Odcinek 12 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Gdy chowają człowieka porządnego, za trumną wlecze się mokry pies i stara żona, z nieba zacina żabami i dmie wiatr jak na biegunie. Ziemia jest twarda, a grabarz pijany. Na pogrzebie Smyka Banacha zjawiły się istne tłumy.

Rodzina, widziana wcześniej w Hali, uległa rozmnożeniu. Rozliczne brzdące wyglądały, jakby jeden wyłonił się z drugiego, bliźniaczy chłopcy i dziewczynki, różniący się jedynie kolorem ubrania, pognały wesoło między groby, gdy tylko skończyło się nabożeństwo. Za nimi zaaferowani ojcowie w długich i miękkich płaszczach, matki w czarnych sukienkach, starsze rodzeństwo targające kwiaty. Byli też koledzy. Nikt do nikogo nie pasował. Takich ludzi tylko śmierć może połączyć. Chudy aptekarz przypominający kormorana. Obwieszony złotem biznesmen, żywcem wyrwany z połowy lat dziewięćdziesiątych, kilku menedżerów, łysol w czarnej, dżinsowej kurtce, który żegnał się bez przerwy. Miał rękawiczki motocyklowe. Jakieś stare baby, ich ledwo żywi mężowie wsparci na laskach. Wodzili oczyma po nagrobkach, który najlepszy, który prędzej się nada. Wyklinano żyjących. Tył konduktu obsmarowywał jakąś Iwonę, co wykończyła własną matkę, narobiła długów, aż został jej tylko grób tutaj, w doskonałym miejscu. Teraz wyprzedaje go po trochu, na urny. I tak człapali w śniegu.
Przyczajone po bokach konduktu szły kochanki. Łatwo poznać, przybyły same lub w towarzystwie z łapanki, oszpecone strojem: długie suknie, workowate dżinsy, luźna kurteczka, rozciągnięty sweter, żadnej biżuterii, słabe makijaże. Anonimowe, niknące w świetle. A jednak szukały się wzrokiem. Nieustannie zerkały na siebie, ich spojrzenia spotykały się tylko na moment, zaraz odepchnięte, rozpędzone ku innej, pełne pytań: która pierwsza, jak, skąd się tu wzięłaś, dziewczyno? Jurek trzymał się Anity. Zbyszek demonstracyjnie powędrował naprzód.
Po drzewach skakały wiewiórki. Minęli krzyż katyński i okazałe kaplice Romów, maleńkie pałacyki zwieńczone kopułami, jakby wczoraj pobielone, z rzędem czarnych tabliczek przy drzwiczkach. Zupełnie inne niż ich domy. Cygan, myślał Jurek, za życia musi mieć czarny bumier pod złotym pałacem, po śmierci wystarczą mu proste formy i kolory: Bóg dawnych wędrowców nie oczekuje więcej. Gdzieś dalej rozrastała się muzułmańska kwatera. Orda nagrobków wylewała się z miejsca im przeznaczonego, pochłaniając opuszczone kurhany chrześcijan i ateistów. Ognie wyrżnięte w drewnie. Attyki na kształt serca. I całe mnóstwo kwiatów, zerwanych z malowanych ścian meczetu.

Doszli wreszcie i zgromadzili się nad otwartym grobem. Ładne miejsce. Między drzewem a starym nagrobkiem, alejkę dalej zaczynał się smutny rejon zapomnianych. Tu tylko jakieś dziecko podczas wycieczki szkolnej, przymuszone przez wychowawczynię, zawędruje ze zniczem.

Grube sznury szły przez trumnę, a i ksiądz był nie najszczuplejszy, gdyby dodać mu brodę, wyglądałby jak sam, świeć Panie nad jego duszą, Robert Smyk Banach. Jurek nabrał przekonania, że zaraz coś się wydarzy. Jakaś kobieta rzuci się na trumnę. Nie, dwie kobiety naraz, zderzą się głowami i nieszczęście gotowe. Grabarz wpadnie do dołu. Nieboszczyk wstanie i zażąda: „Wódki!”.

– Patrz tam – wskazała Anita. Kawałek dalej, między kolegami a kochanką, stał staro-młody mężczyzna. Wystrojony w płaszcz i ciemny dżins, jakby dekadę temu popijał z Kuroniem. Wysoki, zwalisty. Błyszczały mu buty, twarz miał żywą i czerstwą, obsypaną czarnym zarostem, oczy szczurze i bystre. Wspierał się na chodziku, jakiego zwykli używać starcy, i cmokał. – To Rajtoch – szepnęła Anita. Rajtoch akurat ją dostrzegł, skłonił się.
– Ty! – szepnął Jurek – To właśnie on dobijał się do Hali pierwszego dnia, kiedy przyjechałem.
Banach pochowany, zaczęły się kondolencje. Jurka interesowało co innego. Dzieszyński złożył wiązankę jako jeden z pierwszych, ucałował ręce wdowy i ruszył w stronę Rajtocha, wyraźnie niezadowolonego z takiego obrotu sprawy. Coś mu klarował, Rajtoch kiwał ciężką głową, przyjmując pozę mędrca udzielającego rad wiejskiemu głupkowi. Im dłużej to trwało, tym Dzieszyński bardziej się złościł, wreszcie wyrzucił ręce tak wysoko, jak pozwalał mu na to garnitur i poszedł bez pożegnania.

– Co robimy? – pytała Anita.
– A niech się kłócą!
– Jak wyrwać Rajtocha, pytam? Nie zaczepimy go na pogrzebie!
Ludzie się rozchodzili. Rajtoch zostawał w tyle: stawiał drobne kroczki za chodzikiem i wzdychał. Niektórzy żałobnicy rozpoznawali go, kłaniali się, lecz żaden z nim nie został. Przegoniły go dzieci, wyminęli dorośli, człapał samotnie, powolny i kanciasty, niczym kolejny pomnik na Cmentarzu Osobowickim. Co jakiś czas przystawał i łapał oddech. Jurek nie wiedział, co robić, jak zaczepić staruszka, i nagle uśmiechnęło się do niego szczęście. Rajtoch przystanął na plamie słońca, trochę za długo, jeszcze trochę i się wywróci. Ale nie. Słońce to zdeptał i ruszył dalej.
– Dajesz – powiedział Jurek do Anity.

Pobiegła za Rajtochem, wykrzykując „panie profesorze, panie profesorze”. Zrównała się z nim, zagadała, profesor Rajtoch skłonił się jej głęboko i cmoknął w rękę. Zamienili parę słów i ruszyli w stronę cmentarnej bramy, najpierw powoli, w tempie narzucanym przez chodzik. Anita paplała, dając sobie przerwać, a gdy Rajtoch zaczynał mówić, trochę przyspieszała. Próbował jej dorównać, ona gięła się wpół, promieniejąc uprzejmością, niby zwalniała wówczas, ale tylko po to, by zaraz znów przyspieszyć kroku. Chodzik szczękał, wyrzucany w powietrze, szybciej i szybciej. Dwie sylwetki na szerokiej, cmentarnej alei, w tym jedna potężna i gwałtownie słabnąca. Zadowolony Jurek ruszył za nimi, powoli, z rękami w kieszeniach. Udawał, że nic go ta sytuacja nie obchodzi. Przyglądał się nagrobkom.

Już zaczął się obawiać, że plan zawiedzie. Rajtoch z Anitą docierali do bramy, tam stał karawan i kilka taksówek. Rajtocha przygięło, tylko machnął ręką i zrównał się z Anitą. Coś mówiła, podniecona, machając rękami. Bramy już prawie mogli dotknąć. Nagle w Rajtochu, młodym i starym jednocześnie, zwyciężył ten drugi i padł na kolana. Chodzik, uwolniony z czerwonych dłoni popędził aż do krat. Anita przykucnęła bezwzględnie, już szukała chusteczki, z torebki poleciała komórka, portfel, szminka. Jurek popędził. Ledwo wyhamował.
– Coś się stało?

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku