Odcinek 10 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Literatka przy rynku była jak szklanka, ludzie mieszali się tu niczym płyny. Na starych blatach bieliły się ipady Mackintosha, ludzie obkładali się papierami, w tle ściana starych książek, ze ściany spoglądał surowy Iwaszkiewicz, Tuwim zwrócił wzrok wyżej, ponad głowami zebranych. Za barem studentki w czerni, o ciasno spiętych włosach i wyrazistych uszminkowanych ustach. Długie kolczyki, półnagie ramiona. Bar w drewnie, umiarkowanie przepełniony alkoholem, na tablicy wypisano promocje, wysoko tłoczyły się butelki wina. Parowała kawa. Gdzie się tylko dało, coś powieszono. Były i reprinty autografów Wyspiańskiego, fałszywy Witkacy oraz ogromna, wymalowana szarością czaszka nad wyjściem z drugiej sali. Zegar z peronu i gramofon z miedzianą tubą, milczący telewizor między dwiema lampami, dającymi łagodne światło. Panował półmrok, mimo później pory.

– Może to wstrętne, ale go nie żałuję – powiedziała Anita. – Żałuję, że nie żałuję, biłam się z tym, ale nic nie zrobię. Banach był drań i tyle. Oczywiście wolałabym, żeby żył.
– Jak myślisz, kto mógł to zrobić? – Jurek wahał się, czy zadać tak banalne pytanie.
– Każdy miał powód.
– Poza mną. – Nalał jej wina z karafki.
– Kto cię tam wie.
– Mogę na upartego uwierzyć, że Smyk urżnął się, pojął prawdę o sobie i walił głową, aż padł trupem.
– Dobry Boże. Ty naprawdę uważasz, że to jest śmieszne!
– Sama mówiłaś, że cię to nic nie obchodzi.

Twarz Anity owładniętej troską miała zwyczaj tężeć, usta wyginały się w ponurym uśmieszku. Obracała pierścionek. Obok brzydka i młoda dziewczyna nachylała się nad starym profesorem. Profesorowie nie mają mundurów czy dystynkcji, lecz z tej mocnej, niskiej figury wręcz wylewała się lubieżna naukowość. Nie złączyli jednak dłoni. Dwie kobiety o wyglądzie agresywnych polonistek, zdolnych do awantury w imię Stasiuka przerzucały się papierami. Jedna, w okularach, nanosiła zamaszyste litery na drobne pismo koleżanki, Jurek widział to wyraźnie, bo wymachiwały karteluszkami, a czego nie doczytał, to usłyszał wyraźnie. Weszli właśnie facet z nosem większym od siebie, bezbarwna dziewczyna ze smutną różą. Naprężeni, wiedli ze sobą niewidzialną kulę żalu. Opadli na krzesła, milcząc, zaczęli znikać dla siebie. Ruda kobieta obok, drobna i sympatyczna, obserwowała ich ze smutkiem.

– Smyk chciał, żebym przyjrzała się sprawom Dzieszyńskiego. Nawet mi to przez myśl nie przeszło, ale teraz, kiedy…
Jurek wszedł jej w słowo:
– Czyś ty się wściekła, dziewczyno? Teraz w tym grzebiesz? Jak policja się dowie…
– Przecież to wszystko jest jak na dłoni. Musiałam tylko połączyć jedno z drugim.
– Jedno z drugim, świetnie! – Spojrzał za siebie. Po sali krążyły kelnerki w czarnych, kusych bluzeczkach. – Smykowi nie pomożesz. Wiem, Wrocław, stolica kryminału…
Nieoczekiwanie, położyła mu palec na ustach.
– Jesteś poczciwszy, niż ci się zdaje. Nic nie obchodzi mnie Smyk. – Przechyliła się przez blat. – Nie siedziałeś w sekretariacie całego dnia. Dyrektor cię wyrzucił i zaraz skoczyli sobie ze Smykiem do gardeł. Wrzaski, wyzwiska. Bałam się wejść. W końcu Smyk wypadł i na mnie nakrzyczał. To wiesz.
– Bzdura kompletna. – Zniżył głos do szeptu. – Po jaką cholerę Dzieszyński miałby zabijać Smyka. Mógł go zwolnić.
– A kto ci powiedział, że Dzieszyński był ponad Smykiem?
– Formalnie…
– Formalnie to Smyku nakręcił mu tę robotę, żeby się pod nim schować. Nigdy się nie wychylał i kręcił swoje.
– No to się dokręcił.
– Przestań już. Jurku, ja się naprawdę boję.

Pół Literatki zajmowała muzułmanka z mężem i dzieckiem. Wszyscy o jasnej cerze i niebieskich oczach. Ojciec dzielił czas pomiędzy komputer i gazetę w wydaniu papierowym, którą można było dostać tu za darmo. Wyglądało na to, że porównuje te same artykuły. Kobieta skupiła się na maleństwie, choć nie było się na czym skupiać, szkrab chrapał w najlepsze, a ona i tak poprawiała mu kaftanik, kocyk, naciągała rękawki, wreszcie, złożyła maleństwo w kojcu, popatrzyła w przestrzeń i czule przytuliła się do męża. Bez irytacji odłożył gazetę, zamknął komputer. Zaczęli sobie milczeć.

Anita zamówiła kolejne wino.
– Ktoś zabił Smyka. Może Dzieszyński, może ktoś z jego polecenia, może ktoś zupełnie inny. Popatrz… – Pozwoliła chwycić się za rękę. – Smyk miał jakieś interesy, przez które zginął. Tak?
– Prawdopodobnie.
– Próbował mnie w ten biznes wciągnąć, tak?
– Ano.
– Weź mi nie przytakuj.
– Dobrze – powiedział i nalał jej wina.
– Niech ci będzie, że jesteś zabawny. – Stłumiła nerwowy śmiech. – Nie dałam się w nic wmanewrować, ale smykobójca – zawahała się przy tym słowie – wcale nie musi tego wiedzieć. Wszyscy mieli świadomość, że Smyk czegoś ode mnie chce. Już rozumiesz, Jurek? Mogę być następna.
Pomyślał chwilę nad odpowiedzią. W kieszeni piszczał mu telefon. Anita przesadza, życie nie wygląda w ten sposób, ludzie nie zabijają się jak na filmach.
– Popatrz, jak on umarł – rzekł wreszcie. – Tak jak żył. Kogoś wkurzył, pobili się i już.
– Niezłe pocieszenie. No, już wie, jak się to robi. Tylko naprawdę tego nie rozumiem. Przetrząsnęłam dokumenty, sprawdziłam listę gości, telefonów, maile. Są rzeczy dziwne, podejrzane, ale nic naprawdę niezwykłego?
– Jakiś przykład?
– Weźmy pierwszy przykład z brzegu. Filip Kokoszka, syn tego Kokoszki, starszy, kulturalny pan, wieloletni dyrektor Hali, jak to się mówi, człowiek szanowany. Demonstracyjnie odszedł na emeryturę, kiedy festiwalem zajęli się Dzieszyńki ze Smykiem, panowie obsmarowywali się gdzie tylko mogli, a tu proszę, Kokoszka zaczął bywać w gabinecie. Gruchali jak dwa cwane gołębie.
– Co na to Smyk?
– Smyk znikał. Jest jeszcze kolejny. Profesor Rajtoch z uniwersytetu, wciągnięty rok temu na listę konsultantów festiwalu. Rusycysta, myślałam, potrzebny, będą u nas jacyś Rosjanie. Rajtoch dostaje przelew co miesiąc, nie napisał zdania, niczego nie konsultował, owszem, jest rusycystą, specjalistą od współczesnej literatury popularnej, a o Hauptmannie nie ma bladego zielonego.
– No i co? Mało pieniędzy rozchodzi się przy publicznych inwestycjach? Dzieszyński nie wylądował na stołku sam z siebie. Ktoś go wsparł, a on teraz spłaca długi.
– Jest coś jeszcze, coś poważniejszego. Zobacz. – Rzuciła mu kartkę zadrukowaną nazwiskami. Jurek wypatrzył Kokoszkę, Banacha, paru oficjeli. Dzieszyński nie zapomniał o synalku. Popatrzył pytająco na Anitę.
– To lista osób zaproszonych na siódmy dzień festiwalu, dokładnie w setną rocznicę otwarcia Hali. Dobór gości wydaje się co najmniej dziwny. Paru urzędników, niekoniecznie najwyższego szczebla, są kumple Dzieszyńskiego, jest Zbysio nasz ukochany, paru gości z Niemiec i tak dalej.
– No i?
– Dzieszyński dobiera sobie gości wedle własnego klucza. Większość z tych ludzi odwiedzała go lub dzwoniła w ostatnich tygodniach. Niektórzy robili przelewy. Większość zapłaciła w inny sposób. Jednocześnie, tutaj mamy wewnętrzne rozporządzenie wiceprezesa tego pięknego miasta, które czyni z siódmego dnia imprezę zamkniętą, biletowaną, nie dla wszystkich. Tu… – Wyszarpnęła kserokopię – Raport generalnego inspektora o złym stanie technicznym Hali, co jest oczywistą bzdurą, ale popatrz na datę.
– Siedemnasty marca.
– Dzieszyński zamknie Halę dla publiczności, wbrew planom festiwalowym. Ma gotowe dokumenty i zaplecze, nic, tylko grać.
Jurek podrapał się w głowę.
– Nikt nie zdoła utrzymać czegoś takiego w tajemnicy. Zgoda, Dzieszyński zamknie Halę, wpuści swoich kupli i będą wsuwać kawior z brzuchów gołych panienek, ale już dnia ósmego, po całym tym cyrku sprawa się rypnie i cześć. Międzynarodowy bal, każdy się na każdego lampi i jeśli masz rację, to pora się zwijać, bo zamkną nas wszystkich.
– No dobra, zrozumiałeś wreszcie, że Dzieszyńskiego nie obchodzi, co stanie się potem.
Zamilkli. Ogłupiały Jurek dopił swoje piwo. Szukał ratunku po sali, w spokojnym wzroku muzułmanów i nerwowych ruchach kelnerek. Anita spoglądała wyczekująco.
– Co mam zrobić?
– Pomożesz mi?
Otarł usta.
– Jasne, że pomogę, tylko nie mam pojęcia jak. Czego ty chcesz?
– Chcę wiedzieć, że nic mi nie grozi. Dzisiaj myślałam, czy się nie zwolnić. Co to da, powiedz mi. Co to da?
– Ano, nic to nie da, powiedział sobie, dziewczyna jest przerażona. Może sama ma coś za uszami? Kombinowała z Dzieszyńskim, a tu padł Smyk, dyrektor tylko szuka okazji, żeby kogoś poświęcić, Anita spada i się trzęsie, trzeba powiedzieć jej cokolwiek.
– Jak chcesz, możemy pójść do tego Kokoszki, czy coś.
Telefon zadzwonił ponownie, Jurek odebrał, słuchał chwilę, rzucił „dobra” i się rozłączył. Teraz gapił się w czarny ekran aparatu.
– Może umówmy się, że dajemy już spokój, z przepraszaniem. – Spróbował ją rozbawić, ale bez skutku. – Dzwonił Zbysio, nieźle przestraszony. Chce się spotkać.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku