. Pan Mareczek leżał wystarczająco daleko. Nie chciał, aby komukolwiek stała się krzywda. Wrócił i położył drugi kanister obok pierwszego. Trąc zapalniczkę, wrócił do bocznego korytarza i poszukał kanciapy dla ochroniarzy. Zastał ją otwartą. Tam, małe królestwo pana Mareczka. Chłodna już kawa, zaczytana Angora, stary numer CKM-u i monitor z ekranem podzielonym na czworo. Widział stąd i scenę, od której biegła stróżka benzyny, i pomieszczenie magazynowe, wreszcie samego pana Mareczka, ululanego snem człowieka niesprawiedliwego. Niewiele myśląc, wyrwał twardy dysk i cisnął go koło kanistrów.

No i już. Można spadać. Stanął przy końcu strugi benzyny i zapalił zapalniczkę. Spojrzał jeszcze za siebie, na scenę, ostatni raz. W drżącym powietrzu zobaczył znajomy pokój z oknem na podwórko. Wiatr przylepiał liście do szyby. Wewnątrz panował rozgardiasz, jakby przebiegło stado słoni, albo, to lepsze porównanie, policja właśnie skończyła gwałtowną rewizję. Na stoliku z Ikei stały puszki po piwie van Gerst z dyskontu Plus, obok dwie kadarki, w tym jedna tylko wypita. Wszędzie walały się jakieś karteluszki. Cykał milczący telewizor. Za meble służyły półki z grubego drewna, trzymające się na śrubach wwierconych bezpośrednio w ścianę. Koło kaloryfera zdychał sobie kwiatek. Komputer stał na ziemi, obok poduszka, kubek kawy i kolejny pluton puszek i butelek. Jurek dostrzegł siebie samego: był wielki i mały, półprzeźroczysty, lecz cały w ciemnych kolorach, siedem lat młodszy, dwadzieścia kilo chudszy, o żółtawej skórze, bosy, w dresie i podkoszulku. Miotał się od ściany do ściany, chwytając w rozdygotane dłonie jakieś małe przedmioty. Woreczki, szklane lufki, blaszane pudełko, piersiówkę. Zniknął na chwilę, wrócił już bez niczego, z kurtki, ciśniętej byle jak na parapet wyszarpnął telefon komórkowy. Stary Eriksson. Wybrał numer. Dopadł komputera i wolną dłonią spróbował rozkręcić obudowę. Upuścił śrubokręt. Ktoś – wiadomo doskonale kto – odebrał, półprzeźroczysty Jurek zaczął coś – wiadomo co – wykrzykiwać do czarnej słuchawki, a drugi Jurek, stojący w Hali, zapomniał o niej i o ogniu, tylko się trząsł. Rozmowa trochę trwała. Poszły dwie śrubki, Jurek, uwięziony w przeszłości, odbicie Jurka, cień jego najstraszniejszej chwili odgiął obudowę i brutalnie wyrwał dysk twardy. Rąbnął nim o ziemię, raz, dwa, cztery razy, przestał przy tym mówić, tylko kiwał głową. Jeszcze jedno słowo, telefon rzucił w kąt. Jurek, który biegał, zniknął z mieszkania, Jurek, który patrzył, chciał wydrapać sobie oczy. Widział wyraźnie łóżko, skotłowaną pościel i drobne stopy, nieruchomo sterczące spod kołdry. Jak części maszyny. Niczym złe wspomnienie. Pokój jeszcze stężał, drzewa nagle urosły, Jurek ze strasznych wspomnień powrócił, opadł na łóżko, pełzł po nim jak grzesznik ciśnięty przed Boże oblicze i z tej wizji, z tego pokoju wyłonił się dyrektor Dzieszyński.
Wyglądał tak nierzeczywiście, że oszołomiony Jurek, wciąż z zapalniczką w ręce, wziął go za widmo. Odbicie Historii. Kiedyś musiał tak przebiec pod kopułą, wściekły i przerażony.

– Co tu robisz! – ryknął Dzieszyński.

Jakim cudem go nie dostrzegłem? Przeleciało Jurkowi przez głowę, co on robił tak późno w gabinecie?
Jurek kucnął, przyłożył zapalniczkę do stróżki. Ogień buchnął, parząc go w dłoń. Pomarańczowy pióropusz błyskawicznie zaczął pełznąć w kierunku sceny. Jurek poderwał się do biegu. Odrobinę za późno. Dzieszyński skoczył i przygwoździł go do ziemi, zaskakująco silny, mimo wielu lat dyrektorowania. Jurek próbował go zrzucić, bił słabo w nerki, szukał dojścia do szyi, Dzieszyński dyszał, zabiję cię, słyszysz, zabiję. Doskonale widział jego twarz, nabrzmiałą z wściekłości, spróbował ją strącić niczym brzydką bombkę choinkową. I zaraz wszystko zniknęło, w dymie, huku i ogniu. Jurek zdążył jeszcze pomyśleć o Anicie, lecz przed sobą widział Olę.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku