Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

– Dobrze, słusznie, wszystko rozumiem. – Dzieszyński uniósł ciężką głowę znad również nielekkiego biurka. – Kto inny zapewne pogubiłby się w państwa wywodach, ale ja, tak sądzę, potrafię się w nich odnaleźć. Magia. Nieprawidłowości w księgach. Duże sumy przelewane na konta obojętne dla dobra całej inwestycji. Jesteście bardzo sprytni i macie mnie jak na dłoni. Cieszę się, że mój przybrany syn umie wytknąć mi co trzeba, kiedy tylko zbłądzę. Proszę. Czego chcecie? Pieniędzy? Udziału w imprezie?

Nie spodziewali się takiej odpowiedzi.

– Dwóch rzeczy – zaczął Jurek. – Pierwsza dotyczy nas osobiście: chcemy spokoju. Jeden ruch z twojej strony, a lądujesz w pudle i wątpię, byś się stamtąd wygrzebał.
Dzieszyński opuszczał głowę, jakby coś dociskało ją do biurka. Wykrztusił:
– Rzeczywiście. Tak. Co jeszcze?
– Smyk panu ufał – powiedziała Anita.
– Smyk ufał – powtórzył Jurek. – Ja nie mam zamiaru. Wpadnę pod samochód, ty lecisz za kratki. Gołąb na mnie narobi, to samo. Coś stanie się Anicie, tym gorzej dla ciebie. Znam i subtelniejsze metody zasrywania komuś życia. Kłopoty ze znalezieniem pracy. Firmy windykatorskie. Wilcze bilety. Nic z tych rzeczy.
– Z twoim sprytem powinieneś pożyć jeszcze bardzo długo, a mnie, wybacz, nieco przerasta odpowiedzialność za wszystkie nieszczęścia, które trafią ci się w przyszłości. Szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Dzięki tobie zapewne uniknąłbym wielu błędów i byłbym dziś szczęśliwszy.
– Możesz jednak uszczęśliwić mnie.
– Czyli jednak pieniądze.
Jurkowi zdało się, że w westchnięciu Dzieszyńskiego pobrzmiewa ulga.
– Zbyszek.
– Co Zbyszek?
– A wiesz, że właśnie miałem o to pytać?
– Czego chcecie od Zbyszka?
– Powiedz, gdzie on jest? Chcemy go zobaczyć. Najpóźniej do jutra. I wbij to sobie do głowy, nasza umowa obejmuje także jego. Chcemy mieć spokój. Ja, Anita i twój syn.

Skończył, choć nie bez trudu. W gruncie rzeczy miał ochotę nawrzucać Dzieszyńskiemu za wszystkie draństwa, nieważne, popełnione przez niego czy nie. Ochrzaniał szefa niczym święty Michał diabła i mógł powiedzieć wszystko, co tylko chciał. Wygarnąć. Odreagować. Miliony pracowników na całym świecie marzyły o takiej chwili. Zamiast tego wygrażały tylko kukiełkom i pustym gabinetom.

– Jedno mnie zdumiewa. – Dzieszyński poczuł widocznie, że może już mówić. – Rozmawiamy tutaj o wiedzy. O poznaniu sensu świata i wszystkich tajemnic, co od zawsze było największym marzeniem ludzkości. Gdybyśmy zamienili się miejscami, błagałbym tylko o możliwość uczestniczenia w niedzielnym wydarzeniu. Byłbym gotów odgryźć sobie za to własną rękę. A wam nawet nie przyszło to do głów. Czy dlatego, że nie za wiele się w nich mieści? Do takich wniosków dochodzę, gdy przypominam sobie, Boże krówki, jak ukrywaliście swój romans.

Jurek uniósł dłoń, jakby próbował osłonić się przed ciosem.

– Żartuj sobie.
– Zostańcie jeszcze moment – powiedział Dzieszyński błagalnym tonem. – Rozumiem, że jeśli zdecyduję się nasłać na was moich niezawodnych skrytobójców, policja natychmiast dowie się o moim kieszonkowym Opus Dei i planach zdobycia władzy: dzisiaj Wrocław, jutro cały świat. – Jego głos stopniowo zyskiwał na sile – Zapewne macie stosowne dokumenty, być może od nieboszczka Smyka. Wówczas nasza surowa władza zapuszkuje mnie wraz z całym sekretnym towarzystwem i na nic się zdadzą moje tłumaczenia, że siódmego dnia Festiwalu odbywa się impreza natury prywatnej dla drogich gości, którzy pofatygowali się do Polski z całej Europy. Dobrze zrozumiałem?
– Dzieszyński wstał, w oczach iskrzyły mu ognie, zaczął ryczeć:
– I jeszcze prosicie o Zbyszka, mojego Zbyszka, który, waszym zdaniem także potrzebuje ochrony. Otóż nie. Nie potrzebuje. Zbyszek nie żyje, wczoraj znaleźli jego ciało w rzece, więc tej jednej, tej najskromniejszej prośby nie mam jak spełnić.
– Gdzie… – zaczęła Anita.
– W dupie ciemnej i strasznej! – Wydawało się, że Dzieszyński zaraz pęknie. – Mogę zrobić co innego. Proszę was pięknie, wypierdalać mi stąd, i to w tej chwili. Już! Albo zawołam ochronę, a potem tak was załatwię, że roboty nie znajdziecie nawet na Kamczatce. Mój syn umarł, mój synek, a wy macie czelność… – Zakaszlał. Zrobił się czerwony, chwycił się za serce i zamarł, z głową zwieszoną nad stołem. Cisza. Tylko ciężki oddech. Anita zbliżyła się do biurka. Dzieszyński uniósł czerwoną twarz. Po napuchłych policzkach sunęły tłuste łzy.
– Ogłuchłaś? Won mi stąd.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku