Odcinek 4 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Jurka uderzył ogrom Hali. Potężna, betonowa konstrukcja zdawała się rozlewać nad jego głową. Jak wnętrze gigantycznej muszli, zagłębienie podobne jamom bez dna. Sklepienie połamane, a jednocześnie symetryczne. Po płaszczyznach ślizgało się światło. Mrużąc oczy, Jurek dostrzegł schody, wijące się spiralnie aż do koszyczka kopuły. Skrzyły się rubinowe okna. Beton wydawał się ciemniejszy niż w rzeczywistości, właściwie do betonu nie był podobny. Wnętrze Hali, ta ogromna, spleciona z kanciastych kształtów kopuła, wyglądała na odkrytą, nieuczynioną ludzką ręką, ale wielkim mozołem wyrywaną z ziemi i piasków. Poszli między pomarańczowe krzesła.

Robert Banach był łysiejącym mężczyzną o donośnym głosie.. Lubił kolorowe marynarki, buty z czubem i sadził wielkie kroki, jakby w ten sposób próbował przydać sobie parę centymetrów wzrostu.
– Pracuję tu od pięciu lat i Hala powinna mi spowszechnieć. Ale gdzie tam! Ciągle się nią zachwycam. – Banach puścił Jurka przodem. – Przecież to cud świata!
Jak wnętrze martwego słońca, pomyślał Jurek. Kaskady światła zaklętego w materię, a gdyby wyjrzał przez okno, dostrzegłby zasuszone planety krążące po nikomu niepotrzebnych szlakach.
– Rzeczywiście – Jurek chciał wracać do domu. Do mieszkania, którego nawet nie widział.
– Maks Berg zbudował Halę w 1913 roku, z okazji stulecia zwycięstwa nad Napoleonem – Banach uderzył w ton sentymentalny. – Wrocław, Breslau, nie miał wówczas obiektu wystawowego z prawdziwego zdarzenia. Panowie naprawdę z tym się namęczyli. Posłuchaj tego, mój młody przyjacielu! – zawołał w przestrzeń. Jego głos jakby zwolnił, rozbił się na wiele różnych głosów, przyspieszył znowu, pędząc pod kopułę. – Nie znam drugiego miejsca z taką akustyką! Mieliśmy tu Torzewskiego, ponad rok temu. Szkoda, że nie widziałeś jego miny. Miał łzy w oczach, kiedy dziękował mi, że może tu zaśpiewać. Mówię ci, w Bazylice świętego Piotra nie zabrzmiałby lepiej!
Jurek także krzyknął i się zasłuchał.

Zeszli schodami, ku scenie, nad którą zamontowano już głośniki. Robotnicy w pomarańczowych kamizelkach wolno rozbierali rusztowania, jeździli taczkami i mocowali światła na wielkich podchwytnikach. Ich mrówcza krzątanina nie pasowała do monumentalnej całości. Jurkowi przypomniały się stare filmy s.f., w których zdezorientowani kosmonauci próbowali rozgościć się w ruinach pozostawionych przez wymarłą cywilizację. Te wielkie budowle wzniesione ku nieznanym celom. Człowiek wydawał się przy nich zbyt banalny, niepotrzebny. Banach wyrwał go z zamyślenia.

– Czasem się zastanawiam, co Berg powiedziałby teraz, gdyby zobaczył Wrocław. Jak myślisz, Jurek?
– Myślę, że uciekłby jak najdalej stąd.
Banach wybuchnął śmiechem i klepnął go w plecy. Stali już pod sceną, robotnicy uwijali się bez jednego słowa. Jurek zadarł głowę. Przyglądał się pierścieniom, zbiegającym się w mniejszej, ciemnej kopule na samym szczycie.
– Gmach, który miał stać wiecznie – mruknął Banach. – To budzi niewesołe myśli. Może dlatego nasze współczesne budynki są takie nietrwałe? Nie sądzisz?
Z dołu loże powyżej przypominały groty olbrzymów. Krzesła wyglądały jak kości pokonanych wrogów, przestrzelone słońcem.
– Bo budujemy je tylko dla siebie – powiedział. – Bloki z klitkami, w których spędza się życie. Kościoły dla jednego pokolenia wiernych. Nie budujemy dla wnuków, w istnienie prawnuków nie chce się nam wierzyć.
Banach znów się roześmiał, chciał poklepać Jurka, ale się powstrzymał.
– Czemu taki bystry chłopak robi w ochronie?
– A co jest złego w mojej pracy? – odgryzł się Jurek, choć chciał zadać inne pytanie. Czy Banach oprowadza każdego ciecia, kucharkę i elektryka? Banach tymczasem rozgadał się na nowo.
– Czy ja powiedziałem coś takiego? Sam zaczynałem jako robotnik. Droga życiowa, która wam, młodym, wydaje się niewyobrażalna. Najpierw zawodówka. Potem praca i technikum zaoczne. Studia wieczorowe, robota, dał Bóg, lżejsza i mam to, co mam. Więc nie mów mi, że nabijam się z ciebie.
– Pan mnie po prostu klepie po plecach – wypalił Jurek, aż Banachem zatrzęsło.
– Po prostu zastanawiam się, czy nie powinienem o czymś wiedzieć.
– Niby o czym?
– Dyrektor kazał mi się tobą zająć…
– …A jestem zwykłym cieciem. Żadna tajemnica. Dyrektor był drugim mężem mojej mamy – Jurkowi półprawda przeszła gładko – próbuje mi pomóc. To wszystko. W Berlinie robiłbym coś podobnego.
– E, chyba nie.
– Właśnie tak.
– W każdym razie, skoro Dzieszyński tak zdecydował, to znaczy, że ma rację – odezwał się Banach po chwili. – To nieprawdopodobnie zajęty facet, a przy tym mój przyjaciel od lat dwudziestu. Gdyby coś się działo, cokolwiek… nie musisz zawracać mu głowy. Wystarczy, że zadzwonisz do mnie.
Jurek kiwnął głową. Przez chwilę zastanawiał się, o co tu tak naprawdę chodzi. Myśli nie dokończył, bo jego uwagę przykuł drobiazg leżący na ziemi pośród śmieci.
– A to co? – podniósł to z ziemi i pokazał Banachowi. – Myślałem, że moneta – podrapał – ale chyba srebrne.
Trzymał starą obrączkę, grubą jak kabel od laptopa, pokancerowaną niemal ponad siły kruszcu. Dziwne, bo palec, z którego spadła musiał być bardzo mały. Kobieta? Dziecko?
Banach nagle stracił rezon, trwało to jednak tylko chwilę.
– Nawet gdyby Hala zaczęła mówić, nawet różnymi głosami, nie zwracaj na to uwagi.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku