Odcinek 3 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Dyrektor Dzieszyński wydawał się dyrektorem z urodzenia. Takim już w przedszkolu przypada rola starszego grupy. Potem wyżywają się w samorządach klasowych i szkolnych, traktując poważnie każdy okruch swej uczniowskiej chwały. W ogólniakach wyfruwają już ku Młodzieżowym Radom Miast i śnią tłuste sny o stażach w organizacjach pozarządowych. Strach pomyśleć, co dzieje się z nimi na studiach. Dyrektorzy odwieczni, których dyrektorowanie zapisano w gwiazdach już wtedy, gdy Ziemia była wielką kulą ognia.

Na widok Jurka, Dzieszyński poderwał się zza ciemnego biurka, przeskoczył przez pokój, uścisnął mu rękę i pociągnął go ku kanapom w rogu gabinetu.
– Zawsze mam kłopoty z takimi spotkaniami. Co mam powiedzieć? Kopę lat? Że wcale się nie zmieniłeś? Pierwsze prawda, drugie nieprawda. – Nawet głos miał dyrektorski, miękki, ale stanowczy. – Siadaj, siadaj, napijesz się czegoś?
A potem pytał o Niemcy, jak się żyje w Berlinie, bo choć nieustannie jeździ do Niemiec, to Berlin omija; gdzie jest lepiej, czy odczuwa te wielkie zmiany dokonujące się we Wrocławiu?
Tymczasem pojawiła się Anita z kawą i posłała Jurkowi jeden z tych uśmiechów, które nie wiadomo co znaczą.
– Boże – zagadał Dzieszyński – to już będzie pięć lat, jak umarła.
– A co u ciebie?
– Odgruzowałem się trochę. Powiedz lepiej, jak widzisz Wrocław po latach. Przyjeżdżałeś tutaj w ogóle?
– Nie było po co – Jurek wzruszył ramionami – ty mnie tu ściągnąłeś.
Przez twarz Dzieszyńskiego przeszedł grymas, brwi zjechały ku sobie. Przypominał teraz srokę, kokoszącą się nad zagrabionym zegarkiem.
– Trzeba sobie pomagać.
– Jakoś sobie radziłem.
– Tak, ale ja sobie nie radzę – Dzieszyński promieniał radością człowieka sprawującego urząd. – Wiesz w ogóle, co się tutaj dzieje?
– Robicie festiwal.
– Nie robicie, tylko robimy i nie byle jaki, ale festiwal z okazji stulecia Hali Stulecia – Dzieszyński znowu się uśmiechnął. – Tydzień koncertów, imprez i konferencji z udziałem międzynarodowej publiczności. Dyrekcja Hali złożyła całość kompetencji w me skromne dłonie. Pomyślałem zaraz, że się przydasz.
– Nie przypuszczałem, że brakuje chętnych do pracy w ochronie.
Dzieszyński wymierzył w Jurka palec, rzeczywiście skromny, z błyszczącym paznokciem. – Kto mówi o ochronie? Funkcja nominalna. Naprawdę pomożesz, oprowadzisz, jak ktoś cię zapyta, pokierujesz gdzie trzeba. Niezwykle cenię sobie pana Marka, ale biorąc przykład z brzegu, on ni w ząb po niemiecku. Po południu Banach wpadnie, to cię oprowadzi.

Kawa była gorąca, gorzka, a Jurek poszedł na całość.
– Rozumiem, że będę musiał wpadać raz na jakiś czas i meldować, czy wszystko gra.
– To dobre pieniądze – rzucił Dzieszyński. – A praca mało wymagająca. Nie męczy się rodziny, prawda? – nabrał powietrza – Mogę być z tobą szczery?
Jurek wyobraził sobie, co by było, gdyby odparł, że jednak nie. Przytaknął. Dzieszyński nachylił się do niego.
–Traktowałem cię jak syna. Potem, kiedy umarła twoja mama, dobry Boże, to tak trudno powiedzieć. Twoja m-a-m-a – przeliterował – a moja Ewa, nie dałem sobie rady, choć myślę, że powinienem. Jestem ci coś winien. Przykro mi, że musiałeś poznać brata w podobnych okolicznościach.
Głodne kawałki, pomyślał Jurek. Ciekawe, co na ten temat powiedziałby Zbyszek?
– Daruj. Zbyszek nie jest moim bratem.
– W pewien sposób…
– To twój syn. Szacunek, ale tylko twój syn.
Dzieszyńskiemu spodobała się ta odpowiedź.
– W takim razie mogę ci spokojnie zamiast niego podziękować.
– Mam nadzieję, że nic mu się nie stało. Sprawiał wrażenie… – Jurek szukał słów – jakby nie był sobą.
Pochrzaniona sytuacja, przeszło mu przez głowę. Z matką nawet nie byli małżeństwem, a teraz Dzieszyński zgrywa tatuśka. Jak znam życie, Zbyszka też spuścił po brzytwie. A syn z krwi i kości.
– Nikt nie wie, jaki Zbyszek jest naprawdę – rzekł smutno Dzieszyński. – A ty zrobiłeś coś, na co mnie zawsze brakuje odwagi.
– Skoro tak, czy ja też mogę być szczery?
Dzieszyński rozłożył ramiona, jakby chciał go objąć.
– Dlaczego mnie tu ściągnąłeś? Tak naprawdę?
Nie wiadomo, czy czekał na to pytanie i jego twarz wyrażała radość, czy zaskoczenie. Podgarnął pod siebie co mógł. Notes, palmtopa, książkę i długopisy. Przypominał teraz smoka budującego leże ze skarbów.
– Szczerze? Nie skończyłeś studiów, nie podbiłeś Berlina i pewno większość ludzi mówiła ci, że to twoja wina. Ja tak nie uważam. Pamiętam ciebie – przełknął ślinę – jako mądrego, pracowitego chłopaka. Takim najłatwiej się pogubić.
– Niech będzie – odrzekł Jurek. – Ale w Berlinie nie było źle.
– A jednak jesteś tutaj – ciągnął Dzieszyński. – Naprawdę mi przykro, że nie mogę zaproponować ci lepszej roboty. Tyle że płacę więcej, co nie? – Uśmiechnął się szeroko na wspomnienie własnej hojności. – Słuchaj, festiwal przewali się raz dwa i jeśli się sprawdzisz, zaraz ruszymy do następnych projektów. Tu jest Polska, tu nieustannie coś świętujemy. Zaraz będzie stulecie pierwszej światowej, pierwsza kadrowa, potem…
Jurek rozłożył dłonie.
– Jak mam się wykazać? Siedząc w kantorku, włócząc się po Hali?
Dzieszyński zmarszczył brwi, ale odpowiedział łagodnie.
– Myślisz, że łatwo jest robić wielkie imprezy?
Jurek wzruszył ramionami.
– Potrzebuję kogoś, komu mogę zaufać. Gdyby ktoś podejrzany kręcił się przy Hali, zaraz jesteś u mnie. Zaproponuje ci pieniądze, ja dam więcej. Dziwne rozmowy, dziwne telefony, ludzie nie w tym miejscu, co trzeba, zaraz dajesz sygnał. Mam nadzieję, że mierzysz wysoko, rozumiemy się?
Nie rozumiał, ale przytaknął bez mrugnięcia okiem. Wstał, podali sobie dłonie.
– Jak wszyscy to wszyscy… – rzucił Dzieszyński, Jurek już trzymał dłoń na klamce. – Także ci, którzy tu pracują.
Jurek strząsał z siebie te słowa przez całą drogę do kantorka.

***

Mógłby polubić to miejsce, tak różne od kanciap ochroniarskich, które widywał wcześniej. Bez pana Mareczka to niewielkie pomieszczenie nabrało niemal szpitalnej sterylności, przynajmniej takie wrażenie odniósł Jurek, stając w progu. Białe ściany, eleganckie szafki, rząd płaskich monitorów, miękkie krzesło i blat, na którym dałoby się postawić z dziesięć komputerów. Leżało jednak coś innego. Sznurowana teczka. Jurek, któremu w głowie dzwoniły jeszcze słowa Dzieszyńskiego, ledwo obrzucił ją wzrokiem. Włączył radio, nastawił wodę, pogapił się na robotników uwijających się na świeżo wzniesionej scenie i przeczuwał, że jeśli otworzy tę teczkę, nie spotka go nic dobrego.

Pociągnął za sznurek. Pierwsze, co z niej wypadło, to karteczka złożona na dwoje, pośpiesznie nakreślone litery układały się w jedno zdanie: DZIĘKI ZA POMOC. A. Jurek obracał ją chwilę w dłoni, myśląc o tym, że nie wszystko jest takie beznadziejne w tym marcowym Wrocławiu, lecz zaraz zmienił zdanie. W teczce był pendrive, na pendrivie pliki. Na początku nic nie rozumiał: kolumny nazwisk, daty, komentarze, oceny. Miał przed sobą fragment kartoteki pracowników zatrudnionych przy festiwalu. Kiedy ich przyjęto, ile zapłacono, czy pracują, czy nie. Dalej, szczegóły, liczba przepracowanych godzin, zastrzeżenia, kopie pism przysyłanych do sekretariatu. Powoli wszystko układało się w całość.

Zadzwonił telefon. Robert Banach, zwany Smykiem, znalazł wreszcie czas, żeby się spotkać. Jego głos dudnił w słuchawce, nierzeczywisty jak nagranie kogoś, kto dawno umarł. Jurek odparł, że zaraz przyjdzie, i wrócił do teczki z nadzieją, że jednak się pomylił. Ale nie.
W ciągu ostatniego roku, przy festiwalu pracowało pięćdziesięciu ośmiu ochroniarzy. Nikt, prócz pana Mareczka, dłużej niż dwa tygodnie, a wszyscy odchodzili na własną prośbę, w trybie natychmiastowym.
 

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku