Odcinek 1 / 30

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Miesiąc wcześniej

Wiatr wzbijał biały puch nad kopułą Hali Stulecia. Na parterze łypało samotne światełko. Jurek zwalił plecak na ziemię, sam opadł na ławkę i długą chwilę bezmyślnie przyglądał się fioletowemu niebu, iglicy, którą upstrzyły ptaki i nagim gałęziom przypominającym połamane palce. Siódma, a jeszcze tak ciemno. Pomyślał, że może lepiej było zostać w Berlinie. Obrócił w ręce papierosa i złamał, zamiast zapalić. Powlókł się do drzwi.

Pan Mareczek był krępym mężczyzną, ochroniarzem z dziada pradziada, którego przodkowie strzegli zapewne wrót zamku króla Łokietka. Poruszał się pochylony, jakby dźwigał niewidzialny ciężar. Wysunął wielką łapę i pociągnął Jurka do siebie.
– Ty jesteś ten nowy? Widziałem cię z kantorka. Mamy kamery. – Pokazał gdzie. – Będziesz sprawdzał, czy ktoś się nie szwenda. Co ty, kamienie w plecaku wozisz?

Jurek nie odpowiedział. Pan Mareczek mruknął i puścił go przodem przez szklane drzwi. Po lewej był sklep z pamiątkami, po prawej schody. Już mieli zagłębić się w ciemnym korytarzu, gdy ktoś załomotał w szybę. Właściwie straceńczo walił, jakby próbował przebić ją własną głową.

A głowa była siwa, obrośnięta rzadkimi włosami i ogromna, jej właściciel niewiele mniejszy, w długim brązowym płaszczu, wsparty na lasce i wściekły. Pan Mareczek dopadł drzwi, uchylił na palec i stanowczym tonem rozkazał odejść. Gość ani myślał mięknąć, coś tłumaczył. Pan Mareczek głuchy na słowa, zdawał się pęcznieć, nadymał sobą niebieski uniform i zdecydowanym ruchem zatrzasnął drzwi.

– Debil kompletny – zwrócił się do Jurka. – Przychodzi raz na parę dni, dobija się, zaczepia ludzi. Uważaj na niego, potrafi przywalić tą laską.

Jurek zerknął za siebie. Brodacz opadł całym ciałem na szybę, wywiesił język, jakby była z cukru, sapnął, wzrok miał głodny. Gdy już zniknęli w korytarzu, odzyskał godność, odwrócił się i poczłapał w noc.

Pan Mareczek najpierw pokazał Jurkowi kantorek ochroniarzy, wskazał szafkę, zrobił kawę po turecku i podsunął pod nos.

– Robota jest gówniana, lecz niemęcząca – obwieścił. – Wujo nie mógł nakręcić ci czegoś lepszego?
– To nie jest mój wujek. Drugi mąż mamy.
– A mówią, że pan dyrektor nie dba o swoich – w głosie pana Mareczka zabrzmiała nostalgia człowieka opuszczonego. – Robiłeś już w ochronie?
– Ochraniałem kiedyś koncerty.
– Eeee, to dwie zupełnie różne sprawy – Pan Mareczek opadł na krzesło. Z kalendarza nad nim spoglądała goła dziewczyna. – Co godzinę robisz obchód. Przejdziesz się pod kopułę, zresztą, tam jest ciekawie, zaraz pójdziemy. Obejdziesz pomieszczenia magazynowe, warto zajrzeć do konferencyjnych, wyglądaj koniecznie przed budynek, koło szóstej przychodzą robotnicy od sceny, trzeba ich wpuścić.
Wskazał na ponury barak za oknem.
– Tam mają swoje rzeczy, nic ci do nich. Biłeś się kiedyś?
– Zdarzało się.
– No to o tym zapomnij. Czasem obok budynku kręcą się tacy różni, rozumiesz, ale nie dobijają się do środka. Parki idą w krzaki. Za moich czasów takie rzeczy zwyczajnie się nie działy. Nie przychodziły nikomu do głowy. Zobacz.

Wskazał na urządzenie przypominające pilota od telewizora, tyle że cięższe i z kilkoma zaledwie przyciskami. Kanciasty palec pana Mareczka zawisł nad największym, czerwonym.

– Coś zaczyna się wyrabiać, naciskasz, zamykasz się tutaj i czekasz na kawalerię. Będą do trzech minut. A w każdym razie powinni być. Papierosy na zewnątrz. Strasznie gonią. Nie do pomyślenia, co? Czekaj, jeszcze to.

Cisnął na stół pęk kluczy i zaczął objaśniać. Cmokał przy tym i kręcił głową.

– Te do wejścia, te do biur Festiwalu, tylko uwaga, najpierw trzeba kartę przeciągnąć i kod wklepać, kartę akurat masz tutaj. Do magazynów. Do sal konferencyjnych. Pomieszczeń na piętrach. I tak dalej. Tylko nie noś ze sobą wszystkich naraz.

Pan Mareczek sprawnym ruchem zanurkował pod biurko, pogmerał i wyłonił się z butelką koniaku, szczęśliwy jak dziecko.
– No, a teraz opowiadaj.
Nalał do pełna, tak że Jurek musiał garbić się nad blatem, żeby nie rozlać.
– Niech będzie – zgodził się Jurek. – Jestem z nocy.
– Samolot?
– Pociąg z Berlina.
– Berlin... Myślałem o tym. Połowa znajomych wyjechała. A mi przeszło przez głowę, że pojadą tam, tu stawki skoczą. I nie pomyliłem się, oj nie… – Stuknął się z Jurkiem. – Co żeś tam robił?
– Fizolka. Trochę dziennikarki.
– Robotnik, a człowiek pióra. Pewno cię nie lubili.
– Robotnicy czy dziennikarze? – zapytał Jurek. – Pisanie było fajne, człowiek przynajmniej nie gnuśniał.
– A czy ja tu gnuśnieję? Książki czytam, krzyżówkę rozwiążę, do żony zadzwonię, bo sama spać nie może. Nie żal tak było wracać? No, napijmy się jeszcze.

Koniak był tani, wchodził jak woda. Jurek szybko opróżniał szklaneczkę i utwierdzał się w przekonaniu, że przyszłość nie musi być wcale taka zła.

– Co mam ci powiedzieć? – zaryzykował. Twarz pana Mareczka pozostała obojętna. – Całe życie we Wrocławiu. W Berlinie siedziałem pięć lat. Za długo.
– Myślałeś, że co? Wielka kariera?
– Raczej, że jakoś, no, włączę się tam w życie.
– Mama cisnęła?
– Mama już nie żyje.

Pan Mareczek odchylił się na krześle, pogrzebał z wąsach, siwych, z brązowymi śladami od nikotyny. Wyglądało, że duma nad jakimiś słowami współczucia. Sięgnął po butelkę, wykonał gest, jakby zamierzał Jurkowi jeszcze nalać, gwałtownie cofnął rękę i flaszka wylądowała pod biurkiem.

– Dwie dobre rady, które masz ode mnie, a których nikt tutaj ci nie udzieli: nigdy nie pij w robocie i w żadnym razie nikomu nic o sobie nie mów.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku