Odcinek 11 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Zbyszek czekał na ławce pod katedrą Marii Magdaleny. Noga założona na nogę, ręce nonszalancko rozrzucone na oparcie, twarz jednak blada i skupiona. Jurek klapnął obok.
– Widziałem was przez szybę w Literatce. Nie odpuszczasz. – Zbyszek miał na myśli Anitę.
– A co ty taki ciekawy?
– Szybko przyszedłeś.
– Bo to nie była randka.
– Kto wie, może nasze maleństwo chce wyfrunąć do Niemiec? – zażartował i zaraz spoważniał. – Wybacz, że ci zawracam głowę, ale nie mam do kogo z tym pójść. Każdy myśli, że chcę tatę wpakować do grobu, ty jeden nie. – Zapalił papierosa.
– Nie wiem, co myślę.
– Wiesz, wiesz.
Miał mocne płuca, jedno pociągnięcie i spalił pół papierosa.
– Chodzi ci o Smyka?
– Daj spokój, przecież tatko by go nie zabił. Już prędzej mnie by... – strzepnął sobie popiół na spodnie. – Martwię się o niego.
– To jakaś nowość.
– Zawsze się martwiłem. – Zdusił papierosa, wskazał na katedrę. – Byłeś kiedyś w środku?
Pewno jako dziecko, pomyślał Jurek. Odpowiedział, że nie.
– Ojciec wpakował się w jakąś kabałę i coś mi dzwoni, że martwy Smyk to ostrzeżenie. Taka wizytówka.
– Weź się, chłopie, opamiętaj.
– Chodź.

Gdyby nie stare rzeźby pod amboną, gdyby nie piękny Chrystus nad ołtarzem, można by pomyśleć, że to miejsce świeżo odnowione, że jeszcze czeka na otwarcie. Zbyszek pociągnął Jurka przez boczną nawę. Nikt się nie modlił, rzędy ław były puste, jeśli nie liczyć muskularnego faceta w szarym swetrze, który zawzięcie stukał w netbooka rozłożonego w miejscu, gdzie kiedyś mógł leżeć modlitewnik.

– Gadają to i tamto – szeptał wkurzony Zbyszek – a ja zwyczajnie kręcę się przy Hali. Mam oko na wszystko. Tatko chciał mieć mnie na widoku. A robię… nic! Prawie. Mogę sobie szperać – zrobił pauzę. – Wiesz, że Smyk nie jest pierwszym trupem w Hali?
– Myślę, że policja to wie.
– Trup nie oznacza morderstwa. Padają jak muchy. Pierwsza sprawa: rok dwa tysiące trzeci, robotnik demontujący rusztowanie spada na łeb i po chłopie. Tylko wrzasnąć zdążył.
– Wielkie mi rzeczy.
– Czekaj, czekaj, to nie koniec. Pięć lat spokoju, a potem zaczęła się jazda. – Zbyszek się nakręcał. – Kiedy zaczęto dłubać przy remoncie, plątał się taki inżynierek od stropów, wkurzał ludzi i przeszkadzał, aż padł na serce w głównym hallu. Parę miesięcy później, osiemnastego lipca, tętniak w głowie zabiera panią Hanię z księgowości. Jest dwa tysiące dziesiąty, stażysta wiesza się w pawilonie letnim. Dalej?
– Ludzie umierają – zgodził się Jurek.
Mijali rząd kaplic, pełnych starych figur i wyblakłych obrazów. Tylko jedna była inna. Na wielkim drewnianym krzyżu wisiał olejny portret księdza namalowany jakby ręką dziecka, które chciało uwiecznić kogoś niewyobrażalnie złego. Twarz przytłoczona ciężarem grzechów, oczy zaglądały już w oczekujące go piekło. Na podłodze, przykrytej białym obrusem leżały rozłożone księgi mszalne i tabernakulum bez hostii. Drewniany cherubinek obok zaciskał dłonie na czymś, co wyglądało jak krzyż albo włócznia.
– Tylko głupcy chcą żyć wiecznie. Są jeszcze trzy trupy do kompletu z naszym Smykiem. Zeszłej jesieni cieć dostał ataku serca, niech ci będzie, zmarł w szpitalu. I jeszcze zaopatrzeniowiec popił, prasnął głową o kant i po chłopie. Powiedz, czy to się nie układa?
Muskularny facet złożył laptopa i zaczął się zbierać.
– Pamiętam mój blok na Polance, taki długi. Co tydzień w klatce wisiał nekrolog.
– Gdzie Hali do bloku!
Trzasnęły drzwi kościoła, już zostali sami. Zbyszek machnął ręką.
– Trupy i duchy. Czego ty jeszcze chcesz? Kurka blaszka, masz swoje – wsadził ręce w kieszenie, zacisnąłby nawet usta, gdyby mógł – to powiem ci, że jak tato dowiedział się, że zabili Smyka, to zaraz zadzwonił do mnie. Nigdy tego nie robił, więcej, jestem ostatnim gościem, do którego zwracał się o pomoc. Pytał mnie, czy pamiętam, że jestem jego synem. Zapewniał, że bardzo mnie kocha. No to co miałem powiedzieć, ja ciebie też, tatusiu.
– Od niego dowiedziałeś się o Smyku? – Jurek bardziej stwierdził, niż zapytał.
– Powiedział, że władował się w kłopoty, bał się, że będzie następny. Pytał, czy mu pomogę. Wiesz, że się ucieszyłem? Dziwne, ale tak. Pomyślałem sobie, że nie wszystko stracone, że jeszcze będziemy rodziną, jak, kurwa, z reklamy margaryny bez tłuszczu.
– Czemu ojciec wciąga cię w takie sprawy? – Jurek wolałby zapytać: czemu ty wciągasz mnie.
– Natychmiast się wycofał. Po godzinie miałem drugi telefon, że wszystko superspoko i nie panował nad sobą po śmierci najlepszego kumpla, choć wiemy wszyscy, jak między nimi było.
– Daruj, ale nie rozumiem.
– Mój ojciec bez przerwy kłamie – stwierdził smutno Zbyszek. – Trudno mi mówić takie rzeczy, ale prawdy nie odkręcę. Wspierał się na takich Smykach, błyskawicznie utrącał zdolniejszych od siebie, nim go utrącili, wiedział, jak dobierać kumpli, a pił z każdym, z kim wypadało. Ale mnie to mierziło! Gdyby był inny, ja byłbym inny, tak ci powiem, tyle że kiedy stary zadzwonił po raz pierwszy, gadał prawdę jak bum cyk cyk. Powiedz mi, co mam z tym zrobić?
Jurek miał pustą głowę.
– Skąd mam wiedzieć? Chodzicie czasem na piwko, kawę, takie rzeczy?
Zbyszek odpowiedział śmiechem. Zaczął spacerować przed ołtarzem, ręce trzymał z tyłu.
– Popatrz lepiej tam – poprosił. Jego głos się zmienił, umknęła wszelka hałaśliwość. Wskazywał na wielki krucyfiks w centralnym punkcie ołtarza. Jurek zmrużył oczy.
– Straszny i piękny.
– Pytasz mnie, dlaczego ludzie robią takie rzeczy? – szepnął Zbyszek. – Artysta, pracujący nad tą rzeźbą ukrzyżował własnego czeladnika, żeby mieć dokładny model. Patrz na tę twarz. Prawdziwa śmierć wydłubana w sośnie.
Jurek przyglądał się przez chwilę.
– Co się z nim stało?
– Cóż. Trzeciego dnia zmartwychwstał.
– Z rzeźbiarzem.
– Siądźmy sobie – poprosił łagodnie Zbyszek.

Wylądowali we frontowej ławie, zbudowanej z myślą o najzacniejszych wrocławianach. Drzwi zakrystii po prawej stronie uchyliły się lekko. W szparze tkwiła brodata głowa, księdza albo kościelnego. Jurek przypomniał sobie te wszystkie filmy, w których bandyci umawiali się na skoki właśnie w takich miejscach i przypomniał sobie, kiedy sam był tu po raz ostatni. Penny, diler z gatunku tchórzliwych, zaciągnął go do Marii Magdaleny.

– Nie chwytasz… – Zbyszek nachylił się do niego. – Myślisz współcześnie.
– Jestem całkiem współczesnym gościem.
– Nie wiem, co stało się z rzeźbiarzem. Nie wiem, czy coś musiało się stać. Może czeladnik zgodził się na ukrzyżowanie, może nawet przeżył? Może wiedział, na co się łapie. Że pocierpi, pewno umrze, ale my będziemy tutaj, za pięćset lat siedzieć i patrzeć na tę rzeźbę. To jest coś, człowieku. Jakie on mógł mieć życie, co go czekało? Dlatego, tak kombinuję, rzeźbiarzowi nie stało się nic. Dostał zlecenie w innym kościele. Bardzo się boję, człowieku.
– Co się dzieje?
– Mój ojciec to wariat. Mogę sobie gadać takie rzeczy, ale… Tatko jest kapka w kapkę jak ten popieprzony rzeźbiarz.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku