Odcinek 6 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Jurek siedział w kantorku przy otwartych drzwiach i gapiąc się na monitory, błądził myślami. Cisza rzadko przynosi ukojenie. Dlatego nasza kultura jest tak hałaśliwa. Mamy wiele do zapominania, a ja szczególnie, powiedział sobie. Koło iglicy zgromadzili się młodzi, paląc jakieś świństwo. Jakby nie mogli robić tego w krzakach. Butelkę też mieli. Jeden z nich, chudy i czarny niczym grabarz, w jednej ręce miał skręta, w drugiej papierosa i brakowało trzeciej, do heinekena. Jurek przypomniał sobie, jak sam balował, dawno temu. A potem przypomniała mu się Ola.

Wnętrze Hali ze sceną przypominało mu grobowiec zasypany piaskiem. Wszystko martwe i przedwieczne, a zarazem wyglądające życia, chętne do włączenia się w rytm współczesności. Korytarze były puste, już wyczyszczone, i wierzyć się nie chciało, że kiedykolwiek ktoś tędy chodził. Ciemność w salach konferencyjnych. Jurek zastanawiał się, czy wszystkie kamery są włączone. Może umieszczono je także w pomieszczeniach pracowników? Westchnął i stwierdził, że udzieli tej samotnej budowli trochę życia.

Pierwszego dnia chciał zrobić wszystko, żeby uniknąć obchodów. Miał nadzieję spać w kantorku, jak każdy porządny stróż od początku świata. Kamery obserwowały także jego i nie wątpił, że pan Mareczek znajdzie siłę i chęci, by sprawdzić zapisy z jego dyżuru. Ruch dobrze mu zrobi. Zwłaszcza po poprzedniej nocy. Jurek lubił – jak w tej chwili – słuchać własnych kroków, niosących się echem po korytarzach. Czasem ktoś zostawiał włączone radio. Wędrował wtedy, nieśpiesznie zaglądając za uchylone drzwi.

Tym razem poszedł prosto pod kopułę. Spowijały ją ciemności, była czarna. Czapka dla Pana Boga. Graty rozrzucone przez robotników stopiły się w jedną ciemną rafę, kable sprzętu oświetleniowego przypominały liny rozpięte na masztach, a Jurka zdjął strach, bo zobaczył, że ktoś siedzi na jednym z krzeseł po prawej. Człowiek, który zdawał się modlić. Jurek odruchowo zacisnął dłoń na gumowej pałce i zaraz rozluźnił – to nie człowiek, lecz łachy porzucone przez robotników. Najpierw je trącił, zaraz potem rozrzucił i już czuł się lepiej.

Obszedł piętro, popatrzył chwilę z góry i wrócił na parter. Sprawdził pomieszczenia przy sekretariacie. Nic. Tylko kapanie wody, ktoś nie dokręcił kranu, a niosło się echem jak pod sklepieniem jaskini. Wycofał się ku drzwiom głównym, wyszedł w chłodną noc. Młodzi już poszli, zostawiając po sobie butelki. Jurek kucnął. Niedługo zacznie się festiwal, jeszcze szybciej się skończy i wszyscy odpłyną ku nowym zadaniom. Dzieszyński i Banach zaprzęgli się do przedsięwzięcia festiwalowego, Hala miała własny zarząd i Jurek nie miał czego tam szukać. Powrót do Wrocławia niczego nie zmieni. Dalej tylko błędny wir: od fuchy do fuchy, od mieszkania do mieszkania, dziś tutaj, jutro w Berlinie, pojutrze kurs na Londyn, co dalej? Jurkowi zrobiło się zimno.

W budynku przywitał go szum wielu głosów. Dochodziły z głównej sali pod kopułą. Zatrzymał się, przyjął pozycję obronną, przygotował się do uderzenia pałką. Powinien zawołać prawdziwą ochronę. Co tam się działo? Może to robotnicy, jednak zostali, ale jeśli tak, to czemu wcześniej ich nie zauważył? Głosów było za dużo, a gdy Jurek już biegł w ich stronę, zlały się w skowyt i szczęk. Kotłowanina dźwięków. Wrzaski pod samo niebo, jęki, zawodzenia tak dzikie, że niemal nieludzkie. Jurkowi zakręciło się w głowie. „Nawet gdyby Hala zaczęła mówić, nawet różnymi głosami, nie zwracaj na to uwagi” – przypomniały mu się słowa Banacha.

A była to mowa wojny. Rżały ranione konie, stal uderzała o stal, odgłosy upadających ciał. Łamały się czaszki i drzewce, krew chlustała z rozpłatanych gardeł, echo zawodzenia rannych i konających biło pod kopułę. Nad tym wszystkim unosił się ryk trąb zagrzewających do boju. Jurek odetchnął. Więc tak się bawicie!

Hala była pusta, taka, jaką zostawił. Rozrzucone graty, scena oczekująca artystów i głośniki powyżej. W nich powinien szukać odpowiedzi. Bardzo dobrze, powiedział sobie, chcesz się, Mareczku, tak bawić, to się baw. Jeszcze się policzymy.
– Dobra, uśmiałem się! – zawołał. – Wyłaź!
Odpowiedziała mu cisza.
I tętent samotnego konia, dochodzący gdzieś z północnego skrzydła. Jak sobie chcesz, pomyślał, już ja ci dam, stary capie. Tylko cię znajdę.
Szukał do świtu, ale w Hali nikogo nie było.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku