Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Mieszkanie Anity, w odróżnieniu od mieszkań innych samotnych kobiet, które Jurek znał, zdawało się na nikogo nie czekać. Więcej nawet, zdawało się wypychać Jurka za próg. Aż miał ochotę złożyć głowę na wycieraczce, nie tylko dlatego że jeszcze parę minut temu cwałował przez trawnik, niczym polskotandetna kopia Toma Cruise z czwartej Mission Impossible. W innych mieszkaniach, tych, które razem ze swoimi lokatorkami odczuwają brak, mieszka tęsknota tuszowana zdjęciami, szklanymi bibelotami, rozrzuconymi wszędzie książkami, rzędami kolorowych kubków. Tu nie. Była to kawalerka na ostatnim piętrze trzydziestoletniego bloku, wykrojona ze strychu przez – tak sądził Jurek – jakiegoś partyjnego watażkę z przeznaczeniem na miejsce schadzek. Brakowało tylko lustra nad wielkim łóżkiem. Dywan musiał pamiętać pierwszych właścicieli, ale fotele z Ikei były prawie nowe. Na półce stara wieża, jeszcze bez odtwarzacza kompaktów, i kilkadziesiąt książek, bestsellerów w kolorowych, grubych oprawach. Drogie wydania, prezentówy, pomyślał Jurek.

Właściwe królestwo Anity, jej sala tronowa, korona i atłas, mieściło się w kuchni. Tam pyszniły się przyprawy w pojemniczkach z grubego szkła, cała kolekcja noży zawieszona na długiej deszczułce, specjalne garnki, jakie reklamują zazwyczaj w tv shopie, biblioteczka z przepisami, zeszyt z notatkami kulinarnymi. Zerknął, zatrzasnęła mu przed nosem. Rozglądał się chwilę. Na ścianie zdjęcie rodziców. Siwi, lecz pełni życia. Dwa koty, każdy w osobnej ramce, fotografia ze studniówki – Anita z krzepkim chłopakiem, wyraźnie starszym od niej – i tyle. Jakby przez ostatnie lata nic nie miało miejsca, nic się nie wydarzyło. Brzdęk! Na stół wjechały kieliszki.
– Piołunówka mojego taty! – Podsunęła mu brązowy płyn pod nos. – Za dużo nie można, bo cię zemdli. Raz, dwa. No, bach!
Od razu poczuł się lepiej. Podpięli aniołka do jej maca. Jurek nabrał ochoty, by go roztrzaskać, wydobyć tajemnicę z wnętrza. Potem przestraszył się, że dysk będzie pusty. Odwrócił twarz do okna.
– Ale masz widok. Pewno każdy ci to mówi.
– Nie każdy. Tylko większość.
Za dachami czteropiętrowców, za Odrą lśnił Ostrów Tumski. Widok jak pocztówki. Bliźniacze wieże kościoła mieniły się w różnokolorowych światłach reflektorów. Błyskały wysokie latarnie, światełka tonęły w rzece. Barwne snopy, jak ulotne armaty, mierzyły prosto na nich, nakryte czarnymi czapami drzew.
– Mamy trochę szczęścia – Anita napełniła kieliszki – dysk działa.
Jurek oczekiwał kolejnych przeszkód. Hasła broniącego dostępu do katalogów, wirusa rujnującego pliki, szpiega, twistera atakującego twardy dysk szybciej niż powiesz „kurwa, ja pierdolę”. Tymczasem katalog otworzył się gładko. A w nim kilkadziesiąt plików w formacie PDF, prawdopodobnie skany jakichś dokumentów, plus notatki Smyka. Oczy Anity rozbłysły.

Na bieżąco drukowała dokumenty i czytali jednocześnie – ona z ekranu, Jurek na wydrukach. Z początku niewiele rozumiał, bo i nie były to sprawy do rozumienia dla kogoś o zdrowych zmysłach. Faktury, umowy i arkusze kalkulacyjne mieszały się ze stronami filozoficznych andronów, najpewniej spisanych z książek dla zdurniałych pradziadów. Smyk podkreślał niektóre fragmenty, niekiedy dodawał komentarze, czasem tylko znak zapytania. Im więcej drukowali, tym mniej mogli czytać, im mniej mogli czytać, tym gorzej szło ze zrozumieniem. Anita oderwała wzrok od monitora. Patrzyła na drukarkę, wypluwającą kolejne kartki. Zaczęła je segregować.
– Co kombinujesz? – Jurek podniósł się ze stołka.
– Pieprzenie czy płacenie? – zapytała. W każdej ręce trzymała plik kartek.
– Pieprzenie.
– Twoja strata – oddała mu połowę papierów, zmierzwiła włosy i usiadła nad swoją. Gryzła ołówek, czytała. Dzieliła ich tylko butelka, opróżniana szybko, wbrew ostrzeżeniom Anity. Jurek przesiadł się na fotel, czytał uważnie, zaznaczając istotne fragmenty, choć gdyby do sprawy podejść poważnie, musiałby podkreślić wszystko albo wyrzucić ołówek. Sączył piołunówkę i raz po raz zerkał na Anitę, całkowicie skupioną nad swoim zadaniem. Marszczyła czoło. Drapała się w nos skuwką długopisu. Co jakiś czas, gdy znajdowała coś interesującego, odchylała się na krześle i tkwiła nieruchomo przez kilka, kilkanaście sekund. Za oknem Wrocław jednocześnie zasypiał i budził się do życia. Z zajezdni wyruszały pierwsze tramwaje. Pochłaniały pasażerów, ich zapach pracy i wódki. Na Ostrowie Tumskim gaszono lampy gazowe.
– Masz coś? – zawołał Jurek z fotela.
– Zależy co.
– Musisz tak?
– No mam. Tylko układam sobie w głowie.
– Powodzenia. U mnie wszystko się kiełbasi.
– Weź kieliszek i chodź.
Zapaliła lampkę. Jeszcze dwadzieścia minut, może pół godziny i będzie czytał przy wschodzącym słońcu. Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak długo był na nogach. Zazwyczaj, gdy nie mógł zasnąć, gapił się w sufit.
– No to mów – zachęciła.
W butelce zostało może na cztery, sześć kieliszków. Zachwycająca ta piołunówka. Upić się nie sposób, pionuje w jednej chwili. Rozłożył przed sobą papiery. Widział, że Anita wychodzi ze skóry, żeby słuchać i mówić.
– Niektórych rzeczy zwyczajnie nie rozumiem, inn są jak na mnie zbyt odleciane – zaczął. – Za to pasują do tego, co mówił Rajtoch. Więc mamy tu wycinek niemieckojęzycznej biografii Berga, gdzie stoi wyraźnie, że nasz architekt doznał czegoś w stylu mistycznego objawienia. Wiesz, Bóg w stereo i w kolorze. Było to w dziewięćset jedenastym, kiedy już planował Halę. Nieustannie natrafiam na nazwisko Swedenborga. Wynika z tego, że Berg niewiele dodawał od siebie, raczej brał od innych. „Cały kosmiczno-ziemski byt jest odpowiednikiem egzystencji i historii świata duchowego. Ziemska mądrość mówi o świecie pozornym. Każde dzieło jest mniej lub bardziej stworzone do tego, aby ożywić w nas piękno świata duchowego”. To, pani kochana, z listu do niejakiego Sesselberga. Mam mówić dalej?
– Czemu mnie to nie dziwi? – Anita patrzyła w okno. – Jak się zastanawiam nad tym światem, nad życiem, też chciałabym uciec.
– Dalej jest dużo o roli proporcji i prawdach duchowych zapisanych w matematyce, pojawiają się Platon, Pitagoras, niejaki Welkisch i znów Swedenborg. Berg odwoływał się do nowoczesności, którą, zdaje się, rozumiał jako żelbet, z kolei kopuła nawiązuje do tradycji starożytnych. Tak to przynajmniej tutaj wygląda. Kolejny cytacik, tym razem pan Lauwerisk, tłumaczę na bieżąco: „hala jest inscenizacją kosmicznego dramatu, który ujmuje kosmiczne zdarzenia w sposób symboliczny, przez obrazy oraz wymowne, przekonujące działania. Kosmiczna historia, kosmiczny dramat, kosmiczny obraz, kosmiczna budowla, bla bla bla, krótko – harmonia, cały kosmos spojony w jednym wyobrażeniu na podobieństwo małej fotografii, ujmującej dużo większy obraz”. – odrzucił kartkę. – Rozumiesz coś z tego?
– A ty co myślisz?
– Są jeszcze notatki Smyka. Berg zaprojektował Halę jako kompletny model wszechświata w znaczeniu magicznym, ezoterycznym, tyle że to cholernie dziwna magia. Wszystko, co istotne, zwiera się w tym budynku. No. Inaczej tego wyjaśnić nie umiem.
– Cholernie dziwna?
– Tak jak mówił Rajtoch. Tu nie ma nic o zaklęciach, żadnych takich rzeczy. Chodzi raczej o to – pomagał sobie dłońmi, kreśląc skomplikowane kształty w powietrzu – że określone proporcje, taki a nie inny charakter wnętrza może odsłonić przed tobą jakąś prawdę objawioną, nie mam pojęcia jaką, bo o tym akurat Smyk nie wspomniał.
– Rajtoch mówił.
– Mhm, o historii. Czary wymagają jakichś wtajemniczeń. Trzeba urodzić się, nie wiem, z szóstym palcem, mieć wiedźmę w rodzie, albo może bliznę na czole. Smyk podkreślał, że magia architektury jest obiektywna. Wejdziesz, działa i cześć. Żadnego hokus pokus. – Zrobił groźną minę. – Zresztą Berg myślał też nieco bardziej przyziemnie. Słuchaj tego: „Nie wątpię, że umrę. Żadna religia nie oferuje mi tutaj pocieszenia. Myśl chrześcijańska pojmuje życie wieczne jako zatonięcie w Bogu. Wierz mi, że chętnie bym tak utonął, lecz wcześniej utracę swoje wspomnienia i zmysły; wędrówki astralne nie dają pocieszenia. Jako widmo będę widmem właśnie, cieniem siebie samego. Przy tym chłód grobu wydaje się miłą perspektywą. Chcę zawrzeć siebie w potężnym gmachu Hali. Niech on przechowa choć okruch mojego jednodniowego życia”.
– Słyszałam o takich rzeczach. Wiesz, piramidka ostrząca żyletki. Śpiewy mnichów z Atos. Byłam na koncercie, nie do porównania z niczym. Smyk w to wierzył?
– Wygląda na to, że Dzieszyński także.
– To bardzo ciekawe. – Nieznacznie przesunęła maca w jego stronę. – W sprawie pana dyrektora, Smyk nie dał ciała. Pamiętasz Kokoszkę?
Pokręcił głową.
– Filip Kokoszka, syn tego Kokoszki, siedemdziesiąt cztery lata. – Zastukała paznokciem w ekran. – W latach dziewięćdziesiątych był wicedyrektorem Hali, teraz wykłada materiałoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim, a mieszka w Oławie. Ma tam zarejestrowane dwie spółki. Lexus Breslau to firma audytowa, działająca głównie w Niemczech. Kokoszka ma czterdzieści dziewięć procent udziałów, a resztę… Sam zgadnij kto? – Nie dała mu czasu na odpowiedź. – Robert Banach. Zasiadał w radzie nadzorczej.
– To jeszcze nic złego.
– No dobrze – podjęła. Za oknem ujadał pies, wyciągnięty na poranny spacer. – Teraz zajmują się obsługą techniczną festiwalu. Kokoszka nie ma o tym pojęcia, pierwszy raz chwyta się takiej roboty.
– Wiesz, co mnie dziwi? Że też dziadowi się chce.
– Przecież jesteś z Niemiec.
– Co z Niemiec?
– Tam macie żwawych dziadków, nie?
Jurek podrapał się w ciężką głowę. Dziwnie mu było. Zmęczony, ale naładowany energią, wiedział coraz więcej, nic jednak z tego nie rozumiał. Dłonie miał blade, żyły wyszły pod skórę. Ścisnął kieliszek.
– No i co?
– Nie rozumiem.
– Co dalej? Dokąd pójdziemy?
Zamknęła komputer.
– Skoro Rajtoch był tak miły, to czemu nie Kokoszka? – zapytała Anita, a pod Jurkiem ugięły się nogi. – Wpadnijmy do niego, zobaczymy, co powie.

Zastanawiał się nad tym, co usłyszał. Pójdą i co? Stanie przed staruszkiem i powie: hej , dziadku, wiemy, jakie wałki kręcisz. Pomacha dokumentem. A dziadek: no dobra, czego chcecie? Właśnie, myślał Jurek, czego jak chcę? Nie wyobrażał sobie siebie w takiej roli i nagle zrozumiał, że jeśli coś pójdzie źle, nikt się o niego nie upomni. Wrocław to dla niego martwe miasto, nikogo tu nie ma. Za takim Smykiem jeszcze ktoś poszpera.
– Jesteśmy za ciency w uszach – powiedział powoli – ot co. Tak to widzę. Dzieszyński ma czyjś palec w dupie. Wszystko wskazuje, że jest to palec Kokoszki. Kokoszka nim trzęsie, więc to niezły cwaniak.
Anita przełknęła ślinę. Myślał, że powie coś zabawnego, spróbuje go zbyć. Ale jej tylko oczy się zaszkliły. Opuściła dłonie.
– To co ja mam robić?
– Nie wiem – sapnął. – Cokolwiek?
– Co ja mam zrobić? – powtórzyła.
– Nie zostawię cię. – Otwartą dłonią uderzył w świeże wydruki. – Tego jednego nie musisz się bać.
Delikatnie ujęła go za nadgarstek.
– Wiem. Chcesz spać tutaj?

Nim odpowiedział, pociągnęła go w stronę łóżka, by tam pozostawić, musnęła ustami czoło i poszła do łazienki. Zaszumiała woda, Jurkowi na dodatek szumiało w głowie, nogi miał jak z waty, ale gdzieś, od brzucha rozchodziło się mrowienie. Otarł twarz, podszedł do okna i patrzył na miasto budzące się do życia, na mgiełkę odrywającą się od dachów.
Anita wyszła, owinięta w ręcznik.
– Teraz ty.
W łazience rozbierał się pospiesznie, plącząc we własne spodnie. Odkręcił zimną wodę i stał chwilę pod ożywczym strumieniem, w maleńkiej wannie, gdzie nawet Anita musiałaby podkurczać nogi. Złościł się potem na mydło, że nie chce dość szybko spłynąć z ciała, na ręcznik, że opornie przyjmuje wilgoć. Owinął się nim i ruszył do łóżka.
Anita spała na plecach, owinięta kołdrą po nosek, który marszczył się przy każdym oddechu.
 

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku