Prolog

Istnieje w świecie jedyna droga, którą nie może iść nikt poza tobą. Fryderyk Nietzsche

© Copyrights

Wiosna 2013

Ogień ogarniał wnętrze Hali Stulecia. Płomienie, wściekłe salamandry, ślizgały się po scenie, pięły pod kopułę, błyskały w kolorowych szybach. Rusztowanie nie wytrzymało i oświetlenie runęło z trzaskiem, popękały szklane ślepia, kapała rozgrzana izolacja. Rzędy pomarańczowych krzeseł czekały na swoją kolej, a Jurek, który zrzucił z siebie przeciwnika, nagle zrozumiał, że może jednak zdoła uciec. Spróbował wstać i zaraz padł. Czad. Jest groźniejszy niż ogień, przeleciało mu przez głowę.

Zaczął pełznąć, podciągał się na łokciach, z nosem tuż przy ziemi. Zerkał na boki. Po obu stronach wyrosły dwie drżące ściany o czarnych koronach, zaraz odetną mu drogę. Smartfon wypadł z kieszeni. Zamiast go podnieść, tylko pchnął w ogień. Wstał już ostrożniej i pokuśtykał ku wyjściu. Był przy drzwiach, kiedy zerknął za siebie. Przecież go tak nie zostawi.

Wrócił do nieprzytomnego Dzieszyńskiego. Jest, jaki jest, nie powinien umrzeć. Dość już nieboszczyków w Hali. Dzieszyński leżał na plecach i chwytał w usta gorące powietrze. Bezwładny, więc ciężki jak wszystkie grzechy tego świata. Jurek wziął go pod ramiona i zaczął ciągnąć. Ogniste szczypce rozlewały się na całą salę, dotarły już do krzeseł. Oparcia topiły się niczym woskowe twarze. Jurek sapał. Zmienił pozycję, spróbował ponieść Dzieszyńskiego na plecach, przeszył go ból. Teraz za nadgarstki. Chciał krzyczeć: zbudź się, cholerny capie, bo zaraz będzie posprzątane. Cap tylko mruknął, machnął ręką, jakby się opędzał.

Już między krzesłami. Roztopiony plastik śmierdział okropnie, snuło się czarne babie lato, a Jurek pojął, że jakoś mu się uda, tylko musi odetchnąć. Ciężko, gdy dym gryzie w oczy. Głowa Dzieszyńskiego spoczęła mu na stopach, schował twarz w dłoniach. Policzy do pięciu, nie więcej. Co ja sobie ubzdurałem? Włamania i romans, tajemnica zaklęta w Hali – za dużo na jedną głowę. Obiecał sobie, że od jutra koniec. Zostawi wszystko za sobą.

Schylił się, żeby podnieść Dzieszyńskiego i zamarł w półruchu, jak ciężarowiec, którego ogarnęły wątpliwości, czy zdoła poderwać sztangę. Spod sceny nadciągała tyraliera jeźdźców odzianych w kolczugi i skóry. Unosili pałki nabite gwoźdźmi, okładali karki krępych rumaków, brodate twarze przecinały głębokie blizny. Kilkunastu, stłoczonych, jakby gnali środkiem jaru. Niektórzy wlekli za sobą konających jeńców, inni nabili na włócznie posiniałe głowy. Gnali wprost na Jurka.
– Nie – jęknął. – Tylko nie wy, nie teraz. Niech przynajmniej to będzie…
Zakręciło mu się w głowie. Nieprzytomny uderzył o podłogę.

odsłuchaj zawartość strony wersja do druku