Odcinek 5 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

To było wnętrze z zamierzchłych czasów, za którymi nikt nie tęsknił. Niska piwnica o ceglanych łukach krzyżujących się na stropie. Bar był malutki, tak że chłopak i dziewczyna nalewający drinki nieustannie wpadali na siebie. Światło lampek i latarni obrócono ku czerwonym ścianom. Niekiedy jasną plamę obejmowała drewniana rama. Blask uchwycony. We wnęce naprzeciwko stało radio pamiętające zapewne czasy Maksa Berga, obok kilka książek w szarych oprawach. Świeczki zatknięte do butelek po winie, samowary na półkach, stary projektor filmowy, który już nigdy niczego nie wyświetli, papierzyska za szkłem, wielka karta z przekreślonym laptopem. Tutaj nie wolno, tu się rozmawia. Nawet głośniki były archaiczne, wielkie i poobdzierane. Wszystko, co mogło, ciążyło ku czerwieni. Nawet kaloryfer został przemalowany. Miękkie, niskie fotele i kanapy miały raczej krwawą barwę, a były tak niskie, że można by pomyśleć, że Pracoffnia na Więziennej to knajpa zgromadzenia karłów i garbusów, świętujących własną odmienność.

Ale Anicie dobrze robił półmrok tego miejsca. Gdy skierowała się w stronę wiadomą i musiała przejść wąski korytarz, ściany wydawały się schylać ku jej biodrom.
– Jeszcze przez nią wszystko tu runie – rzekł Jurek. Paweł się nie roześmiał, pozostawiając go sam na sam ze swoim skojarzeniem. – Próbuję powiedzieć, że to całkiem niezła dziewczyna.
– Hm – zgodził się Paweł. – Powiedz lepiej, jak ci minął pierwszy dzień.
– A jak miał minąć? – Jurek myślał o materiałach, które zastał w kantorku. – Nakręcam się na robotę.
– Niepotrzebnie. Robota nakręci ciebie.
– Co masz na myśli?
Paweł mrużył oczy, jakby patrzył w światło.
– To nie jest zwykłe miejsce. Kiedy dostałem tę pracę, kląłem na czym świat stoi. Daleko, a i za ladą każdy może stanąć. – Napił się piwa, co też każdy może zrobić. – A potem, cóż… To miejsce mnie uskrzydliło.
Jurek zastanawiał się przez moment, czy nie zagadać go o odejścia ochroniarzy, ale odpuścił. Paweł mówił dalej.
– W Hali jaśniej się myśli, lepiej czyta, nie mylę się w rachunkach, jakiś taki bardziej skupiony jestem. Inni tak samo.
– Jacy inni?
– Pana Mareczka widziałeś? Wiesz, jaki to był mruk?
– Był?
– Czasem czuję się tam jak w grocie solnej albo czymś w tym rodzaju. Dziwna budowla, nie? Ledwo sto lat stoi, a robi wrażenie strasznie starej.
– Katedra – zgodził się Jurek.
Anita już nadciągała. Fajna, zwyczajna, w gęstniejącym morzu przebierańców. Trąciła Jurka.
– No, opowiadaj.
– Bo ja wiem? Tu jest Polska, tu coś się dzieje. W Niemczech tak spokojnie.
– Co tam robiłeś?
– Odśnieżałem dla Turka. Wiosną i latem, proste prace remontowe.
– Myślałam, że w sporcie.
– W sporcie też. Turcy mają własne ligi, a ten mój robił gazetę. O sporcie, dla emigrantów.
– Jacy oni emigranci – wtrącił Paweł. – Siedzą tam od lat.
– Liga turecka jest inna, twardsza. – Jurek rozparł się w fotelu, jak kot w pustym mieszkaniu. – Grają na mniejszych boiskach, w swoich dzielnicach. Grają dziko – powiedział. – Wygląda to trochę jak bitwa. Krótkie podania, często niecelne, a jak patrzysz, to masz wrażenie, że piłkarzy jest więcej, powiedzmy, trzydziestu paru. To samo dotyczy siatkarzy. Do tego kibice. Kiedy pierwszy raz poszedłem mecz, myślałem, że nie wrócę żywy. Ryczący tłum – starał się pokazać im tę turecką ekscytację: wyrzucił ręce wysoko, zrobił głupią minę – błyskają flary! Faceci leją się po pyskach.
Anita wodziła opuszkiem po brzegu kieliszka od martini.
– Turecki boks, to dopiero musi być jazda?
– Nie – odpowiedział Jurek. – Turecki żużel, to jest to!
Paweł wlał w siebie resztę piwa, omiótł wzrokiem całą knajpę, spojrzał po Anicie i Jurku, jakby próbował wywróżyć przyszłość z ich min, ułożenia dłoni, tempa picia. Otarł wargi.
– No, czas podnosić żagle. – Uścisnął Jurkowi rękę. – Trzymajcie się, ancymony.
– Serwus – odpowiedział zbaraniały Jurek.
W tle plumkał sobie jazz.

Jurek siedział w fotelu obok Anity, nachylali się ku sobie, żeby się w ogóle słyszeć. Dęciaki się darły, zawodziła Murzynka.
– Dziękuję ci.
– Za co?
– Za teczkę.
– Dajmy z tym spokój. Chcę, żebyś wiedział, w co się władowałeś.
– Dlaczego oni odchodzą?
– Nie mówmy o tym.
Pił szóste piwo, Anita osuszała kolejne kieliszki martini. Sprawa nie idzie, sprawa pędzi, pomyślał i nagle uświadomił sobie, że nie pamięta, kiedy ostatni raz tak siedział. W knajpie, po północy, utulony dźwiękami Nowego Orleanu, nie licząc godzin do świtu.

– A, tu jesteście, gołąbeczki – nad nimi stał Zbyszek Dzieszyński, kompletnie pijany. W obcisłych dżinsach i flanelowej koszuli, wystającej spod swetra, przypominał uciekiniera z balu informatyka. Przycupnął na podłokietniku.
– Spokojna głowa, zaraz się zmywam. Tylko chciałem nowemu szanownemu grabę uścisnąć. Witam na naszej łajbie. Jak będziesz miał chwilkę, powiem ci, gdzie cieknie i jak poszukać szalup.
– Fajnie wiedzieć, że otaczają mnie sami przyjaciele. – Jurek podrapał się po brodzie.
– Jak mam do ciebie mówić? Jerzy? Georg? Adolf? W papierach jest raz tak, a raz inaczej, więc, kurde, nie bardzo wiem. Może „braciszku”?
Głos Jurka był nieokreślony, chłodny:
– Na początek starczy „szanowny pan”.
Zbyszek przełknął to gładko, wyszczerzył się, klasnął dłonią o kolano i znieruchomiał ze spuszczoną głową. Oczy miał zamknięte. Zasnął w momencie, niczym ptak na żerdzi, odsłaniając niedomyty kark. Dłonie także miał paskudne, małe i sękate, pod paznokciami krył się brud. Spod koszuli wystawał rąbek niebieskiego tatuażu. I pojedyncza kropka nad kciukiem.
– Może go gdzieś ułożyć? Wezwać taksówkę? – zapytał Jurek, a Zbyszek poderwał głowę, odgarnął włosy z czoła i zsunął się z podłokietnika.
– Smutno mi – powiedział nie wiadomo do kogo i powlókł się do baru. Jako jedyny tutaj pił czystą, nawet bez lodu. Nieruchomy i spokojny, mniej pijak, bardziej pomnik pijaka.
– Biedny facet – w słowach Anity nie było ani krztyny współczucia. – Knajpiany duch. Problem z nim jest taki, że zamęczy każdego w kwadrans. Ojciec ma z nim krzyż pański, na własne życzenie.
Jurek poszukał jej dłoni. Milczeli chwilę. Wkoło robiło się coraz gwarniej.
– Stary Dzieszyński to porządny facet. Na pierwszy rzut oka buc, ale to pozory. Każdemu pójdzie na rękę, jeśli może. Syna wychował sam, a ludzie mówią, że Zbyś był kiedyś inny – opowiadała. – Skończył prawo, miał narzeczoną z tak zwanego dobrego domu, diabli wiedzą, co to teraz ten dobry dom. Mniejsza o to. Zdał na aplikację i się zaręczył, tatuś wariował ze szczęścia, sypnął forsą. Wtedy Zbyś rzucił studia i narzeczoną, a jak chwycił lufkę z butelką, tak trzyma je do dziś.
– Skurczybyk, spryciarz.
– Nie wiadomo. Dzieszyński znowu szalał, tym razem ze smutku. Smyk doradzał mu, żeby odpuścił. Gdzie tam… – Położyła skroń na ramieniu Jurka. Czuł jej ciepły oddech. Przez szum w głowie przebiegła mu myśl: Fajna dziewczyna, niech mnie, no… – załatwiał kolejne prace, z których Zbysia wywalano. Teraz pracuje przy festiwalu. Dzieszyński oczywiście jest za, tyle że na swoich warunkach, o to się żrą.
– Co go odmieniło?
– Zbyszka? Podobno Hala – zaczęła z namaszczeniem. – Kiedy Dzieszyński zaczął się tu kręcić, próbował wciągnąć syna w interes. Zbyszek był jeszcze tym porządnym Zbyszkiem…
Jurek zerknął za siebie, czy ich nie podsłuchuje. W porządku.
– Robił nie wiadomo co, a Hala była zamknięta. Zbyszek się zatrzasnął. Na cały weekend. Nie wiem, czy to nie bujda. Dzieszyński gdzieś pojechał. Trudno powiedzieć, co stało się potem. Pokłócili się strasznie, być może ta kłótnia trwa do dziś.
– Od paru nocy w Hali?
Rozłożyła dłonie.
– Skąd mam wiedzieć? Może Zbyszek coś przez to stracił? Boi się ciemności? Ma klaustrofobię? Coś mu się uroiło…
– Co miało mu się uroić?
– A bo ja wiem? Ludzie mówią różne rzeczy. Podobno jeden z ochroniarzy znalazł trupa. Gołego jak święty Turecki. Leżał przy magazynach i miał wyprute flaki. Czesio, ten ochroniarz, poszedł po Dzieszyńskiego. Wracają, a trup zniknął. Czesio zaczął się wtedy trząść i rzucać, biegał po Hali jak obłąkany, a tu nic. Ani kropelki krwi nie zostało, a powinno. I tyle.

Jurek zastanawiał się, po co właściwie wrócił, w co się wpakował.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku