Odcinek 15 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Paweł wszedł bez pukania. Wyglądał na przestraszonego. Jakby się przed kimś ukrywał. Oglądał się za siebie, a jego ręce nie mogły zaznać spokoju. Szarpały guziki koszuli, mięły jej rogi, błądziły po dżinsach.
– Nie przeszedłbyś się na jednego? Zapraszam. Tu, do naszej knajpki – usiadł na brzegu biurka.
– Zmianę mam, człowieku.
– Jasne.
– Może tobie szef odpuszcza… – Jurek strzelił palcem w ekran. – Ja muszę tu tkwić.
Paweł zawiesił wzrok na starym kalendarzu.
– Przerasta mnie to wszystko.
– Też myślałem, żeby się zwolnić. Ale nie zrobię tego Dzieszyńskiemu. – Jurek nagiął prawdę. – W końcu rodzina. Ale ty? Znajdziesz lepszą robotę.
Paweł westchnął przeciągle.
– Słuchaj, mam to nieszczęście, że jako ostatni rozmawiałem ze Smykiem. Jakby to wyglądało, gdybym teraz zniknął?
– Ale kto mówi o zniknięciu? Każdy zrozumie.
– Dobre sobie. – Paweł kręcił się po kantorku. – Smyk przyleciał do mnie, niby rozluźniony i powiedział, że teraz to mamy przegwizdane. No to ja go pytam, co się stało, a on odpowiada, że to potem. Zrobił taką dziwną minę, jakby przypomniał sobie, kim jestem. Czyli nikim. Powiedział, żebym czekał na niego po robocie. – Paweł machnął ręką. – No i czekam do dziś.
Jurek pomyślał chwilę nad odpowiedzią.
– Wiesz, jaki on był. W gorącej wodzie kąpany, brat łata…
– Dziękuję ci za takiego brata łatę. Boję się, że chciał mnie w coś wpakować.
– Nie przeceniaj się.
Paweł zastygł w pół kroku.
– Co masz na myśli?
– Nic. Ja jestem ochroniarzem, ty sprzedajesz suweniry. Nic od nas nie…
– A więc to tak! – Paweł machnął ręką, jakby chciał wywrócić coś ciężkiego. Doskoczył do Jurka, który akurat podrywał się z krzesła:
– Czyś ty się wściekł?
– Wszyscy wiedzą, że nie jesteś tylko ochroniarzem. – Paweł już wycofywał się do drzwi – Syneczek tatusia…
W Jurku się zagotowało.
– Ej, coś ci się chyba pomyliło!
– Żebyś wiedział, że nie! – krzyknął Paweł i zatrzasnął za sobą drzwi, aż tynk się posypał.

Jurek zwalił się na krzesło, sapnął, zły na siebie i los. O co mu chodziło? Czemu tak się wściekł? I co, do ciężkiej cholery, Paweł próbował powiedzieć? Tu słowa bez związku, na zewnątrz wiruje szajba, a skoro już przy szajbie, przypomniał sobie Anitę. Dziękował resztkom rozumu, że za nią nie poszedł, niech się włamuje, jeśli chce, pewnie się uda i jej nie zamkną. Westchnął. W Hali było cicho. Zerknął na monitory. Tylko Paweł zamykał stoisko. Anita – wyobrażał sobie – podnosi się zza biurka, melancholijnym ruchem wrzuca papiery i komórkę do przepastnej torebki, rozgląda się po biurze, czy o czymś nie zapomniała, wychodzi. Zatrzymuje się jeszcze przy lustrze. Odgarnia rude włosy. Tak jak to zwykle robi. Jurek złożył głowę na stole. Tylko na chwilę. Jeszcze ją uniósł, na moment, szukając spokoju w czarnym prostokącie okna.

Śniło mu się, że znowu ma dwadzieścia lat. Siedział na brzegu łóżka, trzęsąc się, nagi i chudy, patrzył na pogrążoną we śnie Olę. Migawki z wydarzeń, o których tak bardzo chciał zapomnieć. Wizyty w bramach, w kościele Marii Magdaleny, długie noce we wrocławskich knajpach. Saszetki i pudełka pochowane po całym domu, pokój tajemnic i świat kryjówek. Śmiechy przy kuchennym stole, ludzie przewijający się przez ich mieszkanie jak przez tani bar, ciemne twarze z oczami upiorów, puls tanich dźwięków, włączony telewizor, browar, tysiące puszek złożonych w piramidzie. On i Ola, butelka między nimi, coś jeszcze. Tabletka widziana z daleka. Biała, a na niej podobizna gorgony o poczciwych oczach. W swoim śnie, Jurek wziął ją ostrożnie, uklęknął przed Olką, wziął gorgonę w zęby, przegryzł, połowę wsunął w jej usta.

Wyleciał ze snu, wybity przez krzyk. Swój i obcy. Był skołowany, jak każdy, komu zdarzyło się zdrzemnąć w ciągu dnia. Tylko westchnął, zadowolony, że nie dośnił tego, co zdarzyło się potem. Znał ten sen zbyt dobrze. Po Hali niosły się głosy, szumiało po niemiecku. Pomyślał, że Dzieszyński kombinuje coś po godzinach, albo zwyczajnie zaprosił sponsorów zza Odry i coś im klaruje. Głosy brzmiały dziwnie, jak ze starej płyty, posmarowane echem. Tak właśnie niesie się dźwięk pod kopułą. Ale w Hali, wyraźnie widocznej na monitorach, nikogo nie było. Ktoś musiał puścić nagranie z głośników. Jurek poszedł to sprawdzić.

Na korytarzu było jeszcze głośniej. Brzmiało to jak próba generalna uroczystości. Trzaskało w głośnikach, szum braw otaczał Jurka. Zamilkł. Jurek przystanął, przekonany, że mu się wydawało, że nie rozbudził się do końca. A tu znowu. Narastająca burza oklasków, męski, wysoki głos. Jurek zdębiał. Ktoś robi sobie z niego jaja. Szedł ciemnym korytarzem, ściskając telefon komórkowy. Jeśli coś się tam wyrabia, trzaśnie zdjęcie.

Ale niczego nie trzasnął, ani fotografii, ani człowieka. Wnętrze Hali było ciemne, jeśli nie liczyć kilku świateł. Były to jasne, pulsujące kulki zawieszone w próżni, jakby sznury i kable wisiały już poza kadrem. Przed sceną migotało kilkanaście mglistych sylwetek. Nieco bliżej struchlałego Jurka, na krzesłach usadowiły się mleczne, ludzkie okruchy. Głowy na barkach i tyle. Dłonie bez ramion, klaszczące bez opamiętania. Korpusy w białych koszulach, wygodnie rozsadzone. Nad sceną, udekorowaną swastykami usadowił się chór, schowany częściowo w mroku, bardzo niekompletny. Sam zarys sylwetek w białych ludowych strojach. Same usta, czasem tylko oczy, twarze zawieszone w nicości, jakby coś, co przywiodło tu tych ludzi, miało za mało siły, by wyrwać ich całych zaświatom. Niżej, po lewej i prawej, widać było sylwetki w brunatnych uniformach. Trzymały flagi i zdobne proporce. Nieco bliżej podium prężyli się partyjni oficjele, tłuści i silni, podobni bogatym chłopom z międzywojnia, często łysi i z wąsem. Zadzierali głowy. Kwiaty też były zawieszone w próżni. Transparenty pełne gotyckich liter złożonych w niemieckie słowa. Jurek przeczytałby je, gdyby miał do tego głowę, lecz stracił ją zupełnie. Na podium, za okrągłym mikrofonem, ubrany w czarny garnitur, pod krawatem, przemawiał Adolf Hitler. Lewą rękę trzymał opuszczoną, prawą machał, aż zamilkł wśród braw, przyciskając dłoń do piersi, jakby nagle rozbolało go serce.
 

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku