Odcinek 2 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Jurek zastanawiał się, kiedy ostatni raz widział Dzieszyńskiego, dyrektora Festiwalu, a przez krótki czas jego ojczyma. Kilkakrotnie odwiedzał matkę w Dzierżoniowie, raz chyba na Boże Narodzenie. Zapamiętał nastroszoną czuprynę i okulary, które zdawały się wyrastać z delikatnej twarzy. Po pogrzebie Dzieszyński dzwonił do Jurka jeszcze kilka razy, a potem zamilkł, o co Jurek się nie złościł, no bo i co siebie nawzajem obchodzili.

Wszedł do hali, świeżo ogolony, pod sztywnym krawatem. Wnętrze, w porównaniu z piaskowym blichtrem elewacji, prezentowało się dość marnie, znać, że zabrakło pieniędzy. Beżowe ściany, popękana podłoga kojarzyła się Jurkowi z wrocławską dwójką, ogólniakiem, który ukończył. Rubinowe szyby, piękne w słońcu, tu wyglądały upiornie.

Długowłosy chłopak, zakotwiczony na stoisku z pamiątkami zawołał, tak przestraszony, jakby świat miał runąć, i to w tej chwili.
– Jeszcze nieczynne!
– Ochrona.
– A, to ty. – Chłopak wyraźnie się ucieszył. Uścisnęli sobie ręce. Miał na imię Paweł. – Fajnie, że przyjechałeś, tutaj same stare dziady.

Jeszcze nie było dziesiątej. Jurek przyjrzał się pamiątkowym gadżetom. Ciężkie albumy i błyszczące broszurki poświęcone Hali Stulecia, miniaturki budynku, w jednej bryle i w częściach – do sklejania, T-shirty w różnych rozmiarach i kolorach, śmieszny pendrive, bo okrągły – maleńka Hala, którą podepniesz do notebooków, smartfonów, czytników. Kilka rodzajów spinek do mankietów, plakaty. Jego uwagę przykuła dziwaczna figurka anioła rozkładającego skrzydła. Anioł był wykonany z gipsu, twarz miał smutną, a poważne oczy zdawały się śledzić krótki kabel, sterczący z tyłu figurki.
– Dysk zewnętrzny – podpowiedział Paweł. – Identyczny anioł był nad wejściem do Hali. Zniszczono go po wojnie.
– Strasznie droga ta figurka.
– Najpierw sprzedawali poniżej kosztów, ale ludzie rozbijali aniołki i wyjmowali dyski – Paweł wyrzucał z siebie słowa z prędkością karabinu. – To teraz sobie stoi. Umówiłeś się z wujkiem?
– Widzę, że wszyscy o tym wiedzą.
– Smyk paple.
– Smyk?
– Wicedyrektor Biura Festiwalowego, Robert Banach, zwany również Smykiem. Poznasz go, będzie kupa śmiechu. Swoją drogą, wpadnij dziś wieczorem do Pracoffni.
– A co tam?
– Parę piwek.
– Pamiętam tę knajpkę. Na Więziennej, nie? – upewnił się Jurek, dając jednocześnie do zrozumienia, że powinien już iść. Poszedł, i to szybciej, niż sądził, poganiany przez wrzaski dobiegające od strony sekretariatu. Tylko zerknął za siebie. Paweł stał, opierając dłonie o szklaną ladę, jakby próbował ją od siebie odepchnąć.

Sekretariat mieścił się w półkolistym korytarzu, cały zagracony, naznaczony śladami pośpiechu. Stały tutaj rzędy butli wody do dystrybutorów, czekające na rozparcelowanie, stos składanych krzeseł, a pod samą ścianą leżały paki styropianu i zafoliowane rury ciepłownicze. Przed drzwiami dziewczyna w typie sprytnej studentki zmagała się z zabiedzonym potworem. Potwór, odziany w sztruksowe spodnie i jak psu z gardła wyjęty sweter, wymachiwał ramionami, kręcił głową i wrzeszczał.
– Co ty się wygłupiasz? Teraz taka jesteś?
– Mówię wyraźnie. Pan dyrektor nie ma czasu!
– Akurat!
– Nie wejdziesz. Wyraźnie powiedział.

Potwór znieruchomiał, tylko skronie mu pulsowały. Nagle ruszył do przodu i spróbował odsunąć dziewczynę, przestawić ją pod ścianę jak niepotrzebny klocek. Odepchnęła go ze zdumiewającą siłą. Stali naprzeciw siebie, dyszeli.
Jurek, zbliżając się do nich, zwolnił, ręce trzymał luźno, a głowę – wysoko.
– Czy pan jest głuchy? Nie słyszał pan, co ta pani powiedziała?
Dziewczyna zerknęła na Jurka z mieszaniną nadziei i oburzenia. Potwór posłał mu wściekłe spojrzenie.
– Nie twoja rzecz, chłopie.
– No, już. Idziemy.
– Beze mnie.
Jurek chwycił go. Nie przypuszczał, że ma tyle siły, nogi potwora zatrzepały w powietrzu, naparł nim na ścianę. Poczuł smród ciuchów przesiąkniętych potem, taniego alkoholu i fajek.
– Pójdziesz sobie czy mam cię zaciągnąć? – syknął.
Potwór gwałtownie sflaczał.
– Spokojnie, gościu. My się tylko droczymy.

Postawiony na ziemię zgarbił się lekko, otrzepał sweter i wciągnął powietrze przez usta. Przetrzepał wszystkie kieszenie, jakby wracał z imprezy i sprawdzał, czy niczego nie zgubił.
– Buziaki, słonko! – zawołał, wskazał na Jurka brudnym palcem – A ty jeszcze będziesz mi piwo stawiał!
Spuścił głowę i powlókł się korytarzem. Jurek odprowadzał go wzrokiem i już chciał zwrócić się ku dziewczynie, żeby się przywitać, zapytać co to za jeden i czy często zdarzają się takie kłopoty. Była raczej drobna, o długich, kręconych włosach, które wyglądały na spalone słońcem. Pociągła twarz, ostry podbródek. Nosiła jednoczęściowy kostiumik, wystarczająco obcisły, by podkreślić wyraźne wcięcie w talii. Niczego sobie – przeszło mu przez głowę. Uśmiechnęła się słabo, ucieszona swoim zakłopotaniem, jakby domyśliła się, o czym Jurek właśnie myśli.
– Uważaj! – krzyknęła.
Jurek zerknął za siebie, lecz było już za późno. Potwór szarżował, przy czym jego zamiary dały się odczytać wyłącznie z oczu, rozpalonych w zgasłej już twarzy. Gnał, pochylając głowę, machał ramionami, nogi rozrzucał śmiesznie na boki, jakby pędził przez pole minowe, odprowadzany przez serie z automatu. Jurek przyjął pozycję bojową, przysięgając sobie, że walnie sukinsyna, i to zdrowo. Tamten jednak wyhamował gładko, roześmiał się, kopnął Jurka w kostkę, obrócił się i popędził ku wyjściu. Jego śmiech niósł się po korytarzu.

Umknąłby niezawodnie, gdyby nie drzwi, które otwierały się do środka. Chciał je pchnąć, odbił się jednak i zaskoczony klapnął na posadzkę. Paweł ze stoiska robił wielkie oczy. Jurek chwycił potwora, który nie przestawał rechotać, cisnął nim przez próg, stanął na lekko ugiętych nogach i patrzył, jak tamten zbiera się z ziemi, rozmasowuje stłuczone kolano i próbuje iść.
– No to ostro! – wołał Paweł. Jurek tylko machnął ręką.

Dziewczyna tkwiła w miejscu, jak ją zostawił, oparta o ścianę, z ręką przy ustach. Uśmiechnęła się na jego widok.
– Drugi dzień w ochronie i już takie kłopoty. Oficjalnie nawet nie jestem jeszcze w pracy. – Wyciągnął dłoń.
– Anita Błaszczyk. Sekretarka dyrektora. Proszę, proszę, poprzedni ochroniarze nie mieli tyle roboty. Taki Mareczek, na przykład, trzyma się z boku, rozsądnie zresztą. Jakoś sobie poradzimy, no nie?
Jurek nie rozumiał, dlaczego ma sobie radzić z czymkolwiek.
– Mam nadzieję, że nie sprałeś go mocno – dodała. – Miewa takie dni, po prostu, nic z tym nie zrobimy – wzruszyła ramionami. – To Zbyszek Dzieszyński. Syn dyrektora.
 

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku