Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Zdziwienie za zdziwieniem. Myśląc o Kokoszce, Jurek wyobrażał sobie dom większy od Belwederu, jedną z tych upiornych nowobogackich rezydencji stawianych przez milionerów na obrzeżach wielkich miast. Oczekiwał płotu wyższego niż mury Jerycha, najeżonego czujnymi ślepiami kamer, z budką muskularnego strażnika, za którą szeroka, żwirowana droga prowadziłaby do willi pełnej wieżyczek i łuków, z obowiązkowym gankiem, tak wielkim, że można by na nim rozegrać partię tenisa. Zresztą kort być może leżałby gdzieś na tyłach, między garażami a basenem wypełnionym krystalicznie czystą wodą.

Tymczasem Kokoszka rezydował na obrzeżach podwrocławskiej Oławy. Tu – jak opowiadała Anita – wylewała Odra i działy się cuda. Złośliwa rzeka robiła to z upiorną regularnością, zaganiając troskliwych mieszkańców do worków z piaskiem. Bywało, że rozkładano je przez dwadzieścia godzin albo i dłużej, i to w rzęsistym deszczu. W zaimprowizowanym barku sprzedawano kiełbaski z rusztu po kosztach, zakonnice z harcerzami rozlewały herbatę i kawę, zaś wódkę można było kupić wprost z przenośnej lodówki. Jurek próbował to sobie wyobrazić: sylwetki w kapokach nad wzburzoną wodą, cykają ogniki papierosów, kursują ciężarówki z piachem, zakonnica pyta, czy dolać.

Cuda zdarzyły się na pobliskich działkach. Pewien facet zobaczył Boga, nauczył się cudów i głosił Dobrą Nowinę, nieustannie popadając w konflikt z proboszczem. Działki, wykupywane lub oddawane sekcie za obietnicę zbawienia, z wolna przemieniały się w zielone sanktuarium, gdzie pielgrzymowała cała Polska, uzdrowienia mnożyły się jak tyfus w porcie, aż Bóg ukochał proroka tak bardzo, że postanowił zabrać go do siebie. Cudowne zdolności odziedziczyła wdowa. Próbowała zatrzymać wyznawców, jednak ci odpływali ku nowym bóstwom i świętym. Zwróciła się więc do starego wroga. Kościół działkę odkupił, fundując nową parafię między pomidorem a ruchliwą szosą.
– Skąd tyle wiesz o Oławie? – zapytał Jurek.
Szli objęci, a w twarz świeciło im słońce.
– Wiem sporo o wszystkim.

Dom Kokoszki stał za stadionem i emanował spokojem. Właściwie nie powinno tu takiego być. Płot był niski i świeżo pobielony. Wspinały się po nim kruche roślinki. Przez żelazną bramę, jakie widuje się na wsiach, mogli dostrzec kilka świerków, zanurzonych w morzu tulipanów. Nad małą sadzawką wygrzewał się kot. Kotów zresztą było tu więcej, całe puchate mrowie przepychało się między kwiatami i na werandzie. Obsiadły krzesło i fotel bujany. Sam domek, parterowy, zapewne z wyremontowanym strychem, miał dach obity drewnem i ceglane ściany idealnie pobielone – Jurek nie mógł wypatrzeć ani jednej plamki. Nacisnął na przycisk dzwonka przy bramie. Cisza. Powtórzył. Anita nacisnęła klamkę. Weszli. Jurek lekko unosił dłonie na znak, że nie ma złych zamiarów. Z półmroku, na próg wytoczył się Kokoszka. W zielonej kamizelce i workowatych spodniach wyglądał, jakby właśnie wybierał się na ryby. Czaszkę miał łysą, dobrotliwą twarz starego poety, oraz krzaczaste, siwe brwi. Ledwo zerknął na Anitę i Jurka. Dolał kotom mleka, dosypał karmy i opadł na bujany fotel. Ledwo kiwnął ręką.

Jurek upewnił się, z kim ma do czynienia.
– Jeśli państwo mają ochotę, herbata jest w kuchni, wystarczy zagrzać wodę. W koszyku na dolnej półce znajdziecie butelkę wina, możecie przynieść lampkę i dla mnie, jeśli macie ochotę. Cóż to pani trzyma? Z czym pani do mnie przychodzi.
Zbita z tropu Anita podsunęła mu wydruki. Faktury. E–maile. Sprawozdania z posiedzeń. Okruchy gazetowego śledztwa. Jurek pomyślał, że wcześniej trzeba było uderzyć do tych dziennikarzy z „Faktu” albo z „Wyborczej”, dowiedzieć się czegoś o nim. A Kokoszka uśmiechnął się niemal przepraszająco. Przetrząsnął kieszenie. Założył stare okulary z podwójnymi szkłami w grubych oprawkach. Podrapał się w nos, czytał.
– Rozumiem – kiwał głową, przerzucał kartkę za kartką. – To wszystko prawda. Ale co z tego? Dlaczego państwo z tym do mnie przychodzą? Dobry Boże! – wykrzyknął, trzepocząc kopią strony „Faktu” – Dawid Stanisławski. Znałem go, rozmawiał ze mną. Taki porządny człowiek. Będzie drugi rok, jak umarł.
– Rzeczywiście, szkoda – rzekł Jurek chłodno.
– Olga Bońska, jejku – w głosie Kokoszki pobrzmiewał autentyczny żal. – Nie wiem, kogo szkoda mi bardziej. Dociekliwy umysł, sprawiedliwe serce, umiłowanie prawdy. Tacy ludzie powinni robić w mediach, a nie, państwo wybaczą, te lekkoduchy z reżymowych, postkolonialnych mediów, które teraz się spotyka. Panie Boże, gdybym tylko wiedział, co teraz się z nią dzieje. Ale nie wiem, a życie się kurczy. Po co państwo mi to pokazują? –
Anita otworzyła usta, natychmiast przerwał. – Niechże państwo siądą. Młodzi wprawdzie jesteście, ale młodzi też mogą być zmęczeni. – Wskazał na krzesła. – Weszli państwo jak do siebie, niech państwo poczują się jak u siebie.
– Zdaje pan sobie sprawę z wagi tych dokumentów? – Jurek jednak nie usiadł.
– Jak rozumiem, zgromadził je nieszczęsny Smyk. Mam niejakie pojęcie na ten temat. Nim odpowiem na pana pytanie, skądinąd postawione grzecznie , chciałbym, by pan zastanowił się nad jedną kwestią. Pani też może pomyśleć, wedle woli. – Wskazał Anitę. – Kiedy jesteśmy wolni, waszym zdaniem?
Nie daj się wciągnąć w tę gadkę, mówiły oczy Anity.
– Wolność to możliwość wyboru – odparł Jurek. – Pan na przykład może porozmawiać z nami, albo pójść na komisariat.
– Bardzo możliwe – Kokoszkę jakby to nie obeszło. – Widzą państwo, wolność ma tę szczególną cechę, że podlega określonej gradacji – kot wskoczył mu na kolana. – U państwa w firmie, nie mam pojęcia, co to za firma, jest jej raczej niewiele. Są państwo wolni do określonych zadań, które muszą być wykonane, do zadań, w ramach których, jak sądzę, mieści się także ta wizyta. Państwa czas wolny, jak to mówią, jest również od tej pracy zależny, to znaczy, wykonanie całej puli zadań otworzy przed państwem jakąś małą przestrzeń wolności. Dwie godziny, może jedną. Rozumie mnie pan?
– Jasne – odrzekł Jurek. Stary cymbał, pomyślał, wydaje mu się, że ktoś nas tutaj przysłał.
– Z kolei moje koty, tu w Oławie, są wolne w sposób absolutny. Nie mogę im niczego nakazać. Chodzą, gdzie chcą. Rodzą się i umierają wtedy, kiedy mają ochotę. Przynajmniej tak to rozumiem. A ja sam, skoro już jesteśmy przy mnie, skoro przy moim gasnącym życiu, jestem tak pomiędzy nimi. Mam mniej wolności od nich, ale dużo więcej niż państwo, i w ramach tej wolności wolno mi oddać państwu te papiery i poprosić, żebyście zrobili z nimi, co uznacie za słuszne. Możecie wrócić do swoich mocodawców albo od razu pójść na komendę. Mocodawcy albo milicjanci, na miano policjanta trzeba jednak zasłużyć, zastaną mnie tutaj, w moim domu, zapewne siedzącego tak, jak teraz siedzę. Być może zrobią mi krzywdę. Być może nie. Tego nie wiem. Ale wiem świetnie, moi mili goście, że wciąż, póki tylko będę mógł, posiedzę tutaj.
Starannie złożył papiery i oddał Anicie. Przymknął oczy, sam podobny do kota na słońcu, zaraz zacznie mruczeć.
– Chcemy tylko porozmawiać – Jurek słabł, zdumiony siłą, bijącą od tego starego człowieka. A stary tylko uniósł brew.
– Też chcę, tylko nie bardzo wiem o czym.
Jurek usiadł.
– Pociągnijmy ten temat. A zatem w ramach mojej wolności, niewątpliwie skromniejszej niż pańska, mieści się podjęcie pewnych działań, dokładnie 17 marca 2013 roku, w okrągłą rocznicę otwarcia Hali, konkretnie siódmego dnia. Moja wolność może podłożyć tam bombę, albo chociaż zadzwonić gdzie trzeba, że bomba zaraz wybuchnie. Wolno mi też pójść na komisariat niedługo przed tym wydarzeniem i zadbać, by ten uroczysty dzień spędził pan w celi. Potem, oczywiście, zostanie pan wypuszczony i przyjmie przeprosiny. Mam mówić dalej?
Twarz Kokoszki emanowała spokojem, wystarczyło jednak spojrzeć na pięści. Gniewne, zaciśnięte.
– Nie musi pan. Mam niejakie pojęcie o ludziach pańskiego pokroju. Tylko pani zrozumieć nie mogę. Niedługo umrę, a pani ma życie przed sobą. Czym więc mogę wam służyć? Zabiegacie o miejsca? Zdobylibyście je beze mnie. Pieniędzy macie chyba dosyć. Boże – mrugnął – wy jesteście tylko dziećmi.
– I te dzieci mogą wyjąć panu z życiorysu pewien konkretny dzień.
– W takim razie zaproszę państwa do środka na małe spotkanie z tajemnicą. Tylko muszą państwo chwilę poczekać. Kota nie można tak po prostu zepchnąć – nachylił się nad rudym futrzakiem, drzemiącym sobie w najlepsze i zaczął szeptać. – Przepraszam, Psotko. Naprawdę muszę wstać i zrobić coś ważnego. – Cały czas głaskał ją, a kotka odpowiadała mruczeniem. – Gdyby to nie było takie ważne, takie konieczne, zostalibyśmy sobie tutaj, we dwoje, i nikt by nam nie przeszkodził. Ale tak nie jest. Więc jeszcze raz cię przepraszam, musisz sobie pójść.

Spróbował wstać. Kotka miękko zeskoczyła z kolan, przesłała spojrzenie pełne pretensji i zniknęła wśród falujących tulipanów. Kokoszka podniósł się, brakło mu sił. Wyprostował się dopiero wsparty na ramieniu Jurka.

Mieszkanie urządzono w drewnie. Nad drzwiami wisiał stary, wiejski Chrystus. Farby już na Nim wyblakły. Spomiędzy grubych ram spoglądali święci. Zegarów miał dziewięć. Osiem z wahadłem, zawieszonych w dwóch rzędach, dziewiąty stał na blacie pod oknem. Książek miał mniej niż Rajtoch, ale i tak sporo, rozłożone chaotycznie na pachnących żywicą półkach. Ramki ze zdjęciami, rządek uśmiechniętych dzieci, kobieta po czterdziestce, obok szpakowaty gość. Pierwsze komunie i bierzmowania, śluby i wigilie, w centralnym punkcie mnóstwo Kokoszków tłoczyło się wokół zadowolonego dziadzia.

Wskazał im dwa zielone fotele, sam usiadł za biurkiem, które zupełnie nie pasowało do reszty wystroju. Na blacie przykrytym szkłem leżały przybory do pisania, w tym papeteria z monogramem i złoty pelikan. Na brzegu – słowniki i podręczna encyklopedia. Jeszcze jedno zdjęcie najukochańszej wnuczki, w kruchych ramach. Sterta teczek. A pośród tego wszystkiego płaski laptop. Kokoszka odsunął go na bok.
– Myślę, że są państwo dość okrutnymi ludźmi – powiedział. – Wam, młodym, wydaje się, że życie jest długie, że w perspektywie waszej młodości mogą dokonać się rzeczy nieskończone. Błąd. Człowiek u progu później starości, taki człowiek jak ja, zaczyna wyliczać. Wskazuje sobie, co może zrobić, co zrobić powinien, każdy dzień zyskuje niesłychaną wagę, choć muszę przyznać, niektóre dni są ważniejsze od innych. Kiedy młody człowiek traci dzień, właściwie nic się nie dzieje. Starcowi próbujecie odebrać kawałek życia.

On się boi, myślał Jurek, chowa się za słowami, za biurkiem i kotem, żebyśmy nie dostrzegli, jak bardzo się trzęsie.
– Szanujemy pana czas – odezwała się Anita. – Chcielibyśmy jak najszybciej zostawić pana w spokoju.
– Przecież zapomniała pani o winie! – wykrzyknął Kokoszka. Jego oczy przypominały świeżo otwarte rany. – Machnijmy więc ręką na wino. Pomówmy lepiej o historii. Istnieją dwie opinie na jej temat. Zdaniem niektórych, dzieje układają się w pewien porządek. Coś z tych dziejów wynika, istnieje jakaś łączność pomiędzy Cezarem podbijającym Galię, odkryciem Ameryki a wynalezieniem lampy gazowej, mimo że lampa gazowa jest pomysłem przeszłym, dokonanym, zamkniętym. Innymi słowy, poszczególne jednostkowe wydarzenia składają się na swoisty łańcuch. Z czegoś wychodzą i ku czemuś biegną. Drugi pogląd każe widzieć historię jako zbiór nieuporządkowanych, przypadkowych wydarzeń. Worek, do którego nawrzucano bzdur bez ładu i składu. Nadążają państwo za mną?
– Mniej więcej – rzucił Jurek. Anita skinęła głową.
– Istnieje trzeci pogląd, do którego się przychylam. Historia ma sens, jest swoistą lekcją od Boga, biblią, samozapisującą się księgą – grzmiał Kokoszka. – Co nieskończenie smutne, nie jesteśmy w stanie tego sensu rozpoznać, tak samo, jak nikt nie potrafi opisać ostatniego wtorku, dopóki wtorek nie dobiegnie końca. Kiedy historia się wypełni, jej sens odsłoni się przed nami. Ostatni człowiek posiądzie wiedzę na ten właśnie temat dokładnie w chwili swojej śmierci. Nie było innej możliwości poznania sensu historii, dopóki Max Berg nie zjawił się ze swoim dziełem. – Kokoszka zrobił pauzę, przechylił się przez biurko. Opierał się o blat, jakby chciał go pchnąć. – Widujecie to, prawda? Mgliste postacie. Słyszycie strzępy zdarzeń. Znajdujecie przedmioty. Co pan ma, miły panie? A pani co znalazła?
– Widma – odparł głucho Jurek. Kokoszka śmiech roześmiał się.
– Jakie tam widma, kochany panie. Życie kończy się wraz z śmiercią. Rozpadamy się w proch i żadna dusza nie powróci tutaj, gdyż zwyczajnie nie ma po co, poza tym dusze nie istnieją. Tu docieramy do wielkości Maxa Berga. Hala to model. Wszechświat powtórzony.
– Słyszeliśmy już o tym – przypomniała Anita.
Trzy czarne sierściuchy przyglądały się jej nieufnie z kątów pokoju.
– Niech pani pozwoli sobie powiedzieć, że nie, jeszcze państwo nie słyszeli. W przeciwnym razie nie przyszliby państwo tutaj, nie straszyli moich kotów. – Rozłożył dłonie, jak kupiec dziwiący się nagłemu wzrostowi cen. – Spróbujcie jakoś zrozumieć, że w Hali historia, cała historia, wszystkie nasze dzieje przebiegają raz jeszcze. Płoną piece Babilonu i krzyżowany jest Chrystus, rzymianie biją się pod Mostem Mulwijskim, Karol Wielki zakłada swą krwawą koronę. Jabłko raz jeszcze spada na głowę Newtona – wyliczał, pomagając sobie drobnymi palcami. – Głowa Ludwika XVI ponownie ląduje w koszu, przeturlawszy się po stopniach gilotyny. Konstruuje się pociąg parowy i pierwszy czołg. Miliony giną na frontach wszystkich wojen świata. Wielkie okręty idą na dno. Kobiety palą staniki.
– Dobrze – Jurek wszedł mu w słowo – mniej więcej łapię, co ma pan na myśli.
– Łapie pan – mruknął Kokoszka. – To bardzo ciekawe, bo zrozumienie tego mechanizmu zajęło mi dziesięć lat życia. Całe noce spędzone w Hali. – Oczy mu zapłonęły. – Siedziałem z termosem i czekałem na cud. Odpryski świata powtórzonego, wydarzeń rozegranych raz jeszcze. Co ja widziałem, co ja widziałem! – zachwycał się. – Berg osiągnął to, manipulując architekturą. Proporcją i formą. Wszystko znajdą państwo tutaj! – uniósł książkę z nazwiskiem Swedenborga na okładce. – Niech państwo spróbują zrozumieć, jeśli oczywiście mogą państwo przyjąć do wiadomości, że niczego nie wymyśliłem, w moim wieku udawanie zwyczajnie nie przystoi. Coś się wydarzyło. Na coś musiałem się zgodzić.
Jurek próbował poukładać sobie w głowie wszystko, co usłyszał.
– Dzieszyński o tym wie?
– Dzieszyński? Oczywiście. Smyk także wiedział, ale jeśli państwo chcą mnie posądzić o jego nieszczęśliwy zgon, to byłbym wdzięczny, gdyby natychmiast stąd wyszli. Pan Banach, że tak się wyrażę, był moim przyjacielem. Trudnym przyjacielem. Rzekłbym, przyjacielem kłopotliwym. Ale ostatnie wydarzenia wskazują, że komuś przysporzył większych problemów, niż mnie.
– Przypuśćmy, że ma pan rację – Anita włączyła się do rozmowy. – Jak to możliwe, że dzieje, Cezar i tak dalej, powtarzają się w Hali zbudowanej zaledwie sto lat temu? Historia…
– Historia jest nieskończona, proszę pani – przerwał jej Kokoszka. – Tylko że Hala nie jest światem, ale świata modelem. W niej rozgrywa się model historii. Preparat dziejów. W ciągu stu lat przetoczą się dzieje od kiedyś do teraz. Tydzień temu, kiedy siedziałem w swoim ogrodzie i patrzyłem na zachód słońca, w Hali, w jej duchowej esencji, Cromwell obejmował władzę w Anglii. Teraz siedzimy tutaj we troje i rozmawiamy, zaś w Hali, znów zgaduję, toczy się druga wojna światowa. Płonie Londyn i Drezno, trzaska łuk Kurski, a kiedy państwo mnie opuszczą, dokładnie w chwili, gdy zatrzasną państwo za sobą furtkę, zamkną się na moje tulipany, a pod sklepieniem Maxa Berga Adolf Hitler strzeli sobie w głowę.
– W Hali czas biegnie szybciej – dopowiedziała Anita.
– Jest pani niesłychanie spostrzegawcza, a jednak czuję się zobowiązany pomóc pani w dalszym wysiłku umysłowym. Siedzimy sobie tutaj, w określonej chwili. Trzydzieści kilometrów stąd pierścień wojsk rosyjskich zamyka się wokół Berlina. Być może popełniłem błąd, przywołując tylko wielkie wydarzenia, gdyż w Hali, jak i w historii, mają miejsce miliony zajść drobnych, rzekłbym, nieistotnych. Może inaczej. Ich istota jest przed nami ukryta. Czterdziestoletni mężczyzna o imieniu Helmut umiera na czerwonkę w Kolonii. Jurija, młodego krasnoarmiejca straszliwie czyści po wczorajszej golonce. Gdzieś w Myślenicach wieszają folksdojcza. I tak dalej, i tak dalej. To wszystko rozgrywa się teraz w Hali, podczas gdy mu tu sobie siedzimy i miło gawędzimy. Siedemnastego marca zdarzy się jednak coś niezwykłego. Proszę sobie wyobrazić, że idą państwo na spacer nad Odrę. Trzymacie się za ręce i podziwiacie chmury sunące przez niebo. I zdarzy się tak: nastąpi jedyny w swoim rodzaju moment, kiedy także w Hali będą państwo iść na spacer nad Odrę, będziecie tam, w Hali, trzymać się za ręce i spoglądać na chmury. Jedno i to samo wydarzenie – klepnął nieszczęsnego Swedenborga. – W dwóch miejscach, lecz w tym samym czasie.
– Co stanie się potem? – dopytał Jurek, a czarny kot, jakby zachęcony tymi słowy, zwinnie wskoczył mu na kolana. Pouciskał łapkami, ułożył się i uniósł głowę do głaskania. Kokoszka przesłał zwierzęciu ponure spojrzenie.
– Nie wiem, miły panie. Być może Hala zwyczajnie straci swe szczególne właściwości. Może historia popędzi dalej, wskutek czego będziemy mogli rozpoznać wydarzenia przyszłe, co znów – bawił się piórem – pozwoliłoby sądzić, że dzieje są zaplanowane od początku. To mechanizm nakręcony dawno. A może, kto wie, wszystko potoczy się od początku? Znów Cezar, znów Napoleon i Hitler. Przez następne sto lat.
– Przychodzi mi do głowy jeszcze jeden paradoks, chyba ciekawszy niż te, które pan wspomina – głos Anity był słodki. – Siedemnastego marca pan Kokoszka, pan Dzieszyński i inni panowie udadzą się do Hali. Będą tam czekać na tę szczególną chwilę, kiedy, miły szanowny panie, będą w Hali, na planie mistycznym i zupełnie zwyczajnie. Kompletne, dokładne powtórzenie miejsca i czasu. Co się wtedy stanie?
– Obawiam się, że powiedziałem odrobinę za dużo. Tylko cóż teraz mogą mi państwo zrobić? Nie zabiłem Banacha i nie mam pojęcia, kto to zrobił. W gruncie rzeczy, nie potrafię znaleźć żadnej przyczyny, dla której został zabity, poza własną kłopotliwością. Aż takich czasów musiałem dożyć? Przypominam tylko, że pobyt w Hali nie jest przestępstwem.
– Chyba że ktoś robi przekręt na imprezie.
– Proszę nie używać takich słów – sapnął. – Mam nadzieję, że państwo zrozumieją, że jestem zmęczony i życzyłbym sobie niebawem was pożegnać. Żywię też nadzieję, że państwo, zwłaszcza pani, jako niezwykłe bystra osoba nie sądzi, że działam w samotności. Nie jesteśmy zbieraniną pajaców.
– Zależy, jak na to spojrzeć – Jurek drapał po brzuchu uszczęśliwionego kota. – Widzieliśmy listę.
Kokoszki jakoś to nie obeszło.
– Wy, młodzi, myślicie, że zawsze będziecie młodzi, więcej nawet, że młode jest wszystko dookoła. Macie listę, rozpoznaliście skład, jakby to wszystko wydarzyło się wczoraj. Myśl Maxa Berga liczy sobie sto lat i właśnie tyle przechowujemy jego tajemnicę. Z ojca na syna – wodził palcem po szkle – z księdza na komisarza, z generała na komendanta, z sekretarza na prezydenta i tak dalej. Nic nie zostanie pominięte, nic nie będzie zagubione. – Podniósł się z krzesła, tym razem bez kłopotów. Wyciągnął rękę. – Mam nadzieję, że teraz pozwolą mi państwo spędzić ten dzień wedle własnych upodobań.
Wymienił uścisk dłoni z Jurkiem, nie z Anitą. Odprowadził ich do drzwi. Za progiem maki były jeszcze czerwieńsze, niebo bardziej niebieskie, jak farba świeżo wyciśnięta z tubki. Jeśli Kokoszka nie oszalał ze szczętem, to czy maki w Hali są właśnie takie? Podobne niebo rozpina się między pierścieniami sklepienia? A jeśli Kokoszka jest szalony, to czy obłęd spadł na niego w Hali?
– Co się wtedy stanie? – docisnęła Anita. Kokoszka jednak udawał głuchego. – Co się stanie siedemnastego marca? W momencie zero?
Dobiegło ich stłumione westchnięcie. Kokoszka stał w progu, dziwnie przygarbiony. Oczy miał podkrążone, na rękach plamy, których wcześniej nie zauważyli. Barki opadały.
– Spojrzymy na historię z boku, a jej wykładnia i porządek zostaną odsłonięte – powiedział bezbarwnym tonem. – Nie dostanę góry złota, nie wstąpię żywcem do nieba, gdyż pastwiska Pana są dla mnie, jak sądzę, na wieki zamknięte. Dla was, młodych, liczy się konkret. Określona suma. Taki, a nie inny film, taka, nie inna kochanka. Tu konkretu zabrakło – niemal pchnął Jurka na alejkę. – Odkryty sens historii pozwoli dostrzec także małe sensy. Pyłki sensów, w tym także mój prywatny sens Jerzego Kokoszki. Wówczas będę wiedział, czy zmarnowałem życie.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku