Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Padał mokry śnieg. Mało które miasto dobrze znosiło polską zimę. Nie tę twardą, mieniącą się lodem, nie bożonarodzeniowe piękne kleksy na szybach i białe czapy pokrywające śmietniki, ale szybko topniejącą breję, poczerniały śnieg na parapetach i długie sople zwisające z dachów, w każdej chwili grożące oberwaniem. Wrocław wytrzymywał z godnością to chłodne piekło, a nawet przekuwał go na piękno. Odcinał się bajkowym kolorem kamienic, błyskiem fontann i lamp. Kochliwie łypały witryny sklepów.

– Tak to mniej więcej wygląda – Jurek skończył mówić. Maszerowali przez Świdnicką, nie wiadomo po co. Zbyszek jak siódme nieszczęście, Anita wściekła.
– No wiecie, dla mnie to kompletna bzdura – odparł Zbyszek. Garbił się, chowając czerwony nos w kołnierz płaszcza.
– Nikt cię o nic nie prosi – Anita rzuciła w przestrzeń. Szła ciut z przodu, pod prąd przechodniom. Ci schodzili jej z drogi, chmurni jak niebo nad nimi, stłoczeni w luźną kolumnę, przypominającą wycieczkę z domu dla nerwowo chorych. Każdy gapił się kompulsywnie w ekran telefonu lub wykrzykiwał w przestrzeń słowa zrozumiałe tylko dla nich. Zestawy głośnomówiące – wykpiwane, znienawidzone i ciągle modne.
– Dziwny jest ten świat – powiedział Jurek.
– Powiedzcie lepiej, co mam robić?
– Powiedziałabym ci, ale nie chcę stracić kolegi.
Zbyszek przystanął przed kościołem Bożego Ciała, sunął wzrokiem po nekrologach.
– Znaczy?
– Ja bym się po prostu zastrzeliła.
– Dzięki piękne.
Jurek miał dosyć.
– Jeśli o mnie chodzi, poszedłbym prosto na policję, kawałki Rajtocha z tym drugim przedstawił jako bajanie, w które twój tatko uwierzył. Dorzucamy twoje dowody i sprawa jest zamknięta.
– Tak trudno zrozumieć, że to jednak ojciec? – Zbyszek oderwał wzrok od nekrologów.
Anita stanęła obok niego. Czytała nazwiska, daty. Ludzie umierali teraz w późnym wieku, osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt lat. „Zwrócił oczy ku wieczności”. – Ja mogę iść na policję. Uratujemy mu tyłek.
– Co ty gadasz? Co ty gadasz? – mało brakowało, a by na nią skoczył.
– Nie zrobię nic bez twojej zgody.
Jurek wszedł między nich.
– Z tego co rozumiem, ojciec nie działa sam, prawdopodobnie wykonuje czyjeś polecenia. Oznacza to, że sam może stać się ofiarą.
– Co, myślisz, że nie wiem?
– Jeśli się przyzna, jeśli będzie współpracował, może zyska nawet status świadka koronnego – myślał Jurek. – A niższy wyrok, to już na pewno. W dobrym więzieniu. We współpracy z sensownym adwokatem…
– Chryste Panie – jęknął Zbyszek. – Po co wam o tym mówiłem?
– Nikt nic nie zrobi bez twojej zgody.
– Sam powinieneś do niego pójść – powiedziała. Zbyszek znieruchomiał, wypuścił powietrze ze świstem, jakby właśnie otrzymał cios w splot słoneczny.
– Że co?
– Myślę, że on wie, że przeholował, i boi się jeszcze bardziej niż ty. Jesteś jego jedynym synem…
– Kiedy on o tym nie pamięta!
– To sobie przypomni – ciągnęła. – Powiedz mu, co wiesz. Nie wymieniaj naszych nazwisk. Poradź mu, aby się przyznał. Pójdziecie razem na policję. Mam ci przypomnieć, że już jednego niewinnego zamknęli.
Oczy Zbyszka były czerwone i pełne łez.
– Jak to?
– Nie wiesz, że Paweł siedzi? – Jurek wbił ręce w kieszenie. Miał dość tej sytuacji, zapłakanego Zbyszka, któremu nie umiał pomóc, śniegu topniejącego na nosie, złościł go nawet klekoczący tramwaj.
– Jezu, nie wiedziałem.
Dłonie Zbyszka przylgnęły do sinej twarzy. Dreptał w miejscu, rozchlapując wodę.
– Dobrze – powiedział. – Pójdę. Wezwiecie mi taksówkę? Chcę mieć to z głowy. Muszę mieć to z głowy – charczał. – To aż boli, wwierca się w mózg. – Zaczął uderzać otwartą dłonią w czoło – Głupi, głupi, głupi! – powtarzał, po czym zatonął w ramionach Anity.
– Zadzwonisz, jak będziesz wiedział?
– Zadzwonię. Zobaczymy się jutro po pracy?
Po Zbyszka przyjechała nieoznakowana taksówka, jednej z tych dzikich korporacji, których namnożyło się po wyeliminowaniu legalnego „przewozu osób”. Kierowca, odziany w polar, z czapką naciągniętą po same brwi, nawet nie zerknął w ich kierunku. Zbyszek podszedł doń krokiem skazańca, trzasnął drzwiami i popędzili przez ciemniejące miasto.
Przechodnie zdążyli się rozproszyć. Pojedyncze sylwetki sunęły przez zimę, odwracając głowę w stronę samochodów i tramwajów. Przemknął skuterek dostawcy pizzy w srebrzystym kasku. Nieszczęśliwe gołębie szukały miejsca pod okapem i na kruchych gałęziach. Płatki śniegu stały się twarde i ciężkie. Topniały na twarzach, przez co Jurek wyglądał, jakby płakał.

***

Wrocław jest niezmienny i tchnie tajemnicą. Być może właśnie tym tramwajem – w odrapanej czerwieni, z ledwo odnowionymi fotelami i zamontowanym automatem na bilety – Jurek jechał kiedyś z Olą. Spotkał ją, jak teraz Anitę. Były te same drzewa i bliźniacze gołębie, nawet ludzie, oddaleni od rynku i modnych centrów handlowych nie dostrzegali upływu czasu, ich prostych strojów nie odmieniały mody i plotki. Tu, na zimnym przystanku, między tłustym psem i brodatym menelem można było nawet palić. Nikt się tym nie przejmował, podobnie jak miłością Dody i pisarza Pilcha, rosnącym biustem Węgrowskiej, jubileuszowym, bo dwudziestym wycięciem Izy Miko w Hollywoodzkiej montażowni.

Tak właśnie jest, tak właśnie ma być, rzekł sobie Jurek i powlókł się do Hali. Otaczała go śmierć. Banach, duch Oli uśpiony na dnie jego sumienia. Ale w ten poranek wcale o nich nie myślał, porwany przez miłość, w ferworze ostatnich przygotowań do festiwalu.
Zbyszek nie zjawił się ani przed południem, ani też wieczorem. Zapytany o niego pan Mareczek odburknął, że ma ważniejsze rzeczy na głowie. Istotnie, włosy umył i przeczesał. Zaszła w nim także inna zmiana. Pod kurtką ochroniarza nosił czystą, czarną koszulę z Matką Boską wpiętą nad kieszonką na piersi. Poczerniały, srebrny krzyżyk wisiał mu na piersi.
To jeszcze nic w porównaniu z dyrektorem Dzieszyńskim, z uporem maniaka usiłującym zachować pozory spokoju. Krem na twarzy markował ślady nieprzespanej nocy. Oczy świeciły. Jego spokojna mowa rozbrzmiewała w kolejnych gabinetach, biurach, magazynach, wreszcie w samej Hali, gdzie robotnicy zdążyli uwinąć się z bałaganem. Odziany w garnitur przypominający pancerz, ruszał się jak maszyna i nieustannie oglądał za siebie, wypatrując niewiadomego zagrożenia.
– Świetnie ci idzie – rzekł do Jurka. – Mówiłem, że sobie poradzisz.

Stali przed głównym wejściem do Hali, zerkając w stronę ukończonej sceny. Wszelka niesamowitość odeszła. Pierścienie były tylko formą żelbetu, scena drewnem i stalą, człowiek, człowiekiem. Cokolwiek tutaj żyło, teraz przycichło, w oczekiwaniu na niedzielę. Jurek postanowił zaryzykować.
– Nie wie pan, co dzieje się ze Zbyszkiem?
Dzieszyński chwilę udawał, że nie słyszy pytania.
– Skąd mam wiedzieć? Gdybym wiedział, byłoby między nami dobrze, a nie źle – chrząknął. – Nie wiedziałem, że się przyjaźnicie.
– To za duże słowo. Po prostu, mam interes.
– W sumie straszna szkoda. – Dzieszyński gestem dał do zrozumienia, że rozmowa nudzi go niepomiernie. – Chciałbym, żeby Zbyszek miał takich przyjaciół jak ty.
– Aha. Martwię się o niego. Umówił się i nie przyszedł. Ma wyłączony telefon.
Dzieszyński podał rękę na pożegnanie.
– Normalna sprawa. Poznasz go lepiej, będziesz wiedział. Jedno jest pewne. Dzieci uczą sakramenckiej cierpliwości. Sam nie widziałem go od paru dni. Powiedz mi lepiej, mam go zwolnić? To go czegoś nauczy?

I nie czekając na odpowiedź, ruszył w kierunku sceny. Rzucał długi cień.
Dobrze, że roboty było po kokardki. Jurek znalazł sobie funkcję dobrej duszy przyjmującej zagubionych. Nie wiedział, czy istnieje wewnętrzny nakaz, zgarniający ku niemu tłum sierot i osłów, czy może w tym zacnym towarzystwie krążyły plotki na temat Jurkowej wyrozumiałości. Garnęły ku niemu łebki odpowiedzialne za taką, a nie inną delegację, zasięgając rady na temat żywienia, hotelu i organizowania wolnego czasu. Zabłądziła przejęta księgowa, zagubiona w labiryncie ksiąg rachunkowych. Wpadł oświetleniowiec, skarżąc się na spieprzoną końcówkę mocy, a pod koniec dnia zjawił się aktor odgrywający jedną z głównych ról w przedstawieniu Hauptmana. Przygotowując się do roli, zakładał rudą perukę. Podczas próby generalnej reżyser Vega, krwiożerczy wbrew ekologicznemu nazwisku, orzekł, że ryża plama po środku sceny wygląda do dupy, a nawet gorzej i kazał ją usunąć. Aktor, którego imienia Jurek nie mógł zapamiętać, zdążył pokochać swoje sztuczne pukle i nie chciał pogodzić się ze stratą.

– Niech mu pan powie, jako organizator, że ja bez tej peruki po prostu nie mogę. Nie mam jak grać! Czy pan to rozumie? – powtarzał, kurczowo ściskając kubek z kawą. – Przecież pan tu ma jakąś władzę. Proszę mu przemówić do rozumu, bo jeszcze będzie nieszczęście.
– Dobrze – odparł w końcu Jurek. – Może pan uważać tę sprawę za załatwioną.
Aktor wycofał się, szorując nosem dywan. Jurek ani myślał dzwonić.
Anitę zobaczył dopiero po pracy. Nawrót zimy zatrzasnął ogródek piwny i musiał poczekać pod zamkniętą na głucho budką. Ruszyli w tym samym momencie, oddaleni i bliscy jednocześnie, ciążący ku sobie z każdym kolejnym rokiem. Przystanęli jak na komendę, w połowie drogi do przystanku. Jurek powiedział o rozmowie z Dzieszyńskim.
– No i co teraz zrobimy? – zapytała Anita.
– Można by zadzwonić na policję, posprawdzać. Znasz jakichś jego kumpli?
– Dobrze wiesz, że unikałam Zbyszka. Teraz rozumiem go lepiej – dodała po chwili, nie bez żalu.
– Czyli co? Czekamy do jutra?
– Ano czekamy.
– A jutro?
Anita chwilę milczała.
– Powiem ci, jak to widzę. – Zerknęła za siebie. – Człowiek powinien robić rzeczy, w których jest dobry. A my jesteśmy dobrzy we włamach.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku