Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Mieszkanie Zbyszka nie miało balkonu, przez który Jurek z Anitą mogliby się dostać do środka, a nawet gdyby miało, nic by im z tego nie przyszło. Zajmował poddasze na Traugutta, w tak zwanym Trójkącie Bermudzkim. Przygnębiająca okolica – między tanimi knajpami a sklepami nocnymi. Młodzi mężczyźni o miękkich ruchach wystawali tam w grupkach po trzech, czterech, podpierając odrapane ściany, a ich kobiety o krzykliwych makijażach pchały chwiejne wózki z rozwrzeszczanymi pociechami.

Ale i tu zawitała normalność. Zaparkowane na chodnikach samochody były jakby lepsze niż kiedyś, wyklepane na wysoki połysk, pomiędzy nimi trzech chłopców wyrywało sobie przenośną, konsolę Nintendo 3D. W starej kamienicy z wyburzonym parterem straszyły wprawdzie ruiny dawnego sklepu obuwniczego, lecz już piętro wyżej pyszniły się nowe, plastikowe okna. Zdobiły je kwiaty w ciężkich doniczkach i talerze anten satelitarnych, niczym ocalałe duchy sprzed dwóch dziesięcioleci.
Klatka schodowa domu, w którym mieszkał Zbyszek, witała smrodem i wysprayowanymi ścianami (TRUIKA RZYIE ZAFSZE). Jakiś typ machnięciem czerstwej łapy udzielił Jurkowi i Anicie przyzwolenia na wejście, obrzucając Anitę spojrzeniem, które nie pozostawiało wątpliwości co do jego brudnych myśli.

Drzwi do mieszkania Zbyszka były za to czyste i zamknięte na dwa zamki. Otwierały się do środka. Jurek zadzwonił, odpowiedziała mu cisza. Zastukał. Znowu nic. Sięgnął po komórkę i wybrał numer. Po drugiej stronie drzwi usłyszeli dzwonek telefonu, którego nikt nie odbierał.
– Może odsypia? – zapytał Jurek i zaczął majstrować kartą przy zamku. Nie chciała wejść miedzy drzwi a futrynę. Anita rozglądała się nerwowo.
– Czuję się jak lekarze od House’a. Ci, co nieustannie włamują się do domów – szepnął Jurek.
– Oglądasz takie ramoty?
– Cicho… coś słyszałem.
Wstrzymali oddech. Kamienica rozgadała się dziesiątkami stłumionych głosów. Gdzieś wyżej mężczyźni kłócili się o charakter kolegi przezywanego Trupią Główką, płakało dziecko, gwizdał czajnik, słychać było muzykę, niby różną, lecz o bliźniaczym rytmie, umpa-umpa.
– No… ံ– odezwała się Anita i zaraz zamilkła, bo znów dało się słyszeć ten sam dźwięk. Jakby ktoś czegoś szukał, nie mógł znaleźć i bardzo się na tę niemoc złościł. Poleciał garnek, a za nim coś ciężkiego.
– Ktoś tam jest! – Anita szarpnęła go za rękaw. – Może wrócimy później?
– Daj mi, cholera, pomyśleć!
Jurkowi nie bardzo wychodziło operowanie przy zamku. W końcu odpuścił i zaczął tłuc ile wlezie, halo, halo, jest tam kto? Za ich plecami uchyliły się drzwi. Jurek obrócił się, jakby sam diabeł sprzedał mu kuksańca. Patrzył w surową twarz staruszki, łypiącą z ciemnej szpary.
– A wy czego tutaj?
Anita zasłoniła Jurka.
– My do pana Zbigniewa Dzieszyńskiego.
– Jaki on pan, łachudra! Winien wam co? Suń się panna, z tobą gadać nie będę.
Wytoczyła się na korytarz, w zielonej podomce, grubych pończochach i futrzanych kapciach. Półdługie czarne włosy z siwymi odrostami.
– Umówiliśmy się. – Jurek wynurzył się zza Anity. – Nie wie pani…
– Synuś, co ci nawywijała ta franca, no, co za los… Jakby mało nieszczęść na tym świecie, bierz ty ją i zrywaj się stąd.
– A co pani tak broni tego gnoja?
– Sukinsyn forsę wisi – dorzuciła Anita.
Starucha jakby zamyśliła się, pogmerała w kieszeni i wyciągnęła pogniecionego papierosa. Jurek pośpiesznie podsunął jej zapalniczkę.
– Coś ty taki przymilny? Valentino się znalazł.
– Nie wie pani…
– Toż mówię. Się włóczy, Leonsjo, za jedną czy drugą. Będziecie tu kwitli do świąt.
Jurek zacisnął pięści.
– Ja mu nogi z dupy…
– Nic mu nie zrobisz, frajerze słodki, mówię. Właź, bierz co twoje i wypierdalamento.
– Jak właź, kiedy, normalnie, zamknięte… – Anita wskazała drzwi.
– A tam zamknięte! Tu się nie zamyka, frajerko musztardowa, prawda taka i cześć. Patrz lepiej. – Zafurkotała, zamachała rękami i zniknęła w czeluściach własnego mieszkania. Jurek z Anitą popatrzyli po sobie i nim zdążyli cokolwiek zrobić, babina już była z powrotem, z breszką w upierścienionych dłoniach. Jurek chciał ją wyręczyć.
– Weź się suwaj, mówię.

Raz, dwa, brecha poszła w szparę, dokładnie tam, gdzie Jurek nie umiał wcisnąć nawet karty. Łokieć kobieciny gwałtownie opadł, coś trzasnęło i wejście do mieszkania stanęło otworem. Wnętrze biło papierosową stęchlizną, gnijącym żarciem i czymś jeszcze, w znajomy sposób nieprzyjemnym. Breszka wylądowała w kieszeni podomki. Babina ruszyła na zdębiałego Jurka, jakby chciała nim potrząsnąć.
– Na Owsiaka czekasz czy jak? Bier co twoje albo i nie twoje, ja tu poczekam. Zawsze mówię: sam nie zadbasz, gówno będzie, nie majonez, taka prawda i tyle – kiwnęła głową dla potwierdzenia mocy własnych słów i zastygła, oparta o futrynę.

Wchodziło się wprost do kuchni. W zlewie zalegał stos garnków ze spleśniałymi resztkami – fasola, zupki chińskie, jajecznica, niedojedzone frytki. Na podłodze walały się pudełka po pizzy. Wykładzina tylko w części zasłaniała bordową, popękaną wylewkę. Wąski tapczan, tablica korkowa, na biurku laptop przygnieciony papierzyskami i książkami. Były to głównie tanie powieści sensacyjne sprzed piętnastu lat, kupowane za grosze w dworcowych i ulicznych stoiskach. Między nimi straszyły dwa paskudne słoje – jeden z niedopitą kawą, drugi pełen niedopałków.

Panował tu ten rodzaj odoru, który zbiera się latami, przenikając ściany niczym cuchnące widmo, wwiercając w meble i drewniane framugi. Żeby wywabić takie draństwo, trzeba by zerwać podłogi, a ściany skuć do cegieł. Tak mogło cuchnąć w starej trupiarni albo w najgłębszych kazamatach wiekowych meneli. Anita przykładała chusteczkę do ust.

Jurek zajrzał do łazienki: wanna starsza niż Wrocław, zimny piecyk, farelka zamiast kaloryfera. W pralce leżały zgniłe ciuchy. Coś zaszeleściło w drugim pokoju. Jurek zerknął w stronę drzwi. Babina demonstracyjnie spoglądała w sufit, Anita rozglądała się zaraz za progiem. W drugim pomieszczeniu starczyło miejsca na tapczan, przysadziste biurko i wielki piec kaflowy. W powietrzu czuło się zapach węgla. Jurek kucnął, otworzył drzwiczki od pieca i pogrzebaczem rozgrzebał popiół, jakby liczył że natrafi na okruch jakiejś spalonej tajemnicy. Zamiast niej dostrzegł dwoje przestraszonych oczu, łypiących z najciemniejszego kąta. W pierwszej chwili przestraszył się i oklapł na wykładzinę z ostatnimi śladami po własnej zieleni. W drugiej już głaskał czarnego kocura. Stał przed nim na wyciągnięcie ręki, gotowy uskoczyć w razie niebezpieczeństwa.
– Co jest, mały? – uśmiechnął się, a mały miauknął przejmująco. Kiedy Anita też kucnęła przy nim, natychmiast podbiegł do niej i otarł się o jej nogi. – Masz względy – powiedział Jurek. – Jezusie Brodaty, ale tu capi. – Pogłaskał kota za uchem. – Zesrałeś się, co?
– Kibel jest zamknięty, pewnie tam ma kuwetę. Jejku, jaki on jest głodny. Słuchaj, jak myślisz, ile…
Przerwała, bo do mieszkania, na podobieństwo kolorowej burzy, wpadła niedawna jego strażniczka. Na widok kota zagniewana starucha przeszła zdumiewającą przemianę. Jej twarz w jednej chwili złagodniała, dłonie zrobiły się miękkie. Już trzymała kota na rękach.
– Cio kochanieńki, cio psijacielu, hiii, pańcia zaraz o ciebie zadba, nie to co frajer morda, cicho, zaraś cioś znajdziemy, skarbulku no… – Wskazała na Jurka – Masz, co chciałeś?
– Jeszcze nie.
– Jak nie masz, bierz kąpiuter i cię nie ma, już, raz dwa, co ty na szaber mi tu idziesz? – pochyliła głowę nad kotem. – Zaraś nakarmimy. Co oni ci zrobili?
Jurek stał niezdecydowany nad laptopem.
– Ruchy, ruchy! – huknęła. – Bier albo zrywka, kolego sympatyczny. Nie ty weźmiesz, to inny, nie wiesz, jak jest? A tobie dobrze z oczu patrzy, kokotce twojej gorzej, chuj, nie moja rzecz. Bierzesz? Bo tego zara nie będzie, taka prawda, kamienica taka.
Chwyciła posłusznie laptopa i już ich nie było. Starucha zgasiła papierosa pod kapciem i wprawnym ruchem zatrzasnęła drzwi od mieszkania. Na pierwszy rzut oka po włamaniu nawet ślad nie został. Mieszkanie jak każde inne tutaj, normalne drzwi. Kobieta odprowadzała ich wzrokiem. Jurek był pewien, że wsłuchuje się w kroki, sprawdzając, czy na pewno wychodzą. Na parterze usłyszał energiczne trzaśnięcie. Kocina będzie miała z nią krzyż pański, powiedział sobie. Minęli ten sam napis, tego samego mężczyznę, który najwyraźniej czekał, aż wreszcie sobie pójdą. Wszyscy ich przeganiali. Pies, gołąb, baba i facet. Zatrzymali się dopiero na przystanku.
– Zbyszek nam podziękuje, nie ma co.
– Żebyś się nie zdziwiła.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku