Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Osiedlanka osiedlance nierówna. Niektóre są maleńkie, że ledwo kufel wciśniesz – trzy stoliki obstąpione przez brodaczy, sufit zawieszony nisko nad barem, a z zaplecza niesie się woń spalonego tłuszczu. Inne przypominają hale produkcyjne – klienci siedzą przy szerokich stołach, karnie popijając w jednym i tym samym rytmie, a przy toalecie ustawia się kolejka smutnych, jakby czekali na rozstrzelanie.

W Teresce było jeszcze inaczej – zielony dywan na odrapanej podłodze, stare przeboje, Felicita i Roberta Flak, sześć drewnianych stołów, bar długi, okupowany przez weteranów. Część z nich grała w lotki, przerzucając się brzydkimi słowami. Barmanka, pamiętająca jeszcze bicz carów i ostry miecz Piasta szorowała kufle brudną ścierą. Anita, usadzona na ławie, podkurczyła nogi pod brodę.

– Jeszcze raz ci mówię, że mamy wystarczające dowody, aby przygwoździć drania bez żadnej hecy. Czy to tak dużo, pójść ze mną na policję?
– Myślę o Zbyszku.
– Dzieszyński kłamie. Myślisz, że nie poznałam?
– Gdzie kłamie? Cały się trząsł.
– On jest w tym dobry, dzięki temu został dyrektorem. Nie widziałeś, jak z nami pograł? Wysłuchał, zabawił się trochę i przypieprzył, że jeszcze w uchu mi dzwoni.
– Gadasz jak facet. A Zbyszek?
– Ojczulek uciszył go jakoś. – Popatrzyła w sufit, nierówny, ze śladami kleju po oderwanych plakatach.
– No, wsadził do lochu i dał chlebek do moczenia w zupie.
– Żartuj sobie, żartuj. Nie twierdzę, że Dzieszyński to potwór. Nie zabiłby swojego syna.
– Ktoś inny mógł. Rajtoch, Kokoszka albo ktoś od nich – Jurek uświadomił sobie, że nawet nie wiedzą, jak liczna jest grupa spod znaku Hali, kto do niej należy i jak długie są jej macki. Zerknął z trwogą na barmankę i mężczyzn grających w rzutki. Mógł przysiąc, że jeszcze chwilę wcześniej patrzyli na niego. Więcej, wlepiali spojrzenia, pijane ciekawością.
– Niemożliwe.
– Powiedz to Smykowi.
– Wolę pogadać z panem komisarzem. Do rana będzie po wszystkim – wodziła dłonią po blacie, wsadzała paznokcie w żłobienia. – Pójdziemy razem i będziemy spokojni. Powiemy prawdę…
– Tu Dzieszyński miał rację.
–Tak. Tylko to jego wezmą za wariata, nie nas.
– Nie byłbym taki pewien. – Objął dłońmi brzeg stołu, zgarbił się, jakby próbował rozwalić blat własną, skołowaną głową.
– Ja jestem pewna.
– No gdzie? Sami to załatwimy.
– Ciekawe jak? – Jej śmiech nie spodobał się Jurkowi. Jeszcze tego brakuje, żeby zaczęła sobie drwić.
– Daj mi chwilę pomyśleć.
– Najprostsze rozwiązania się najlepsze.
– Czyli policja?
– No, wreszcie! – Uderzyła dłonią w stół. Odezwał się Jurek. Za to mężczyźni przerwali grę. Łypali w ich stronę.
– Żadnej policji, po raz setny to mówię, a ty dalej swoje.
– Wściekasz się i wściekasz.
– Anitko, przecież zaraz szlag mnie trafi – Jurek poderwał się, na moment zapomniał, gdzie jest. – Wykpił. Wywalił na pysk. Gdzie w Niemczech by tak zrobił? W państwowej instytucji!
– To nie jest państwowa instytucja.
– Jakoś tam jest.
– Ja go zapierdolę. Normalnie. Pójdę i...
Anita zasłoniła ręką usta.
– A ty z czego się śmiejesz? – krzyczał. – Takie to zabawne? Zbyszka nie ma, Smyka nie ma, Dzieszyński gra mi na nosie, a wiesz dlaczego? Bo może! Psiurnia nie pomoże, wszyscy święci nie dadzą rady i świetnie o tym wie. Z czego się śmiejesz, do cholery?
Miękko, jakby płynąc, obeszła stół, zbliżyła się do Jurka, objęła jedną ręką w pasie, pogłaskała po twarzy. Przerażona i rozbawiona. Było już trochę za późno.
– Nie bądź chłopcem. Pójdziemy na policję. Mamy dość dowodów. Dzieszyński głupio zagrał, chciał nas przestraszyć, nie damy się. Zobaczysz. – Złożyła mu głowę na piersi. Jej włosy łaskotały go w nos. – Hej, naprawdę…
– Nie. Zrobimy to po mojemu. Co ci w ogóle tak zależy?
– Zależy na czym znowu? Chcę, żeby było normalnie.
– Ja mu Zbyszka nie odpuszczę! Pomyśleć, mama była z tym gnojem cztery lata…
Anita mówiła swoje:
– Może chcę chodzić do normalnej pracy, gdzie szef jest tylko szefem, a nie unurzanym po nosek w gównie sukinsynem? – Rozłożyła dłonie, jakby dziwiąc się czemuś. – Chcę, żeby moi koledzy z pracy, nawet ci najgłupsi i najbardziej nieprzyjemni wracali spokojnie do domu, a nie konali z głową roztrzaskaną o kant muszli. Może o to mi chodzi.
Jurek popatrzył w jej oczy. Te odbite, rozmazane.
– Myślisz tylko o sobie – powiedział.
Chwilę się wahała.
– Widziałam w Hali rzeczy… tak jak i ty. A może Rajtoch, Dzieszyński i inni mają rację i coś odsłoni się przed nimi już w niedzielę? Sens Historii? Przyszłość? Przeszłość? Nie wiem.
– A niech się odsłania, co mnie to…! – machnął ręką. – Chcę tylko załatwić tego sukinsyna. Dla Zbyszka. I żeby ten łajdak poleciał do mamra. Dosyć, Anita. Mam dosyć.
– Rajtoch to wariat. Z Kokoszki, wypisz, wymaluj, psychopata. Dzieszyński morderca. Czy ty naprawdę chcesz, żeby tacy ludzie mieli dostęp do tajemnicy?
Nie odpowiedział.
– Boję się, Jurek, bardziej niż wcześniej. Dzieszyński nie ma stracha, bo wie, że po Festiwalu będzie innym Dzieszyńskim. Potężniejszym. Przemienionym. Jakie będzie miał możliwości? Co z nami zrobi. Myślisz, że schowasz się w Berlinie?
Jurek akurat myślał o czaszce pana dyrektora. W jego wyobrażeniu roztrzaskiwała się na dziesiątki czerwonych kawałków.
– Przesadzasz. Nic…
– Pytałeś mnie, to odpowiadam. Teraz ja.
– Chryste Panie…
– Wydaje mi się, że na coś jednak zasłużyłam. Powiedz mi, Jurku, czemu tak boisz się policji?
– Dziwna sprawa. Czemu każda kobieta, powtarzam, każda na całym świecie najpierw dochodzi do wniosku, że na coś tam sobie zasłużyła, a potem zaraz wyskakuje z tekstem, do którego nie ma żadnego prawa?
– Mówisz jak Dzieszyński.
– Nieprawda.
– Jurek. Co ty zrobiłeś? Co zrobiłeś przed wyjazdem z Wrocławia? Co sprawiło, że wylądowałeś na squocie? Policja cię szuka?
– Jakby szukała… – Walnął w szybę otwartą dłonią. – Co cię to obchodzi? Ja nie boję się policji. Ja tylko nie chcę iść na policję. To dwie różne sprawy.
– Boisz się, Jurek.
– Czy ja się czepiam o twoje kontakty ze Smykiem? – wypalił, a jej twarz zrobiła się jakby okrąglejsza. – Wypytuję o innych facetów, skąd masz to piękne mieszkanko i tak dalej?
– O co ty mnie oskarżasz!
– Dobre sobie! – Zorientował się, że krzyczy. – Właśnie o nic nie oskarżam, nic nie chcę wiedzieć, ty za to musisz grzebać. I uważaj, bo się dogrzebiesz. Zostaw mnie w spokoju! Jeśli myślisz, że sobie nie poradzę, bądź spokojna! Zawsze sam sobie radziłem…
– Jurek…
Mężczyźni z kąta dali sobie spokój z rzutkami. Jeden, podobny do pijaka z westernów, leżącego w błocku przed saloonem, huknął:
– Ej, koleżko! Daj se siana, co?
– Za długo siedziałem na tyłku. Chowałem głowę. Ja już się nie boję, słyszysz? Zatrzymam to. Z tobą lub bez ciebie…
Porwał kurtkę.
– Wiesz, co sobie myślę? Za łatwo ci uwierzyłem! Kto wie, może siedzisz w tym od początku!
– Weź ty głupku… – Jej ręce nie umiały znaleźć sobie miejsca. Wkręcały się we włosy, szarpały ucho. – Po co miałabym to robić?
Już nie słuchał. Roztrącił bywalców i wybiegł, niezatrzymywany przez nikogo.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku