Odcinek 13 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

W domu Rajtoch odzyskał siły, zamienił chodzik na laskę, zaprosił do salonu i zaproponował herbatę. Anita zaoferowała, że ona ją zrobi. Zmrużył oczy i zezwolił na wejście do kuchni.
– Jeszcze odsapnę – rzekł Rajtoch. – Jak żona przyjdzie, przygotuje wam jakiś obiad.
– Nie zostaniemy długo – odparł Jurek.

Wszystkie trzy pokoje stały otworem. Siedzieli w salonie, który spełniał także funkcję biblioteki. Kanapa naprzeciw starego telewizora kineskopowego wyglądała na wyjątkowo niegościnną. Brakowało tylko kolców i plamy czegoś tłustego i zimnego na poduszce. Na półkach, pod sam sufit, stały się rzędy książek, ułożone tematycznie, lecz i wedle koloru. Stół, wciśnięty w róg, zawalało tyle kolorowych gazet, że nie się było gdzie postawić filiżanek. Jurek przyglądał się tytułom, czytał nagłówki, myślał.

– Skąd państwo wzięli się na pogrzebie?
Anita odpowiedziała, że pracują przy festiwalu.
– Może to nieładne, ale ja nie lubię bawić się w konwenanse. Smyk był oszustem i łajdakiem. Nie umiem go żałować. – Rajtoch pokręcił głową. – Zrobił mnie w konia, choć znałem go od małego. – Uniósł rękę na wysokość stołu. – Pamiętam, jak w powszechniaku zakradł się do Hali z kumplami, bo chciał odkopać drugą kopułę. Znacie to?
– Coś mi dzwoni. – Jurek nie miał pojęcia, o czym tamten mówi.
– Mówi pan, że dzwoni panu… Berg zaprojektował Halę jako model wszechświata. Znak czasów. Naczytał się Nietzschego i Swedenborga. Krążyły plotki, że jest nie jedna Hala, ale dwie. Druga pod ziemią, lustrzane odbicie pierwszej. Młody Smyk poszedł kopać. Ale potem dostał w skórę! Dobry Boże, jak ten czas, proszę państwa, straszliwie leci. Dni stają się coraz krótsze. Widzę to po synu. Wczoraj mały, dzisiaj drągal. Sami zobaczycie, niedługo powinien tu być. Miesiące jak dni. A to będzie rok, odkąd się pokłóciliśmy. Dobrze znaliście Smyka?
– Mogę zapytać, o co się panowie pokłócili? – zapytał Jurek.
– Może pan, co nie znaczy, że panu odpowiem. Też pracowałem przy festiwalu, a Smyk… Cóż mam rzec? Już nie pracuję. –
Uniósł górną wargę w nieśmiałej próbie uśmiechu. Odsłonił brązowe zęby, jakby stworzone do wgryzania się w surowe mięso.
– Widzę, że młodzi państwo w ogóle nie znali pana Smyka. Był skończonym draniem, ale nawet dranie zasługują na jeden toast. Ostatni. Boże jedyny, jak to kiedyś piło się ze Smykiem. Przyniesie Pani kieliszki?
Rajtoch otworzył szafę i uklęknął. Zaczął w niej grzebać, przetrząsał ciuchy. Zapachniało naftaliną. Pochylił się, wlazł cały, by się zaraz cofnąć z wyjaśnieniem:
– Żona chowa mi wódkę. Boi się, jak to żona. Córka to samo. Wczoraj przyszła z jakąś wizytówką od lekarza. Mało to się nachodziłem? Mówię jej, że nie chcę się leczyć za wszelką cenę. Doczekam osiemdziesiątki i wówczas wszystkie podleczone choroby wrócą i rozprują mnie od środka. Nie chcę, córuś. Tak jej powiedziałem. Trudna sprawa. Mam ją winić za to, że się troszczy?
Po szafie przetrząsnął szuflady i wrócił z niedopitą butelką Stocka. Nalał, stuknęli się.
– Tylko jeden! – ogłosił Rajtoch. – Banach był, jaki był, a i mi zdrowie siada. – Strząsnął kieliszek. – Jakby to powiedzieć, jeśli z kimś się pokłócisz, nie zwlekaj z wyciągnięciem ręki na zgodę.

Z salonu przechodziło się do pokoju córki. Na oknie wisiała bluzka w blade groszki, ze zdjęcia na ścianie spoglądał William Wharton. Biurko, jakiego używają licealiści. Jeśli nawet był na nim laptop, zniknął pod skoroszytami, notatnikiem i kupą książek w miękkiej oprawie.
– Córka mnie uwspółcześnia. Przynosi nowe książki. I płyty tego wyjca z Krakowa. Czarne włosy, huczy tak. Makowski?
– Maleńczuk – przypomniał sobie Jurek. – Wróćmy do Banacha.
– To był zawodnik – rozmarzył się Rajtoch. – Przy sprzyjających wiatrach mogliśmy balować do nocy. Praca, wódka, dziewczęta… – W oku profesora błysnęła łza. Trudno stwierdzić, czego żałował najbardziej: kielicha, spódniczki, czy zmarłego kolegi. – Forsowałem jego pomysły, ale on w to nie wierzył. Ech, straszna szkoda.
– Nie zawsze ludzie doceniają to, co dla nich robimy – rzuciła gorliwie Anita. – Czasem prawda wychodzi po latach.
– Banach był zapiekły. To w nim ceniłem. Podobny do mnie z poglądów, innego charakteru. Tuba! Generał bez wojska! Widzą państwo, jakby to powiedzieć, jestem wyrazicielem opinii, że ujawniając prawdę o jakimś miejscu, okresie historycznym, sekwencji zdarzeń, należy dążyć do pełni, bydując pewnego rodzaju syntezę. Smyk życzył sobie, żeby w ramach festiwalu wspomnieć coś o ezoterycznych źródłach Hali i mistycznych fascynacjach Berga.
– No to ja przepraszam na chwilkę – Jurek wstał i poszedł do łazienki, Rajtoch mówił dalej.
Wracając, zerknął do drugiego pokoju. Syn Rajtocha też uwielbiał nieład. Na łóżku zastygła skotłowana pościel, na podłodze stały trzy kubki, każdy z zaschniętymi fusami po kawie. Młody miał tyle kompaktów, co ojciec książek, na najniższej półce, obok klockowatego monitora wstydliwie stały filmy w slimach, kiedyś jakie dołącza się do gazet. Szalik Śląska. Plakat Machine Head. Jurek musiał poukładać to sobie w głowie.
Rajtoch rozlał resztę stocka.
– Wiecie, że Smyk znalazł te schody?
– Jakie schody? – Jurek sięgnął po kieliszek.
– Prowadzące do podziemnej Hali. Oczywiście w jego czternastoletniej wyobraźni. Był cały podniecony, kiedy go złapano. Kiedy milicjanci nie pozwolili mu szukać dalej, gryzł ich i kopał.
– Powiedział to panu?
– Też miałem czternaście lat i szukałem razem z nim. Schody rzeczywiście istnieją, ale prowadzą do brudnego przejścia podziemnego pod dawnym torem kolarskim. Powiedzcie mi państwo, co wiecie o Maxie Bergu?
Jurek wzruszył ramionami i napił się. Stock parzył mu usta i rozgrzewał brzuch.
– Zaprojektował Halę i czuwał przy jej wykonaniu. Wzniósł jeszcze kilka budowli dla Wrocławia: Miejski Szpital Dziecięcy, łaźnię na Curie–Skłodowskiej, w latach dwudziestych pokłócił się z władzami miasta i wyjechał do Niemiec. Z tego, co czytałem, bardzo poważnie traktował swoją pracę, a Hala była dla niego czymś szczególnym, hm, zapewne ze względu na rozmiar i wagę projektu.
– Najważniejsze pytanie brzmi, skąd ten rozmiar i waga. – Rajtoch uderzył w ton wykładowy. – Młody Berg jako dziecko późnego pozytywizmu przekonany był o wyrażalnym charakterze praw rządzących światem, miał umysł ścisły, choć był też muzykalny, życzliwy matematyce i naukom ścisłym. Ale około roku 1910 ten stan rzeczy zaczął ulegać przemianie.
– Takie były czasy – przypomniała Anita. – Nauka szła naprzód, wydawało się, że niedługo człowiek opanuje świat, tak dosłownie. Będzie rządził wiatrem i pogodą. Czy nie mam racji, panie profesorze?
– Jakby to powiedzieć, za łatwo przyswaja pani racjonalne przesłanki. Otóż Berg ubolewał nad tym, że architektura nie cieszy się takim statusem jak sztuki plastyczne czy literatura, a to ze względu na swój użytkowy charakter. Chciał to zmienić, oczywiście w swoim stylu, powoli odżegnując się od postawy scjentystycznej, materialistycznej, na rzecz, powiedzmy, technicznego mistycyzmu. Jak to powiedział kiedyś Goethe: architektura jest muzyką zamrożoną w chwili.
Co ma piernik do wiatraka? – pomyślał Jurek, ton Rajtocha irytował go.
– Ale nie sądźcie, że Berg odchodził od stołu kreślarskiego i pędził do lochów wywoływać duchy. Twierdził, powiedzmy, że architektura może nieść treści dużo głębsze niż te związane z estetyką czy wartościami użytkowymi. Prawdę, w jego opinii, powinni zapisywać nie mistycy nad szklanką absyntu, lecz matematycy szukający sensu w proporcjach liczbowych. Proszę, niech mi pan powie, czy rozumie sens tego, co się tutaj dzieje?
– Chcielibyśmy zrozumieć. Banach nie zginął bez powodu.
– A pan znowu o tym. Oczywiście, jest jakiś powód śmierci Banacha, być może zostanie odkryty, lecz zapewniam pana, nieszczęsnemu Smykowi już nic z tego nie przyjdzie. Pytałem o sens w wymiarze szerszym.
– Sens życia? Sens historii?
– Pan to tak od Smyka do historii. Zatrzymajmy się po prostu na tym dniu. Czy może pan zrozumieć jego sens? – Rajtoch zawiesił głos i rozgadał się znowu, gdy tylko Jurek spróbował coś powiedzieć. – Oczywiście, że pan nie może, bo dzień się jeszcze nie skończył. Czy jutro będzie pan zdolny do tej czynności? Wbrew pozorom, dalej nie, gdyż wydarzenia, które dokonały się dzisiaj mogą zyskać znaczenie za tydzień albo rok. Na przykład, nasze spotkanie. Przegonienie staruszka po cmentarzu. Pan nie wie, co o panu myślę, i czy zdołam wpłynąć na pana życie – chciał klepnąć Jurka w ramię, sił zabrakło i ciężka łapa runęła bezwładnie na Jurkowy bark. – Niech pan się nie obawia.
Jurek zerknął na Anitę. Po jaką cholerę władował się w taką kabałę? Staremu pomieszało zmysły.
– Wielu rzeczy nie wiemy – powiedział.
– Moim zdaniem to raczej nieprzyjemna sprawa, a jeśli nawet pana to nie boli, to proszę powiedzieć, czy nie byłoby przyjemniej wiedzieć? Leibniz twierdził, że gdyby poznał stan wszechświata w jednej sekundzie, mówiąc językiem współczesnym, gdyby zaznajomił się z masą i położeniem każdej cząstki, z kształtem każdego fraktala, wiedziałby też wszystko o przeszłości i przyszłości.
– Tyle że potem przyszli Einstein z Heisenbergiem – mało brakowało, a z uszu Jurka strzeliłaby siarka.
– No tak. Cóż, będę musiał was przeprosić. Trochę kręci mi się w głowie, choć spacer i ta wódeczka nieco ubarwiły ten pogrzebowy dzień – wstał, wyciągnął wilgotną dłoń. Miał bardzo mocny uścisk.

W przedpokoju Jurek zakładał buty. Chwiał się przy tym, nie chcąc podpierać białej ściany, złapał niechcący za laskę i zaraz puścił. Poleciała. Chwycił ją Rajtoch.
–Tak ufa pan tym nowym mędrcom, a ja wolę myśleć o stworzeniach, których nic nie obchodzi pismo. W szkole powszechnej uczą nas fascynacji mrowiskiem, jego złożoną strukturą i rozdziałem ról w tym leśnym kibucu – mówił powoli, jakby powstrzymując ich przed wyjściem. – tymczasem zwykła mrówka, ba, nawet królowa mrówek nie ma zielonego pojęcia o tych wspaniałościach. Widzi tylko kawałek korytarza. Możesz postawić ją obok mrowiska. Nic. Pokażesz jej przekrój przez szkło. To samo. Pod każdym kątem? Jeszcze gorzej. Co pana zdaniem należy zrobić?
Jurek pomyślał, przywołując wszystko, co przed chwilą usłyszał, uporządkował brednie, nawlókł nonsensy na nitkę.
– Pokazać jej mrowisko ze wszystkich stron naraz.
Na twarzy Rajtocha wykwitł gorzki uśmiech. Chyba nie takiej odpowiedzi oczekiwał.
– Nie, szanowny panie. Należy sprawić, żeby mrówka przestała być mrówką. A teraz wybaczcie, rączki całuję, miłego popołudnia, do widzenia – wepchnął Jurkowi pustą butelkę w ręce. – Proszę ukryć dowód winy. Pan rozumie. Żona.

Gdy drzwi się za nimi zamknęły, Jurek nie wytrzymał.
– Widziałaś?!
– Co miałam widzieć? Biedny facet.
– Gazety na stole. „Twój Styl”, „Życie na gorąco”.
– Przecież ma żonę.
– Były sprzed pięciu lat. Gry w pokoju młodego jeszcze starsze. Ta konsola to playstation dwójka, nikt już na tym nie gra. A monitor? Można by nim zabić. Kto jeszcze zbiera kompakty? Pokój córeczki? Kiedy Wharton był w modzie? Wskoczyłabyś w tę suszącą się bluzkę? Jaką suszącą, cała wypłowiała.
Anita stanęła.
– Próbujesz mi powiedzieć…
– Tak. Wszyscy dawno się stamtąd wynieśli. Rajtoch mieszka sam. Zwariował z jakiegoś powodu.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku