Odcinek 8 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Hotel robotniczy na Kwiska, widziany z zewnątrz przypominał szkołę dla wyjątkowo trudnych nastolatków. Brakowało tylko krat w oknach i zasieków na zieleńcu. W środku szare ściany poprzecinane niedawno wymienionymi rurami. Jurek zabrał klucz od muskularnego portiera i powlókł się po schodach, jakby wino w torbie miało ciężar ołowiu. Na pierwszym piętrze zderzył się z parą pospiesznych kochanków. Ona tęga dwudziestoletnia, z powiekami strzelonymi na wściekły błękit. Kozaczki na mocnych udach, kubraczek ze sztucznym futrem na rękawach. On starszy o połowę, szpakowaty, o wyglądzie zafrasowanego urzędnika. Na palcu migotała mu obrączka z ruskiego złota. Biedził się z kluczem, ona obłapiała go za biodra. Jurek uśmiechnął się do siebie.

Pokój, w którym był zameldowany, w innych okolicznościach mógłby przynieść Nobla i splendor jakimś amerykańskim naukowcom. Czas tu się zatrzymał, wbrew obowiązującym prawom. Jurek zamknął drzwi, pozostawił klucz w zamku, kurtkę schował do szafy w ścianie – drzwi oklejone tapetą drewnopodobną przesuwały się opornie. Zzuł buty, runął na łóżko, odpalił laptopa ustawionego na stoliku nocnym, wywalił bose stopy na tandetne krzesło i zaczął otwierać wino scyzorykiem. Na oparciu suszyła się bielizna uprana w zlewie. Prócz łóżek stał tu jeszcze stolik przykryty ceratą, całą podziurawioną od papierosów, dyndała brudna firanka. Żółte ściany zachlapane na całej długości. Niedługo się stąd wyniesie, znajdzie jakieś mieszkanie.

Ale jeszcze nie teraz. Nawet tak ponure miejsce można oswoić. Jurek próbował wprowadzić tu atmosferę ponurego pikniku. Na sąsiednim łóżku rozłożył walizkę, swetry kotłowały się razem z kablami i bokserkami, czytnik leżał niebezpiecznie przechylony nad potwornym, popękanym linoleum, a wszędzie walały się buteleczki po soku pomidorowym, shotach red bulla i niepasteryzowanym piaście. Nie umiał stwierdzić, jakim cudem tak się namnożyły, skoro siedział tu niecały tydzień. Trudno zrobić krok, by czegoś nie trącić. No, ale to nieważne, przecież to nie wejście na ośmiotysięcznik, tylko proste strząsanie minionego dnia z oczu i palców. Pyk, wyskoczył korek. Jurek nalał sobie pół szklanki i znalazł miejsce, gdzie bez ryzyka dało się postawić butelkę. Zdrówko stary. Ktoś zastukał do drzwi. Klnąc na czym świat stoi, Jurek zwlókł się z łóżka. Przekręcił klucz.

Na progu stało dwóch mundurowych. Pierwszy łysy, z wielkim nosem i bez zarostu. Nie sposób było ocenić, ile ma lat, za to nie ulegało wątpliwości, że drugi jest młodszy: ogromny chłop o kościach jak konary dębu, wielkich dłoniach i twarzy wściekłego bachora. Już zerkał w głąb pokoju. Jurek cofnął się, na znak, że nie ma nic do ukrycia. Chłód spadł mu na kark. Serce waliło. Więc mają go. Po latach. Są przecież specjalne komórki grzebiące w starych sprawach. Choć tamta była już zamknięta. Zawsze można otworzyć. Zadygotał. Po co ja tu przyjechałem?
– Pan Jerzy Masner? – głos grubokościstego brzmiał jak wyrok śmierci. Jurek kiwnął głową, zaprosił ich do środka.
– Coś się stało? Skąd panowie… proszę, proszę. Wybaczcie ten… no wiecie, dopiero co przyjechałem, muszę znaleźć jakieś mieszkanie, ale, panowie rozumieją, roboty kupa.
Jasne, z tym już nie ma kłopotu. Polecę zaraz na durny łeb do pudła. Może wtedy coś się skończy. Może będę im wdzięczny. Zrzucił graty z krzeseł, podciągnął pod okno. Policjanci nie usiedli.
– Chcemy zadać panu kilka pytań. To nie jest przesłuchanie.
– To nie jest przesłuchanie – powtórzył bezmyślnie Jurek.
Do rozmowy włączył się łysy.
– Zna pan Roberta Banacha?
Jurek sam zwalił się na krzesło. Kark, przed chwilą lodowaty, rozgrzał się gwałtownie. Topniejąca kra popłynęła do serca. Z brzucha wyłuskiwał się ogromny ciężar, zaraz roztrzaska się na ziemi i będzie dobrze.
– Wiem, kto to jest. Pracujemy razem. To fajny gość, tylko… tak jak mówię, niedawno przyjechałem i nie mam żadnych przyjaźni. Normalnie, no nie? Coś się stało?
Grubokościsty przycupnął na brzegu łóżka. Rozglądał się po ścianach, jakby brudna żółć mogła udzielić odpowiedzi na nurtujące go pytania.
– Co może nam pan o nim powiedzieć?
– Co ja mogę? – Miał straszliwą ochotę na wino. Jak tylko pójdą, wydulda cała butelkę i jeszcze skoczy po nową. – Oddany pracy. Bardzo bezpośredni. Może męczący na dłuższą metę.
– Jak bardzo męczący?
– Nie strasznie jakoś. Krzykliwy facet. Jeden z tych, co nieustannie żartują i klepią człowieka po plecach. A co? Coś mu się stało?
– Widział go pan ostatnio?
– Pracujemy razem. To znaczy, ja pracuję sam, w ochronie, ale siedzimy w jednym budynku, to znaczy w Hali Stulecia – mówił coraz szybciej. – Dziś tam był.
– O której godzinie?
– Nie chcę was okłamać. Nie wiem.
– Niech pan jednak spróbuje sobie przypomnieć – rzucił łysy. Musiał nałogowo palić. Jego ręce nie mogły znaleźć sobie miejsca. Jurek zastanawiał się, czy nie byłoby mądrze zdobyć jego sympatię, pal pan, jeśli chcesz.
– Wczesnym popołudniem. Nie pamiętam dokładnej godziny. Zajmowałem się robotą.
– No dobrze – zgodził się grubokościsty. – To nie jest przesłuchanie, ale prędzej czy później będzie pan musiał przyjechać na komisariat złożyć zeznanie. Po co z tym czekać, miejmy to z głowy.
– Nie mówię, że nie chcę pomóc – odparł pojednawczo Jurek. Grubokościsty podniósł butelkę wina, powąchał.
– Jak się zachowywał, co mówił?

Jurek zrobił pospieszny rachunek sumienia człowieka praktycznego. Wiadomo, policji mówi się jak najmniej. A Smyk żarł się równo ze wszystkimi. Ofuknął Anitę, ale nikt tego nie widział. Dzieszyński mógł zeznać o ich gwałtownej rozmowie. Co innego Paweł. Ten na pewno nic nie piśnie. Czy byli wtedy sami? Nie. Jurek przypomniał sobie pana Mareczka, wracającego z papierosa i wyraźnie uszczęśliwionego całą tą awanturą. W oszczędnych słowach opowiedział wszystko. Grubokościsty odłożył wino i poprosił Jurka o numer telefonu.
– Pokłóciliście się?
– Nie.
– Ciekawe dlaczego.
– Nie mam pojęcia, czemu ludzie się nie kłócą – Jurek rozłożył ręce.
– Co ty taki cwany się zrobiłeś?
Jurek natychmiast zmiękł.
– Znam go krótko. Nie podlegam mu. Nie mamy wspólnych zadań. Może mam taryfę ulgową, może miał na kim się wyżyć. Co mam wam powiedzieć?
– No dobrze – Grubokościsty podniósł się z łóżka. – Mam nadzieję, że nie planuje pan wyjazdu z Wrocławia. Radzę nie wyłączać telefonu. W ciągu tygodnia zaprosimy pana na komisariat.
Wycofywali się ku drzwiom, jeden przez drugiego. Dopiero teraz Jurek spostrzegł, jak bardzo się spieszą. Przypędzili tutaj, wypluwając płuca.
– Panowie, może powiecie mi, o co chodzi?
Łysy już trzymał rękę na klamce. Odwrócił się. W świetle gołej żarówki jego nos lśnił niby księżyc.
– I tak by się pan jutro dowiedział. Robert Banach został zamordowany.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku