Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Ranek przywitał Jurka dwiema nowinami. Pierwsza była taka, że wielka ważka, umieszczona na fasadzie kamienicy Ośrodka Partnerstwa Europejskiego runęła wprost na głowę posła Koziołka z ramienia Polskiego Ruchu na rzecz Dobrej Roboty. Świadkowie twierdzili, że nieszczęście nie miało żadnej widocznej przyczyny. Owad, przytwierdzony do muru na wysokości pierwszego piętra nagle przestał być przytwierdzony, jakby umyślnie runął na posła, pozbawiając go życia.

Według pana Mareczka – depozytariusza drugiej informacji – Paweł przyszedł do roboty wcześniej i wyluzowany jak nigdy. Nawet się roześmiał i z uporem godnym lepszej sprawy, jak powiedział pan Mareczek, zabrał się do rozkładania stoiska. Wówczas zjawili się dwaj policjanci, znów ci sami – jeden wielki, drugi łysy. Pogadali chwilę z Pawłem, który kurczył się niczym postać z kreskówki, na którą rzucono magiczne zaklęcie, aż wreszcie zabrali go ze sobą. Skuli pewno dopiero w suce, twierdził pan Mareczek, co by panu dyrektorowi wstydu przed ludźmi nie robić. Nie umiał jednak powiedzieć, z jakiego paragrafu zwinięto Pawła i czy sprawa ma związek z niedawnym zabójstwem. Kiedy Jurek rzucił, że można by się dowiedzieć co z nim, wysłać paczkę do paki, ewentualnie znaleźć zastępstwo na stoisku z pamiątkami, Dzieszyński tylko wybałuszył oczy.

Dzień nabierał tempa. Odgłosy próby dochodziły aż do kanciapki Jurka. Upierdliwi aktorzy pętali się po całym kompleksie, domagając się gór złota, kawy i wskazania drogi do toalety. Kurierzy potykali się o siebie, telefon nie chciał przestać dzwonić, a Jurek nie miał zielonego pojęcia, co zrobić z Anitą. Czuł się dziwnie, mijając ją na korytarzu. Czy wolno mu się do niej odezwać w sprawie nie służbowej? A jeśli wolno, to w jakiej i jak? Anita odgrodziła się komputerem i pancerzem obojętności, jakby znów stał się tylko Jurkiem, kolegą z pracy. Trochę ją za to podziwiał – nie każdy tak umie – ale zaczął się obawiać bardziej niż trochę. Skoro Anita potrafi tak zatrzasnąć się od środka, skoro tak świetnie udaje, to czy nie może kłamać w innych sprawach? Zorientował się, że wie o niej tylko tyle, ile zdecydowała mu zdradzić.
Ola była inna. Olę czytało się jak książkę. Czysty strumień, w którym widać każdy kamyczek na szkle i błyskawice rybek. Zanurzył się w tym wspomnieniu.

Ruch narastał, a ludzie mieszali się ze sobą. Okno Jurka wychodziło na Pergolę. Czterech mężczyzn w pomarańczowych kamizelkach popychało kosiarki, dwóch innych wyrównywało trawę wokół drzew, same drzewa już dawno były wyrównane. Nieco dalej, za okręgiem kolumn montowano niebieskie toi toie. Z wolna wznosiły się polowe punkty gastronomiczne: kolejne ogródki piwne, ogrodzone wysoką barierką, pizza, szaszłyczki. Niedaleko sceny letniej już ustawiono stoisko z pamiątkami. Budka robotników wyglądała z tego wszystkiego najgorzej, szara i kanciasta. Scena wchodząca w wodę trójkątnym cyplem, także była gotowa, przygotowano światła i namiot dla artystów. Tu odbędą się koncerty niebiletowane, dla tych wszystkich, którzy nie zdobyli wejściówek na imprezę wewnątrz Hali. Jeszcze dalej, na granicy widoczności, rozkładano barierki. Cały teren miał zostać ogrodzony.

Jurek wikłał się w bieganinę. Odsyłano do niego gości z Niemiec, którym nikt inny nie potrafił albo nie chciał pomóc. Od południa wydzwaniał menedżer zespołu Legacy of the Ghenghis Khan, jednego z tych przedziwnych tworów zbudowanych na sentymencie za muzyką sprzed lat czterdziestu. Jurek cierpliwie opowiadał o warunkach panujących w hotelu i garderobie. Tak, woda mineralna będzie dostępna bez ograniczeń, dwa ekspresy do kawy i chińskie jedzenie dla wszystkich, zrozumiałem, chińszczyzna, nic innego, żadni Włosi czy Meksykańcy, panie kochany, załatwimy wam mały Pekin we Wrocławiu. Szczególny kłopot sprawiały zwyczaje żywieniowe gwiazd, ich żon, kochanek, prezesów najróżniejszych fundacji i działaczy kulturalnych, którzy nie wyobrażali sobie życia bez upojnego weekendu nad Odrą. Niektórzy życzyli sobie wyłącznie zestawy wegetariańskie, wegańskie, semi–wegcośtam, o czym Jurek nie miał pojęcia, i jeszcze chwila, a powiedziałby, że jeśli Klaus Meine wsunie wursta ociekającego tłuszczem, to słońce nie zgaśnie z tego powodu. Słuchał o tym, że tłuszcz musi być roślinny, zapoznał się z liczbą tłoczeń i dowiedział, że jedzenie przygotowane na potrzeby poczęstunków ma być ekologiczne, kupione od małych, prywatnych przedsiębiorców. Żadnych dużych sieci, żadnych międzynarodowych konsorcjów, inaczej zespół Pectus odstawi sztukę na głodniaka, czego byśmy nie chcieli. Goran Bregović zażyczył sobie butelki jamesona w kuble z lodem, do picia podczas koncertu.

Na miejscu zameldował się również emerytowany śpiewak operowy nazwiskiem Okarmus, w seledynowym garniturze, dzierżąc broszurę na swój temat, powieloną na drukarce atramentowej, a także plik recenzji z własnych występów, wsadzony w wytarty skoroszyt. Debiutował Jontkiem zaraz po wojnie i ogłosił, że jako Wrocławianin z krwi i kości, człowiek występujący w Hali po wielokroć, chętnie zaśpiewa podczas festiwalu dla czystej chwały. Jego głos zachował wiele z dawnej siły, powiedział i zaczął go demonstrować, tak że zbiegli się przerażeni pracownicy.

Dopiero pod wieczór ruch z wolna zamierał. Zapalały się lampy, dzieląc wyraźnie przestrzeń na jasną i ciemną. Jurek stał oparty o przęsło i wydawało mu się, że widzi, jak w głębi Hali organy drżą jak w gorącym powietrzu, zaklęte w Historii, oczekujące grajka.

***
Dyrektor zwołał zebranie. W gabinecie, prócz zatroskanego Dzieszyńskiego, kłębiło się jeszcze kilkanaście osób ze wszystkich działów. Dzieszyński przypominał samobójcę szykującego się do skoku – przyczajony za ogromnym biurkiem, pocił się i wytrzeszczał oczy. Gestem zaprosił Jurka, żeby usiadł. Jurek przycupnął na krześle, pozwalając, by inni, być może godniejsi, zajęli fotele i kanapę.
– Jeszcze niedawno nie wierzyłem, że może nam się udać – rozpoczął dyrektor. – Te wszystkie nieszczęścia. Trup. Aresztowanie, o którym słyszeliście… siedziałem tutaj sam i prosiłem Boga, żeby pomógł mi doprowadzić rzecz do końca.

On jest pijany, pomyślał Jurek, nie ma południa, a łajdak się trzęsie.
– Próbuję powiedzieć, że nie zrobiłem tego sam. To nie mnie się udało. Wam także nie. – Zacisnął pięść. – Udało się nam! Nam! – powtórzył z naciskiem. – Tylko dlatego, że nikomu nie przeszło przez myśl, aby się poddać.
Popatrzył po zebranych, wyraźnie oczekując odpowiedzi. Nikt nie śmiał się odezwać. Księgowa przykładała dłoń do ust. Piarowcy pospuszczali głowy.
– Od tego jesteśmy – rzekł wreszcie Jurek.
Dzieszyński ledwo utrzymywał filiżankę. Nawet zapach drogich perfum nie był w stanie zagłuszyć woni, którą wydziela ciało po kilku dniach intensywnego picia, kiedy organizm wypycha z siebie alkohol każdym możliwym porem.
– Jesteście – zadudnił Dzieszyński. – Właśnie o tym chciałem mówić. Jesteśmy w tym razem! Razem! Razem! To nasza Hala, nasz festiwal. Nikt nie może nam go odebrać, a jeśli tylko wytrzymamy, to żadne przeciwności nie staną nam na drodze. Tylko o to was proszę.
Odstawił filiżankę, oparł dłonie o blat. Patrzył spode łba.
– Wszyscy wiecie, że są i tacy, którzy życzą sobie, aby nam nie wyszło. Takiego, mówię! Ale sam sobie nie poradzę. Dlatego proszę. Został nam tydzień. Siedem dni wytężonej pracy. Siedem dni, podczas których musicie dać z siebie wszystko. Musicie! – powtórzył mocnym głosem. – Nie dla mnie, nie dla siebie. Ale dla tego, co tutaj robimy, a co ma szansę być wielkie.
Jurek przypomniał sobie o jamesonie dla Bregovicia.
– Wiem, że macie swoje sprawy. Rodziny i pasje. Im też pragnę podziękować. Waszym rodzinom i waszym pasjom, które was uskrzydlają. Na ten tydzień, proszę, zapomnijcie i o nich. Mamy jeden cel i jedno zadanie. Siedem dni do wydarzenia, jakiego Wrocław nie widział.
Dzieszyński zamilkł, mokry i rozgrzany. Jego wzrok przesuwał się od twarzy do twarzy. Szukał odpowiedzi na pytania, których nie miał odwagi zadać, raptem westchnął, jakby właśnie otrzymał jakąś ponurą wiadomość i opadł na krzesło.
– No i tak… – obwieścił.
Przemiana trwała może sekundę. Przestał dyszeć, twarz odzyskała zdrowy kolor. Rozsiadł się za swoim biurkiem i znów był prezesem pełną gębą.
– Nie mam prawa prosić was o to wszystko, ale proszę i mam nadzieję, że nie czujecie się z tym źle. Ja się nie czuję.
Splótł dłonie. Pieścił się własną mową:
– Powiedziałem wam wiele rzeczy, których nikt nie lubi słuchać. Musicie to i tamto, a tego z kolei wam nie wolno. Teraz powiem jedno z tych słów, które każdemu sprawiają przyjemność. Premia.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku