Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Billboard umieszczony nad bramą budynku informował, że działa tutaj Świecki Ruch Misyjny „Epifania”. Wyżej, krzykliwe litery zachęcały do odebrania bezpłatnego egzemplarza Biblii. Na zdjęciu obok otwarta Dobra Księga do złudzenia przypominała pasek pigułek antykoncepcyjnych. Nieopodal znajdowała się Palm Cafe. Ściany pomalowane na jasny fiolet, strop podpierały złote kolumny. Czarne kanapy przy długich ławach, na ławach kawa, ciastka, kanapki, jogurt z kolorowym musem. Okna wychodziły na Ratusz przy rynku. W mniejszej sali bariści pokazywali, jak przygotować prawdziwe espresso. Jurek obszedł cały lokal. Anita obiegła budynek, przeszła się po Rynku, ale nie zastała Zbyszka.

Usiedli. Jurek zamówił latte, mlecznego shake’a i dwie szarlotki. Zagadnięta kelnerka nie przypominała sobie nikogo, kto z opisu byłby choć trochę podobny do Zbyszka.
– Cóż – Jurek wgryzł się w ciastko. – Trudno go pomylić z kimkolwiek innym.
Zjedli spokojnie i czekali dalej. W drugiej sali rozkręcało się zamieszanie – do zarezerwowanego, długiego stolika schodzili się przestraszeni mężczyźni. Podstarzały blondyn z resztkami seksownej mierzwy na spoconej głowie, żylasta kruszynka o minie wściekłego pinczera, ponury trzydziestolatek w swetrze, obowiązkowy garniturowiec, bez krawata, w zmiętej koszuli i z krostami na twarzy. Mrużył oczy, coś mruczał. Witali się niezbyt wylewnie, zamawiali kawę lub piwo, rozkładali przed sobą papiery, coś jeszcze na nich kreślili, zamiast rozmawiać, gapili się w ekrany telefonów. Zbyszek, który niespodziewanie stanął w progu, przypominał jednego z nich. Był trzeźwy i przestraszony, tłuste włosy opadały mu na kark. Na widok Anity zrobił kwaśną minę.
– Dobrze, że jesteście? Można tu coś zjeść?
– Mają niezłą szarlotkę – powiedziała Anita. Zbyszek tylko machnął ręką.
– No, to czego się dowiedzieliście?
Jurek udał zdziwienie.
– Niby o czym?
– Ganiacie jak z piórkiem po całym Wrocławiu. Szukacie odpowiedzi na pytanie, co się stało z biednym Smykiem. – Nagle zaczął się trząść. – Próżny trud, ja wiem, ja się domyślam.
W drugiej sali obsługa ustawiła statyw z mikrofonem, przyniesiono stoliczek. Mężczyźni przy stole z rezerwacją unieśli głowy, rozmawiali szeptem. Szef sali, młodzieniec, który w lepszych czasach spoglądałby na świat zza krat poprawczaka, ogłosił rozpoczęcie maratonu poetyckiego, a Jurka nagle tknęło, że Zbyszek od dawna wiedział o Rajtochu, Kokoszce i Historii powtarzającej się w Hali.
– Nie mam pojęcia, co teraz zrobić – zaczął Zbyszek. – Byłem wczoraj u ojca. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, trochę wódeczki poszło, tatuś ma nie to zdrowie, co kiedyś. Myślałem sobie, coś się zmienia. Zmienił go martwy Smyk.
– Czyjaś śmierć przypomina nam o naszej własnej? – Anita mieszała zimną kawę.
– Jakoś tak. Opowiadał, że niedługo wszystko będzie inaczej, a ja nabrałem poczucia, że… no wiecie – Otarł błyszczącą twarz, lecz lśniła dalej, jak natarta łojem. – Wydawało mi się, że między nami jest przepaść nie do zasypania. – Machnął niewidzialną łopatą. – Po paru kieliszkach, po paru zdaniach taty było już inaczej. Trochę się postaramy. Każdy da z siebie odrobinę. I będzie. Będziemy rodziną.
Poeci wciąż czekali, zapewne uzgadniając kolejność wystąpień. Z niepokojem zerkali w głąb Palm Cafe. Nikt z sali, w której siedział Jurek, nie kwapił się, by podejść. Na występ mistrzów słowa przybyło tylko parę osób: szare dziewczyny, mama, polonista w swetrze po kolana.
– I zaczęliśmy wspominać – ciągnął Zbyszek. Jak to było, kiedy chodziłem do ogólniaka. I wcześniej. Wspólne wyjazdy na ryby. Klocki Lego kupowane za bony w Pewexie. Strój rycerza, który zrobił mi z twardej tektury. Drewniany miecz.
Jeszcze moment, a ten pijak się rozklei, zadzwoniło w głowie Jurka i zaraz uświadomił sobie, co się zmieniło. Zbyszek gadał z najwyższym wysiłkiem i jeśli grał, to lepiej niż kiedykolwiek.
– Ładne wspomnienia – zauważyła Anita. Tylko jej oczy były zimne, nieufne.
– No, niebrzydkie. – Zbyszek uśmiechnął się po raz pierwszy, odkąd przyszedł. – Tacie szybko uderzyło do głowy i powiedział mi coś w tym stylu, że jest ciężko, że ostatnia prosta, że trzeba razem…
– Na zebraniu też o tym było – rzekł Jurek. – Dał ci jakieś pieniądze?

Pierwszy z poetów podpełznął do mikrofonu. Spoglądał w nieliczną publiczność jak w lufy plutony egzekucyjnego.

– Nic. Tylko zadzwonił mu telefon. Natychmiast wyłączył i powiedział, że jeśli dowiem się o nim czegoś niedobrego, to żebym nie wierzył i się nie przejmował. Powtórzył to trzy razy, potem telefon zadzwonił raz jeszcze i znów go wyłączył. Zaraz po ósmej położyłem tatusia spać, no i zacząłem myśleć. Dobra… – Znów uśmiech – Co mi szkodziło dopić butelczynę?

Poeta, wyjękujący strofy bez rymu i sensu także swoje zdołał wypić. Stał w lekkim rozkroku, z lewą ręką w kieszeni i głową odrzuconą do tyłu, niczym gwiazda rocka. Mówił coś o trudnym losie pracownika fizycznego w wielkim przedsiębiorstwie, przydawał metafor wózkom widłowym i paczkom przekraczającym właściwy rozmiar. Jego zdaniem, życie też nie miało właściwego rozmiaru i Jurek musiał się z tym zgodzić.
– No to siedzę sobie, patrzę w okno, a tu telefon znowu dzwoni, tyle że inny. Tamten pyrgał w spodniach taty, ten w marynarce. Nie wiedziałem, że tato ma dwa telefony.
– Normalna sprawa – powiedział Jurek. – Nie zdziwiłbym się, gdyby miał cztery.
– Służbowe rozmowy idą przeze mnie – Anita uniosła rękę, żeby zamówić kolejną szarlotkę.
– Właśnie. – Zbyszek wymierzył w nią brudny paznokieć. – W marynarce miał ten, który znałem, w spodniach zupełnie inny. Stary model, w Heyah, anonimowo. Teraz sobie myślę, że gdybym nie kombinował, miałbym teraz spokój.

Do mikrofonu dorwała się poetycka kruszynka. Na głowę narzucił biały kaptur. Ramiona miał króciutkie i chude jak u dziecka, nóżki nieco krzywe, poliki bez zarostu. Jego głos mógł należeć do jakiegoś pradawnego olbrzyma żerującego w Górach Sowich. Huczał i dudnił o niesprawiedliwości i wszelkich draństwach współczesnego świata, wzywał do rewolucji i ujednolicenia społeczeństw, wydawało się nawet, że zaraz zmieni kartkę na pochodnię i popędzi podpalić najbliższy komisariat. Student w rozciągniętym swetrze krzyknął, że ma stulić mordę. Nie stulił.

– Najpierw sprawdziłem esemesy. Wszystkie skasowane. Zastanawiałem się przez chwilę, czy nie oddzwonić na ostatni numer. Nie sądziłem, że… No, dobra. – Wsuwał szarlotkę, Anita także dostała swoją. – Potem zerknąłem na nieodebrane. W sumie do taty dzwoniły trzy osoby, w tym jedna nieustannie, aż nagle przestała. Banach. Nasz kochany, sprośny Smyk.
– A skąd ty tak dobrze znasz numer Smyka?
Zbyszek zrobił minę niewiniątka.
– Załatwiałem mu zioło, a co? Smyk dzwonił do taty siedem razy z rzędu. Sprawdziłem więc pocztę głosową i tutaj, kochani, dochodzimy do tak zwanego sedna. Deklem od kibla w głowę, Jezus Maria… – Mało się nie zakrztusił. – Smyk nagrał mu się dwa razy i nie były to miłe słowa. Ja cię załatwię, skurwysynu, tak mówił. Jesteś trupem, powiedział i dalej, że nie da po sobie jeździć. Ostatnia rozmowa… – Zadzwonił łyżeczką. – Ostatnia zdarzyła się na dwie godziny przed jego śmiercią.
– Skąd ty wiesz takie rzeczy? – do Jurka jeszcze nie dotarło, co właściwie usłyszał.
– Mniej więcej dwie godziny. Na oko. Jaka różnica. Mówię wam tylko, że najpewniej tato go ukatrupił. Albo kazał ukatrupić. Tego już nie wiem. Smyk go szantażował, nie wiem, o co im poszło. Tatko coś nawywijał, zapaliła mu się dupa i…
Świsnął, jakby uchodziło z niego powietrze, załkał, schował twarz w dłoniach.

Drobny poeta wyhuczał ostatnie strofy i wrócił na swoje miejsce. Mijając studenta, wystawił łokieć, trącił go w bok. Koledzy poderwali się z krzeseł, ale student nawet nie zwolnił. Stanął przed mikrofonem, odłożył kartkę na krzesło i gwałtownym ruchem ściągnął sweter. Na chudej, wygolonej klacie miał wytatuowanego białego orła w koronie nad gniewnym dziobem. Prawe ramię zdobił mu krzyż, lewe Matka Boska. Zbyszek rozłożył dłonie.
– Co ja teraz mam z tym zrobić?
Jurek podrapał się w nos.
– Jak nie wiesz, co robić, nic nie rób.
– Ogromne dzięki. Jeśli on… no wiecie, boję się o siebie.
– Przecież to twój ojciec. – Anita także była przestraszona.
– Tatko myśli, że jest nietykalny. Przetrwał komunę, dwadzieścia lat demokracji z kawałkiem, no to wszystko przetrzyma, nie?
– Moim zdaniem, że to żaden dowód. Wszystko pasuje aż za dobrze. Te sprawy z Halą, śmierć Smyka – wyliczał Jurek. – Byłby skończonym osłem, gdyby tak ryzykował.
– Dobre sobie. A kto ci powiedział, że on jest mądry – Zbyszek podrapał się w czubek głowy – Zaraz, zaraz, jakie sprawy z Halą?

Do Palm Cafe z hukiem przypominającym detonację władowało się trzech muzułmańskich raperów, każdy w chuście Adidasa lub Big Stara, w workowatych spodniach i drogich koszulach. Mieli tatuaże na szyjach i dłoniach. Rozsiedli się w ostatnim rzędzie poetyckiego widowiska, a gdy chłopak z orłem na piersi zabrał się do recytowania kolejnego kawałka poezji, zaczęli krzyczeć i pokazywać fucki.
– Jakie sprawy z Halą? – powtórzył Zbyszek.
Jurek szybko ocenił sytuację.
– Chodźmy stąd. Zaraz będzie chryja.
Nim kelnerka przyniosła rachunek, półnagi poeta wszedł w spór ze swoim mizernym konkurentem. Jurek przesunął kartę w czytniku, kelnerka posłała przepraszający uśmiech. Wyszli, a poeci rzucili się sobie do gardeł.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku