Odcinek 9 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Roberta Banacha znaleziono po szesnastej w męskiej toalecie. Pan Mareczek opowiadał, że Smyk na pierwszy rzut oka przypominał gościa, który przesadził na imprezie firmowej. Klęczał nad sedesem, dłonie wspierając na muszli, koło jego ucha zwisał sznurek od spłuczki i pan Mareczek był pewien, że Banach po prostu przysnął w nieprzynoszącej chwały pozycji. Jął go szarpać, a bezwładne ciało osunęło się na kafelki, odsłaniając krwawą łaźnię. Pęknięta czaszka, nos wciśnięty w twarz, zęby wytrącone z obluzowanej żuchwy. Ktokolwiek to zrobił, myślał Jurek, musiał mieć sporo siły. Gwałtowna śmierć. Smyk cały dzień dążył do kłótni, w końcu się doczekał.

Były i inne teorie. Pan Mareczek domagał się natarczywie, by podczas sekcji zwrócić uwagę na dawne narzędzia pozbawiania życia. Szukajcie śladów miecza, włóczni, jakiegoś buzdygana, poradził i poszedł trząść się do kantorka. Nieoczekiwanie zyskał sojusznika w Pawle, który tkwił na swoim stanowisku z miną człowieka przeznaczonego na stracenie. Bał się nawet zerknąć w stronę ciemnego wnętrza pod kopułą, choć przecież Smyk zginął gdzie indziej. Podczas lunchu wytropił Jurka i nim potrząsnął. Zionął nieprzespaną nocą, na wargach miał fusy z kawy.
– Duchy go zabiły! – obwieścił.
Jurek odciągnął go na stronę, zaproponował spacer do ogródka na kielicha, dziś nikt nie będzie się o to złościł. Paweł tylko przyciskał dłonie do skroni.
– Jak ja mam pić? Jak ja mam spać? – jęczał.
– Widziałeś coś?
– Duchy! Chryste Panie. Oddział upiornych żołnierzy! – lamentował. – Wczoraj, jak wracałem z roboty.
– Wczoraj siedziałeś ze Smykiem.
– Wiem. Gdyby tu posiedział dłużej, może by jeszcze pociągnął. Zostałem, bo mnie zezłościł. Siadałem na jeszcze jednym, na dwóch, żeby dojść do siebie. Patrzę, a od ogrodów idzie dziwny facet, aktor czy co, czemu nie, myślę sobie, może film kręcą. A tu następny, cały szwadron, w zielonych mundurach, jak za Napoleona, czy coś, idą przed siebie, patrzę dalej, gówno, nie idą, bo nogi im się kończą pod kolanem, normalnie suną w powietrzu jakby płynęli, a każdy przeźroczysty. Widziałem przez nich drzewa i budynki.
– Paweł był przerażony.
– Wszyscy tu coś widzą – szeptał. – Ani myślę zostawać po zmroku.

Jurek próbował porozmawiać z Anitą. Udawała, że go nie widzi, zbywała zaczepki, wreszcie oznajmiła, że w takich chwilach najlepiej skupić się na pracy, no i tyle pogadali. Przez cały dzień po Hali kręciła się policja. Dziesięciu mundurowych, łysy i gubokościsty w cywilu maglowali po kolei wszystkich. Jurkowi poświęcili pół godziny, by mógł powtórzyć to, co już powiedział. U Dzieszyńskiego siedzieli pół dnia. Kiedy Anita donosiła kawę, Jurek zobaczył dyrektora skulonego na kanapie, gdzie jeszcze wczoraj rozpierał się niczym udzielny książę. Jego ręce nie mogły znaleźć sobie miejsca, szczęka drżała, w końcu wybuchnął płaczem.

Rozmyślał o widywanych tu duchach. Słowa Pawła zapadły mu w pamięć, choć nie wierzył w powroty z zaświatów. Wyobrażał sobie upiornego Banacha odzianego w całun pogrzebowy, jak dzwoni złotymi łańcuchami, opowiada świńskie żarty, zaś przy każdym słowie, z zimnych ust wydobywa się obłok siarki. Jeśli ktoś może powrócić jako mściwy duch, to właśnie Banach Smyk. Skąd w ludziach biorą się takie rzeczy, myślał Jurek, niezdolny do skupienia się na czymkolwiek innym. Dlaczego akurat Hala miałaby być nawiedzona? Nie lepiej stary dom, Ostrów Tumski, coś takiego?

Wydawało się, że anioł umarł, nie człowiek. Ludzie, którzy najbardziej klęli na Smyka, teraz chodzili szczególnie zasmuceni. Nad budynkiem Hali załopotała czarna flaga, ktoś zapalił znicze przed zabezpieczoną ubikacją. Ochroniarze chodzili jak struci, nieustannie dzwonił telefon, a późnym popołudniem zaczęła zjeżdżać rodzina zabitego. Wszyscy w jakiś sposób podobni, zwaliści i czerwoni na poważnych twarzach. Chcieli rozmawiać. Jurek się zaszył. Wychodząc z pracy, zobaczył ich usadowionych w ogródku piwnym, nad kawą i sokiem, a jeszcze niedawno widział tutaj Smyka, czerwonego i rubasznego, nad ciepłym piwem, w towarzystwie Pawła.

***

Banda brzdąców zeskakiwała synchronicznie po białych stopniach prowadzących pod Pręgierz. Tu spotykali się znajomi, wyczekiwali siebie młodzi kochankowie. Mężczyźni z różami stali w stosownej odległości od siebie, każdy próbował ciut tego kwiatka ukryć, by wydobyć go w odpowiedniej chwili. Kobiety dołączały do nich, mocny pocałunek i już, odbiegali w kierunku McDonalds. Pod domem Mody Polskiej, dawno już nieczynnym, przysiedli sobie szwarcmetale, obwieszeni stalą, w czerniach, jak legendarne potwory. Ich miny poważne, dłonie jeszcze dziecinne, włosy spięte z tyłu. Puszczali hałas z ipodów, jeden przez drugiego. Kiwali głowami, wymieniając uwagi.

Nie było to jedyne granie tego popołudnia. Od strony Sfinxa szła dziwaczna pieśń. Stał tam brodaty człowiek w typie obłąkanego filozofa, kołysał się i zawodził smutną pieśń o miłości, która się kończy, a to tylko początek wielkiego cierpienia. Ludzie gromadzili się wokół niego, kiwali głowami, grzebali po kieszeniach. Śpiewak obłożył się swym dobytkiem: dwie ciężkie torby, magnetofon wybijał rytm i podpowiadał melodie. Czapka, ustawiona przed mężczyzną była prawie pusta. Obok wystawił laminowaną kartę z numerem konta. Słuchacze wysyłali przelewy z telefonów. Dzieci niezdarnie wciskały klawisze.

A przecież to wszystko jest nieprawdziwe. Śpiewak nie lubi swoich piosenek i nikt nie pragnie ich słuchać, nosowy głos zrobi wrażenie na dziesięć sekund, nie dłużej. Pręgierz pozbawiony swej funkcji karzącej być może tęsknił za półnagim złodziejem, bluźniercą, cudzołożnikiem, lecz mimo tej tęsknoty przestał być pręgierzem, stając się czymś innym, na co nazwy jeszcze nie wynaleziono. Pała stercząca z rynku. Klatka na świętych. Kolory kamienic także są fałszywe. Nie znajdziesz takiej muszli, takiego drzewa czy ptaka. Nic, co zjawiło się samo z siebie nie jest tak precyzyjne i jednolite. Nawet domy gdzieś dalej. Z nich odpada tynk. Okna są różne, stare, nowe, z plastyku i drewna. Grafficiarz coś nabazgrze. Ktoś stłucze szybę w piwnicy. Pies obsika wycieraczkę. Te drobiazgi – tak to widział Jurek – składają się na życie, które wyniosło się z centrum Wrocławia. Taki los wielkich miast. Ukrwiona tkanka okala ciepły kamień.

Życie jest gdzie indziej. Na dalekich osiedlach, gdzie kobieciny macają owoce w warzywniakach i przyglądają się wędlinom w mięsnym. Czy ta polędwiczka jest dobra? – pytają. W podziemiach i strychach osiedlowych siłowni, ogromni mężczyźni sapią, cisnąc stal, opowiadają sobie historie z nocy, z nielegalnych przygód, miłosnych i zarobkowych. W knajpach koło akademików i w parkach, gdzie smarkacze palą chemiczne jointy. W domach zwyczajnych ludzi, którym obce są najnowsze teledyski, nie odróżnią Ke$hy od Katarzyny Cerekwickiej, tam mąż zdradza żonę pod świętym obrazem, żona znów śni o dawnych kochankach, zasuwając z siatką pełną warzyw na pożywną zupę. Życie w dyskontach spożywczych i komisach z telefonami, na szerokich placach handlowych zalanych przez dwunożne mrówki. Czapki i gazety ze zwrotów. Filmy z gazet i kopie zapasowe, zgrywane z komputerów wprost na pendrive’y. Grzyby i mięso. Tanie zabawki: mechaniczna żaba pluskająca w misce, figurki wrestlerów, którym zaraz odpadnie ręka. Dzieci niemogące oderwać od nich oczu. Wściekli rodzice. Plotkujące baby. To wszystko żyło mocno i pewnie, Jurek pamiętał. Wiedział, że prawda była nie tutaj, w słońcu, lecz w rzędach anonimowych domów, za firankami. Tężała tajemnicą, pulsowała możliwością, nawet w tym mieszkaniu koło Świdnickiej, gdzie umarła Ola.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku