Odcinek 14 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Siedzieli we dwoje w Hali pod sceną. Sprzęt już uprzątnięto, podłoga zdawała się lśnić w czerwonym słońcu. Jurek zadarł głowę. Pierścienie układały się w ogromną rozetę. Wyobraził sobie, że Hala nie jest już Halą, lecz mechaniczną gwiazdą sunącą przez ożywiony wszechświat. Mijają pulsary i plamy mgławic, za oknem przemyka kometa, wieloryb o brzuchu pełnym gwiazd. Anita podsunęła mu torebkę miętówek.
– Nie znoszę słodyczy.
– Dziwny jesteś.
– Jak świat – dziwny, ale piękny.
Zmrużył oczy. Kręgi nachodziły na siebie, skręcały się w wielkie schody, nic tylko powędrować ku sercu kopuły. Zakręciło mu się w głowie.
– Co dalej? – spytał.
– Myślałam, że ty mi powiesz.
– Moim zdaniem sprawa przycichnie. Rajtoch wiele mi wyjaśnił. Sam popieprzony, to i miał walniętych znajomych, dziwi cię to? On się mści.
– Na Dzieszyńskim?
– Wygląda na to, że Rajtoch wyleciał z listy.
Kiwnęła głową. Wodziła oczami po pierścieniach, jakby próbowała je liczyć.
– Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę – powiedziała. – Powiedz mi, co musielibyśmy kupić, żeby dostać się do Banacha?
Jurek się roześmiał.
– To znaczy do trumny?
– To znaczy do mieszkania, mój dzielny idioto.

Minęła chwila, nim zrozumiał sens tej propozycji. Proszę, proszę, śmiał się z postrzelenia Smyka, obłęd, w którym żył Rajtoch, nawet go przeraził. Ale ci ludzie byli daleko. Na cmentarzu i peryferyjnym osiedlu. Tymczasem tutaj, na wyciągnięcie ręki, siedziała kolejna wariatka i wsuwała miętówki.
– Mówisz o włamaniu? Czyś ty się… skąd ci to przyszło do głowy?
– Boję się. Już wiesz.
– To nie jest film. Nawet nie wiemy, jak to zrobić.
Cmoknęła.
– Coś mi się zdaje, że ty wiesz.
– Pudło, kochana. Ani mi w głowie tłumaczenie się. Po prostu nie.
– Nic nam się nie stanie. Nie jesteśmy złodziejami. Chcę tylko wiedzieć.
– Co wiedzieć?
– A za czym my gonimy?
– Skąd mam wiedzieć? Chodzę za tobą jak cielę. Nie dam się w nic wmanewrować! – Rozłożył ręce. – Słuchaj, ja już miałem kłopoty. Poważne kłopoty.
Odłożyła cukierki.
– Nie mów, że się boisz.
– Okej, boję się – ściszył głos, mówił przez zaciśnięte zęby. – Robiłem kiedyś interesy we Wrocławiu. Lewe interesy. W gruncie rzeczy nie skończyłem przez nie studiów. Musiałem naprostować... wiele rzeczy. – Machnął ręką. – Nie zamierzam tego powtarzać.
– Jurek…
– Nie muszę ci pomagać. Podobasz mi się, Anita, podobasz mi się jak jasna cholera, ale nie aż tak bardzo, żebym zniszczył życie sobie, tobie i komuś tam jeszcze. Tyle ode mnie. Jak będziesz chciała pójść na piwo, tak normalnie, i gadać o pierdołach, melduję się pierwszy w kolejce. A teraz wybacz, rączki całuję, miłego popołudnia, do widzenia.
Wstał. Poczuł uścisk na nadgarstku. Obłęd czający się w Hali miał dłuższe macki, niż Jurek sądził. Chyba że Anicie rzeczywiście grozi niebezpieczeństwo. Jeśli kłamie, jest najlepszym łgarzem na Dolnym Śląsku. Przecież zaraz się posypie. Odpadną jej mokre policzki. Oczy się skurczą. Zmieni się w gałganek.
– Ja też to widziałam. Widmowy kondukt wieczorem w Hali. Zobacz, co mam.
Pogrzebała w torebce drżącą ręką. Była to złota blaszka wielkości dużej monety, przebita w środku. Czarny lew zadzierał dumny ogon. Klejnocik musiał być częścią czegoś większego, a jego kształt kojarzył się z bramą do królestwa krasnoludków. Jurek sięgnął do kieszeni, natrafił na znalezioną obrączkę, ale jej nie wyjął. Miał dość wszystkiego. Zapytał tak rzeczowo, jak tylko umiał. – Gdzie mieszka Banach?
– Nowy Dwór.
Zastanowił się.
– Czyli bloki. Które piętro?
– Pierwsze. Wysokie.
– Niedobrze.
– Z balkonem.

Zamknął jej dłoń w swojej. Mówił prosto do ucha.
– Weźmiesz samochód. Musi być ciemno. Najlepiej druga, trzecia w nocy. Objedziesz kilka razy osiedle, wypatrując przechodniów. Tajniak nie siedzi już z gazetą. Nie wyprowadza psa. Lubi ubrać się krzykliwie. Weźmiesz ze sobą tylko spłaszczony wkrętak. Żadnej broni ani latarki. Jak już dostaniesz się na balkon, wbij wkrętak głęboko między drzwi a framugę. Dociśnij do oporu i szarpnij w dół. Rygle uniosą klamkę. Już jesteś w środku. Masz tylko kilka minut. Nie szukaj skrytek. Przetrzep szuflady, półki i zwijaj się. Zabierz wszystko. Przeczytasz w domu. I na Boga jedynego, włóż rękawiczki. Nie wracaj na piechotę. Psy mają psy. Tyle ode mnie.

Oddał pocałunek, skradziony jeszcze podczas spaceru i zostawił Anitę za sobą. Słońce już zaszło, pozostawiając ciemnoniebieską poświatę. Ściany Hali były czarne, jak w przedwiecznej jaskini.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku