Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Osiedle Nowy Dwór kiedyś leżało na obrzeżach Wrocławia. Nie dochodziły tu światła centrum, panował spokój, który w chwili gdy siedzieli w samochodzie, niósł ze sobą zapowiedź niepowodzenia. Bloki, za dnia białe, przecięte pomarańczowo–niebieskimi pasami, teraz były czarne. Kwiaty na balkonach zmieniły się w cienie, plac zabaw, nieruchomy i pusty, przypominał szkielet po niedokończonej budowli. Auto wolno toczyło się osiedlową dróżką, oświetlając chaszcze, szeroką połać zieleni między domami a asfaltem, omiatało błękitne latarnie i brzozy.

W piątkową noc powinno tu być głośniej. Młodzi, o ile Jurek dobrze pamiętał, balują do świtu. Piątek to okazja, cały weekend składał się z nocy. A tu cisza. Coś się zmieniło podczas nieobecności Jurka. Gdzie hałaśliwe domówki? Co z winem rozpijanym w krzakach? Każdy, owszem, z winem, ale przed komputerem – klika albo planuje karierę. Oni nas zagryzą, przeleciało Jurkowi przez głowę.

– Nie zatrzymuj się – poprosił Jurek. – Ale i nie krąż bez sensu w kółko. Niech to wygląda, jakbyś nie mogła znaleźć adresu.
Wyglądała niewinne. Berecik, luźny sweter, duże korale, bransoletki i rzemyk na nadgarstku.
– Pięć minut.
– Najwyżej – przypomniał. – Wrócę, nie wrócę, jedź. Widzisz coś podejrzanego, dzwonisz.
Telefon, stary Samsung, kupiony specjalnie na tę okazję, leżał w otwartym schowku.
– Nic nie mówię, tylko puszczam sygnał.
– Nic nie mówisz, tylko puszczasz sygnał.
Mógłby ją pocałować, przynajmniej uścisnąć. To odebrałoby jej nadzieję, zmieniło tę prostą sprawę w coś dużo większego. Jurek, w czarnych luźnych ciuchach na upartego kojarzył się z koleżką, który włóczy się między blokami, pali lolki, chce coś sprzedać. Wysiadł z samochodu. Odprowadził wzrokiem audi kolebiące się na spowalniaczach ruchu, przeszedł kilkadziesiąt metrów i skręcił na trawnik.

Druga w nocy, nikogo wokoło, jeśli psy obserwowały dom, musiały, wzorem kotów, czuwać na drzewach. Jurkowi przeszło przez myśl, że jeszcze mógłby się wykpić. Przysiądzie pod balkonem, poczeka i powie Anicie, że niczego nie znalazł.

Okna w mieszkaniu Banacha, jak wszystkie tutaj, były ciemne. Do Jurka uśmiechnęło się szczęście, a uśmiech ten miał mnóstwo gałęzi i liści – drzewa zasłaniały balkony do wysokości drugiego piętra. Za słabe wprawdzie, żeby się wspiąć, ale wystarczająco gęste, żeby go ukryć. Nabrał powietrza do płuc, jak pływak, które planuje przepłynąć basen pod wodą, wspiął się na balkon na parterze, chwycił piorunochron i zaczął się wspinać. Miękko wylądował u Banacha. Zerknął na zegarek. Gdzieś tam mignęły światła samochodu Anity. Spróbował dojrzeć coś przez szybę. Niestety, Banach Smyk dobrze pilnował swoich sekretów. Prócz żaluzji miał jeszcze zasłonę. Drzwi były nowe, niedawno zmieniane. Jurek wbił wkrętak w bok framugi, docisnął butem.
Łatwo się mówi: podważysz i już. Docisnął, ale klamka ani drgnęła. Spróbował nieco wyżej, dobił ciałem, stracił parę sekund na trwożne nasłuchiwanie. Ktoś kochał się kilka pięter wyżej, gdzieś po drugiej stronie ulicy osiedlowej ujadał pies. W oddali warczało miasto. Jurek naparł na wkrętak całym ciałem i wreszcie poszło. Drzwi się uniosły, mógł wejść do środka.
W pokoju nie było mebli. Nic nie zdobiło ścian, żaden obraz, zegar czy zdjęcie, ale i ścian nie było. Zamiast nich, ciężkie łuki gipsowe, zatynkowane na szaro, półkoliste żebra zbiegające się ku żarówce bez klosza. Rozpoznał miniatury podstaw, przytwierdzone do parkietu. Setki małych szkiełek markowały okna. Organy, te, których w Hali już dawno nie było, Banach zrekonstruował z deszczułek. Po środku, przytargane z innego świata, stało sobie składane krzesło piknikowe, a wokoło walały się śmieci: małe butelki po wodzie mineralnej, tektura po żarciu na telefon, kubek z niedopitą kawą. Jeśli były tu jakieś papiery, zostały już zabrane. Jurkowi zakręciło się w głowie. Banach Smyk zbudował miniaturę Hali u siebie w pokoju.

Sypialnia zachowała swoją funkcję, wzbogaconą o graciarnię. To tutaj Smyk zrzucił wszystkie swoje rzeczy. Skotłowana pościel, bielizna, dresy i podkoszulki leżały w dwóch kupkach. W otwartej szafie rząd garniturów na tandetnych wieszakach. W rogu, zasłaniając okno, stała damska toaletka, na niej okulary, zeszyt (pusty), trochę lekarstw i jedna z tych kiczowatych figurek aniołów, jakie kupuje się na odpustach. Dziwna, bo szara i płaska. Jurek zastanawiał się, czy nie widział jej już wcześniej. Pospiesznie przetrząsnął kieszenie w marynarkach i wycofał się do łazienki.

Tam miejsca starczyło na klozet, wąską wannę i pralkę z niewyjętym praniem. Lustro nad zlewem było stłuczone. Wyglądało, jakby Banach prasnął w nie, nie mogąc znieść własnej, paskudnej gęby. Obok markerem napisał zamaszyście: „TYLKO MAKS”. Jurek trącił kafelki. Mocne. Nic tu po nim.
Kuchnię przerobiono na gabinet. Banach posiadał komputer stacjonarny, jaki emeryci zwykli dziedziczyć po swych wnukach: dziadek się zaloguje, dziadek napisze, dziadek zobaczy odrobinę świata. Wypukły monitor nosił ślady kleju po fiszkach. Zabrała je policja. Jurek sprawdził: zniknął dysk twardy i wszystkie płyty. Rozejrzał się jeszcze, bliski podważania klepek. Na filmach zawsze jest prosto. Gliniarze nie znajdą dowodu, choćby gryzł ich w niebieskie tyłki. Jurek w pośpiechu przetrząsał szuflady, kartkował nieliczne książki, zerkał pod meble. Ale w filmach dzieją się także inne rzeczy. Dobrego włamywacza atakuje grupa złych, spuszcza łomot i zadaje pytania, na które nie ma odpowiedzi. Zerknął na zegarek. Półtorej minuty. Komórka była ciemna i cicha.

„Tylko Maks”, powiedział do siebie, zerknął za okno, sprawdzając, co tam u Anity, przetrzepał płaszcze w przedpokoju i wściekły jak Herod w Boże Narodzenie, wrócił do pokoju. Palcem przebił pierścienie z masy papierowej. Nic, tylko wióry. Oj Smyku, miałeś ty zdrowo nasrane do głowy, a wszystko, co w niej miałeś, leży teraz w ziemi, ślady wylądowały na komendzie i ktokolwiek je poskłada do kupy, dla nas będzie już za późno. Chyba że Jurek wyjedzie. Umknie jak przed laty. Co z Anitą? A czemu nie miałaby jechać razem z nim? Znajdzie jej pracę w Niemczech. Wynajmą norkę z kuchnią. No tak. Przecież nic o niej nie wiem, uświadomił sobie, nie znam jej rodziców, nie mam pojęcia, co robiła wcześniej, wierzę we wszystko, co powie, choć, bądźmy szczerzy, prawda może być zupełnie inna. Trudno. Jurek zabębnił palcami w ścianę, rozejrzał się jeszcze i wrócił na balkon. Migały światła samochodu. Kto by pomyślał, jacy ludzie są dziwni. Smyk cham, ale i wariat. Dzieszyński, cwaniak, świecki Mikołaj z torbą pełną gadżetów, ale umoczony.

Jurek przesadził poręcz. Omal nie poleciał w krzaki, kiedy doznał olśnienia. Czego policja nie mogła znaleźć? Tylko rzeczy odsłoniętych. Prostych, które Jurek powinien rozpoznać w pierwszej chwili. Z jękiem znów wgramolił się na balkon, pokuśtykał do pokoju i porwał aniołka z półki, identycznego jak ten, którego ofiarował mu Dzieszyński, kopię płaskorzeźby z Hali Stulecia, aniołka z dyskiem twardym w środku. Potrząsnął nim, ze śmiechem trącił sterczący kabelek, wpakował do torby i wyszedł. Ostrożnie, zawisając na rękach, zeskoczył z balkonu.

„Tylko Maks”.
 

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku