Odcinek 7 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Rynek wrocławski, miasteczko z landszaftu. Każda z wąskich kamieniczek miała inny kolor. Czerwień i beż corridy, zieleń lodów pistacjowych, zdobione ornamenty przy oknach, ceglaste dachówki, poniszczone, upstrzone śladami gołębi. Niżej ciągnęły się szyldy, te same co wszędzie: PizzaHut, restauracja Greco... I tylko pub Żak wyglądał jakoś swojsko, może dlatego że zamiast żaków siedziały tam ponure draby nad śledziem i setką. Prócz tego banki, tłoczące się niczym zbiry w chaszczach przy gościńcu. Tablice przy wejściach do nich równe, utoczone z jednego koloru, litery łagodne niczym opium, w środku zaś pusto, tylko pomagierzy lichwiarzy dziwnie spięcii ponurzy. Była też idiotyczna fontanna, wyrzucająca w niebo brudną, kolorową wodę, rżnięta z grubego szkła, z czegoś, co Jurkowi szkło przypominało.

Słońce wylało się zza budynku, Jurek zasłonił oczy. Bruk zdawał się odbijać światło, prosto na nogi, na korpusy przechodniów, brodzili w blasku jak w jeziorze, dziwacznie unosząc dłonie, by nie zmoczyć ich, nie zainfekować jasnością swych teczek, toreb, telefonów komórkowych. Sprzątaczki z szuflami i strażnicy miejscy w identycznych kamizelkach odblaskowych. Młodzi garniturowcy pędzili przed siebie, poganiani przez niewidzialnych, dalekich przeciwników, wrzeszczących w ich ogromnych telefonach. Tabuny samotnych matek wystawiały swe pociechy na słońce, pchały te opływowe wózki z wrzeszczącymi maleństwami owiniętymi kołderkami, również krzykliwymi, pod migoczącymi zabawkami zawieszonymi na grubych sznurkach. Byli i pijaczkowie, zarośnięci i cudownie niezmienni, z winem przelanym do butelek po coli i Nałęczowiance. Przekazywali sobie krótkie papierosy jak znak pokoju. Jeden, ociężały, w roboczych spodniach, wbity w polarową bluzę, z czapką naciągniętą aż po przekrwione oczy, runął na stopień przy banku Millenium, wyciągnął szluga, wysapał w przestrzeń:
– Jestem taki zmęczony.
Świetnie cię rozumiem, pomyślał Jurek.

Na rogu, przy placu Solnym pięciu czarnoskórych wycinało jazz. Dęli w złote trąbki, saksofony, jeden skrył się za skromną perkusją, przypominającą trochę te, które służą do zabawy w Rock Band na playstation. Wirowały pałeczki. Jurek nie przepadał za jazzem, złościł się na nową modę, która sprzątnęła Pearl Jam i Public Enemy, ale w tych tu był jakiś luz, prosta radość grania, z innego kontynentu. Co oni tutaj robią, pomyślał, poszedł posłuchać i po chwili już przykładał dłoń do ust, żeby nie rechotać zbyt głośno. Cała piątka, łącznie ze śliczną, tłuściutką solistką nie była czarna, lecz zwyczajnie poczerniona jakąś mazią z przybornika charakteryzatorów. Wokalistka miała jeszcze stosownie szeroki nos i pełne usta, ale gość zza perkusji wyglądał na mieszkańca osiedlowych lochów: zadarty nochal, oczy blisko osadzone, zapadłe policzki i wąskie, gniewne usta. Z rękawów sterczały białe nadgarstki, kołnierzyki mieli upaprane, saksofoniście spod peruki wystawał rudy kosmyk. Jurek rzucił im pięć złotych. Pomyślał: czego ta dziewczyna chce?

Przyszedł kwadrans wcześniej, ale Anita już czekała w Meksykańskiej. Podniosła głowę, gdy tylko otworzył drzwi, wypatrywała, czy nadchodzi. Przywitali się przez stół, słabym uściśnięciem dłoni.
– Ja stawiam – powiedział Jurek.
Przymilny kelner przyjął zamówienie. Dla Anity papryczki, dla Jurka podwójne burito.
– Uwielbiam ostrą kuchnię. Nasłuchałeś się już o lukach w semantyce?
– Nie rozumiem.
– Że nie ma właściwych nazw na nasze stanowiska. Jak myślisz, czemu ja jestem Younger assistant menager of financal reporting, ty znów coś tam…
– Nie sposób spamiętać.
– Więc właśnie. Kiedyś sekretarka to była sekretarka. Wiadomo, kawa, telefony i tak dalej. Nie możesz oczekiwać od sekretarki, żeby przygotowała ci obiad albo popędziła na telekonferencję.
– Kucharka gotuje, szwaczka szyje – pociągnął Jurek.
– Jakie zadania ma assistant menager of coś tam i gdzieś tam, diabeł z Dzieszyńskim nie wiedzą, mogą zwalić na nas wszystko i jeszcze bredzić o elastyczności pracowniczej. A młodzi idioci jeszcze się cieszą, że mają śliczne wizytówki.
Zbliżało się jedzenie.

Nad głową Jurka dyndał żyrandol z butelek po piwie Desperados. Grube szkło łamało światło jak kości. W długich, ciężkich łańcuchach, przez całą długość sufitu zwisały zdjęcia zadowolonych klientów w sombrerach, wydrukowane na białych kartkach ozdobionych napisem WANTED. W ogóle napisów było tu zatrzęsienie, Jurek tylko nie mógł pojąć, czemu wszystkie są po angielsku. Nad barem, na desce z żywego drewna: EVERYONE WHO ENTRES THIS PLACE MAKES US HAPPY. SOMEONE WHEN THET ARRIVE, SOMEONE WHEN THEY LEAVE. Gości żegnał podświetlony napis nad wejściem: THE CLIENT IS ALWAYS WRONG. Po sali krążyli usłużni kelnerzy w panamskich kapeluszach. Tylko klientów niewielu. Studenci ostatnich lat i dwóch pięćdziesięciolatków, którzy popijali wódeczkę, wspominając minioną chwałę. Po lewej para z wystrojonym utuczonym brzdącem kończyła pałaszować tłuste naczosy.

Nagle kelner prasnął w gong nad dystrybutorem sprite’a, huknęło meksykańskie granie, ktoś zawył na dole. Wycie narastało i ze schodów, jak zamaskowany szatan, wyskoczył drobny chłopak przebrany za Zorro w wersji okrojonej: kapelusz, płaszcz oraz maska. Raził brak wąsa. Facet popiskiwał na ściśniętym gardle, a przed sobą niósł deser, lody polane czekoladą, w które wbito zimne ognie. Postawił tę atrakcje przed uszczęśliwionym małolatem, huknął, markując odgłos wystrzału i pognał tam, skąd przyszedł, sadząc susy człowieka umęczonego. Anita złożyła sztućce na talerzu. Jurek już nadciągał z dodatkowym spritem dla niej i piwem dla siebie.

– Jesteś jedynym człowiekiem, którego mogę spytać o radę.
Mówiła wpatrując się w blat stołu.
– Jeśli swój poznaje swojego, to powiedz mi, co mam zrobić ze Smykiem.
– Lepkie łapki?
– Lepkie łapki to były na początku. Ofuknęłam go, że polecę z tym do sądu, natychmiast się uspokoił.
– Może powinnaś była to zrobić? – myślał na głos.
– Ja sobie z takimi radzę bez pomocy.
– Aha.
– Więc Smyk się mści. Nie wiem, czy nie podsrywa mnie u Dzieszyńskiego, wiem za to na pewno, że zawala mnie robotą, wydając sprzeczne polecenia.
– Chwila, chwila. A kto właściwie jest twoim szefem?
– Mówiłam ci już. Jestem assistant od nie wiadomo czego. Terminy festiwalowe cisną, chodzę na rzęsach. Mogę przeżyć, nie ten pacan, to inny… – Napiła się sprite’a, rzucała Jurkowi pospieszne spojrzenia. – Tylko że jakiś miesiąc temu Smyk stał się wręcz nie do zniesienia. Najpierw zarzucał mnie pracą, potem zaczął nachodzić. Bredził coś o awansie, jeśli mu pomogę.
– W czym?
– Smyk to gracz kuty na cztery nogi. Najpierw gadał, żebym trzymała z nim, tydzień temu przeszedł do konkretów. Prosił mnie o sprawdzanie mejli kochanego pana dyrektora, jego przyjaciela od lat osiemdziesiątych, pytał, czy mogę dostarczyć listę jego spotkań i tym podobne pierdoły. Zagroziłam, że o tym powiem.
– A masz coś cennego? Jakieś informacje, za którymi szaleje nasz Smyk?
– Nic szczególnego. Mam dostęp do informacji o ofertach i przepływie pieniędzy. Myślałam, że są tam jakieś nieprawidłowości i Smyk planuje wypłynąć na trupie Dzieszyńskiego. – Westchnęła. – Jakoś przełknął odmowę. Ale dzisiaj wypadł z gabinetu, nawrzeszczał na mnie, że trzymam złą stronę i mi do dupy nakopie. Mniej więcej. Dużo więcej. – Otarła łzę. – Jak widzisz, próbuję się z tego śmiać.
Jurek poczuł, że chciałby ją przytulić. Zamiast tego tylko się napił.
– Nie poradzę ci niczego niezwykłego –powiedział. – Ale zawsze chętnie cię wysłucham. A ty powinnaś jeszcze dzisiaj zrobić notatkę z tego zdarzenia i schować w takim miejscu, o którym nie zapomnisz.
– Ja bym mu...
– Mówię poważnie. Przypomnij sobie wszystkie wydarzenia związane ze Smykiem, co wtedy mówił. W jakich okolicznościach? Kto był przy tym. Zrób z tego notatki. Jak przyjdzie co do czego, będziesz miała z czym iść do sądu.
– A kto będzie zeznawał przeciw niemu?
– Choćby i Dzieszyński, jak się wścieknie. Paweł za tobą pójdzie, jakby co. Ja pójdę. Mam pracę w Niemczech, na tej jakoś strasznie mi nie zależy. Jesteś młoda i piękna, a Smyk gruby i głupi.
– To nie jest do końca tak. Smyk głupi nie jest. Ale masz rację. Widzisz, pomogłeś mi.
Położyła torebkę na kolanach. Patrzyła na niego badawczo, a w jej wzroku była i ulga, i ciekawość, i coś jeszcze, co każdemu facetowi sprawiłoby przyjemność.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku