wolna strefa / strefa NGO

Suwałki: Nowe polis

Instytut Reportażu

Żeby mieszkańcy odzyskali swoje miasta, by stali się ich obywatelami, miasta muszą zrozumieć same siebie - o suwalskiej Fundacji Miasto Olgi i Adama Pogorzelskich pisze Anna Kuczyńska (Polska Szkoła Reportażu).

Lokomotywownia w Suwałkach. Zaczyna się SUM, wstęp wolny. To nie klub, który nazywa się „Lokomotywownia”, tylko prawdziwa, czynna lokomotywownia. A SUM? W Suwałkach wszyscy wiedzą, o co chodzi.

SUM to Suwalskie Ucho Muzyczne. Dlaczego właśnie tak? Bo nazwa miała nawiązywać i do Suwałk, i do muzyki. Zaś na parterze budynku, w którym odbył się pierwszy koncert, była hurtownia ryb. W sumie wyszło, że SUM.

Do tej pory w SUMie odbyło się kilkanaście koncertów. Często w nieoczekiwanych przestrzeniach: na dziedzińcu Zarządu Budynków Mieszkalnych, na dworcu PKS a teraz w lokomotywowni. I gdy już gra muzyka, jeden z instrumentalistów zespołu Towary Zastępcze schodzi ze sceny, a właściwie z drezyny, która tego wieczoru występuje w roli sceny. Gra wśród publiczności a kiedy wraca, wpada w kanał pod torami. Wychodzi ze zniszczonym saksofonem.

Adam Pogorzelski z Fundacji Miasto, która współtworzy SUMa, zaczyna przeliczać w głowie koszty naprawy. Muzyk tylko się śmieje: – Suwalczanie, ta demolka to specjalnie dla was.

Suwalskie Ucho Muzyczne

fot. Adam Bolewski

PKP, PKS, NGO

Tak było w lokomotywowni PKP. Za to w budynku dworca PKS w Suwałkach, na drugim piętrze, obok adwokatów i lokalnej telewizji, Fundacja Miasto dzieli pokój ze Stowarzyszeniem Aktywności Społeczno-Artystycznej „Nie Po Drodze”.

Z dworca w Suwałkach prawie wszędzie jest daleko (do Warszawy pięć godzin autobusem).

Z kolei Adamowi i Oldze z Fundacji Miasto daleko od średniej krajowej. Bo w czasach, gdy coraz mniej Polaków czyta, oni wydają kwartalnik, albumy i książki kulinarne. W czasach, gdy tylko co piąty Polak działa na rzecz swojego środowiska, a badacze płaczą nad stanem kapitału społecznego, oni robią tyle, że starczyłoby dla kilku NGO-sów.

– Z powodu naszej nazwy niektórzy myślą, że działamy przy Urzędzie Miasta i zajmujemy się tylko Suwałkami – mówi Olga Pogorzelska. A przecież jej zainteresowanie fenomenem miasta zaczęło się od przeprowadzki z Suwałk do Warszawy. Jedynym stałym elementem – opowiada – była tam płynność. Co roku nowa stancja. A przy okazji nowe pytania: co się zmienia, gdy przestrzeń się zacieśnia i zaczyna się miasto? Co ono z nami robi? Ale też – co sami możemy zrobić z miastem?

SPOTKANIE W POGRANICZU

– Kiedy moje rzeczy rozrastają się poza plecak, zapuszczam korzenie. I to mnie przeraża – mówi Olga.

Adam za to w dzieciństwie namiętnie kolekcjonował. Ale nie przedmioty, tylko aktywności. Angażował się we wszystko co było w Sejnach dostępne – od tańca, przez chór, po harcerstwo.

Olga przed studiami nie była aktywna społecznie. Zżyta z domem, non stop w tym samym sosie: ona, jej siostra i dwóch braci.

Adam zaangażował się w końcu w działalność Ośrodka „Pogranicze Sztuk-Kultur-Narodów” w Sejnach. Tam namówili go na studiowanie kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, bo ten kierunek pasował do wszystkiego, czym się zajmował.

Kilka lat później Olga też trafiła do Pogranicza. Tam poznała Adama, wtedy już studenta IV roku kulturoznawstwa. Zachęcał ją do tego kierunku. Poszerza, mówił. Później stracili kontakt. Olga odezwała się do niego dopiero, gdy sama trafiła na kulturoznawstwo. Po jakimś czasie zamieszkali razem, po dwóch latach wiedzieli, że chcą być ze sobą. Teraz są siedem lat po ślubie. A od pięciu prowadzą razem fundację.

KIM JESTEM? TO TRUDNE PYTANIE

Z wakacji nad morzem po zakończonym projekcie „Razem i osobno” Olga niewiele pamięta. Prawie całe przespała: – W projekcie zawsze jest się na sto procent. A później trzeba to odreagować.

projekt "Razem i osobno"

fot. Marta Białek

„Razem i osobno” to 14 intensywnych sierpniowych dni w 2007 roku: warsztaty teatralne, warsztaty muzyczne, projekcje filmów i spotkanie z gminą żydowską w Wilnie.

W Suwałkach ludzie projekt zauważyli. I dziwili się, że się udało. Wcześniej mówili tylko: w Suwałkach? Tu nigdy nic nie wychodzi. I to, wbrew pozorom, na Adama i Olgę podziałało motywujące.

Mimo zmęczenia po projektach Olga nigdy by tego życia nie zamieniła na biuro.

Próbowała pracować na etacie, ale każdy dzień był podobny do poprzedniego. A teraz? – Sam tworzysz projekt, sam realizujesz, bajka – opowiada.

W fundacji stoi flipchart ze schematem scenariusza. W ramach Pracowni Filmowej uczą, jak go stworzyć. – Właściwie, to ja się od nich uczę – śmieje się Olga. – Młodzi są krytyczni i kreatywni. Ja wiem, jak się pisze scenariusze, oni mają pomysły.

W innym filmowym projekcie młodzież wybierała słowo – droga, but, nuda, chaos, kawa – i przez pryzmat tego słowa filmowała miasto. Pytali przy okazji przyjaciół kim są i kim chcieliby być. Okazało się, że to trudne pytania. Kim jestem? – powtarzali bohaterowie filmu i po namyśle odpowiadali: małą dziewczynką, żonglerem, maturzystką, synem bożym, patriotą, suwalczanką, chłopakiem swojej dziewczyny, dziwnym stworzeniem z mgły i galarety, nikim nie jestem.

WARSZAWSKIE NASYCENIE

Pomysł na fundację zaczął się układać, gdy zaczęli przyglądać się bliżej znajomym działającym w organizacjach pozarządowych. Sami też z nimi współpracowali. Olga m.in. ze Szkołą Liderów. Ale po jakimś czasie zdobyli się na uczciwe wyznanie: po co robić czyjeś rzeczy? Chcielibyśmy mieć coś własnego.

Zdecydowali się na fundację, bo do założenia stowarzyszenia potrzebne było aż 15 osób. Nie mieli pojęcia o statucie, KRS. Nie mieli też własnego adresu w Warszawie, więc jako siedzibę podali mieszkanie rodziców Olgi w Suwałkach. Znajomych ze studiów wciągnęli do Rady. Fundację zarejestrowali w marcu 2006 roku. Jest rodzinna: Olga i Adam, do tego brat Olgi, Marcin. Wspierają ich rodzice Olgi i jej młodszy, siedemnastoletni brat, który działa jako wolontariusz i wciąga do działań fundacji ludzi ze swojej szkoły.

Adres w Suwałkach obligował, żeby tu coś zrobić.

Poza tym mapa NGO w Warszawie wydawała im się nasycona. Nie czuli się tam zakorzenieni, co roku inna dzielnica, żadnej dobrze nie poznali, z żadną się nie zżyli.

Nie mieli strony www i nie mieli na nią kasy. Ledwie zebrali 1100 złotych na kapitał początkowy. Więc Adam zadzwonił do znajomego webmastera Janka Czernieckiego z Suwałk: – Potrzebuję strony. I mam tylko 100 złotych. – Stary nie ma problemu, ślij na maila. Janek nadal ich wspiera, jest też w Zarządzie.

SOLISZ ARBUZA?

Przez pierwsze dwa lata działania fundacji mieszkali w Warszawie. Projekty robili w wakacje, Adam wykorzystywał urlopy. Po studiach Olgi pojawił się pomysł, żeby wyjechać do Sydney. Zachwyciły ich opowieści znajomych o mieście-niemieście, metropolii złożonej z dzielnic-klocków.

Olga chciała jechać, Adam mniej. Właśnie skończyli kolejne przedsięwzięcie: „Jestem młody, więc działam”. Wyjaśniali, jak się pisze projekt i co robi z fakturami, które szesnastolatkowie często widzieli po raz pierwszy. Później młodzi sami pisali projekty i rzeczywiście je rozliczyli, bo najciekawsze Fundacja Miasto sfinansowała (taniec irlandzki, niestandardowe pocztówki z Suwałk, spektakl Królowa Śniegu i seria wydarzeń muzycznych).

Znów sukces, więc Adam przekonywał, że do Sydney jechać nie warto, że teraz będzie łatwiej, mają już doświadczenie. A jak wyjadą, będzie trzeba wszystko budować od początku. Po 13 miesiącach w Sydney to jednak on nie chciał wracać.

Olga w Sydney studiowała i pracowała w kawiarni, gdzie wszyscy znali się po imieniu i pamiętali, jaką kawę lubisz. Adam był malarzem pokojowym. Wszystko, co zarabiali, wydawali na podróże.

Mieszkając z ludźmi z Francji, Bangladeszu, Chin i Anglii, przeżywali zderzenia kulturowe i kulinarne (Solisz arbuza? Jecie dżem z serem?) i zanurzali się w inności. Ale nie zapomnieli o fundacji, część zespołu przecież została i działała. Codziennie mail, skype i system do zarządzania projektami przez internet. W Australii do głowy przychodziły pomysły, które zmienione we wniosek, przechodziły u polskich grantodawców. Po powrocie mieli ręce pełne roboty.

Sydney inspirowało też „dospołecznymi” przestrzeniami. Nie było napięcia związanego z prestiżem zawodu, widzieli jak z biurowca wychodzi krawaciarz i idzie na bosaka z centrum albo siedzi w parku. – A w Warszawie krawat nie będzie z tobą gadał.

Taki „dospołeczny” park przydałby się w Suwałkach, bo ten, który był, był sztywny jak polskie korpoludki. Chcesz poleżeć na trawie, to zaraz jest problem i straż miejska.

Kwietniki, wytyczone ścieżki, narzucona wizja krajobrazu idealnego. Oni chcieli oddać przestrzeń mieszkańcom.

Po powrocie zaczęli od niedzielnych śniadań na trawie. Przychodzili głównie znajomi, bo tej akcji akurat nie reklamowali. I deszcz często przeszkadzał. Połowa sukcesu Sydney to pogoda. W Polsce przez większą część roku życie ucieka do wnętrz.

Zastanawiali się, jak budować „dospołeczne” miejsca w Suwałkach. I jak o tym dyskutować, skoro nie ma tradycji konsultacji społecznych. Po powrocie zaczęli od debaty na temat monitoringu. Przyszło wielu mieszkańców, była też Katarzyna Szymielewicz z Fundacji Panoptykon i zrobiła ferment. Chyba wszyscy wyszli po dyskusji ze znakiem zapytania w głowie i już bez pewności, że monitorowanie miasta to najlepszy sposób na poczucie bezpieczeństwa.

projekt "Miejskie wariacje"

fot. Krzysztof Niewulis

KAKORA I JOŻYKI

Z Sydney wrócili do Suwałk z poczuciem, że wszystko jest możliwe. Olga stworzyła książkę z przepisami kulinarnymi. Tytuł: „Z rosyjskiego pieca”. W niej między innymi kakora (z ziemniaków, jajek i wędzonego boczku), soczewiaki (soczewica, cebula, boczek wędzony, ziemniaki), łazanki z makiem, jożyki (mąka, twaróg) i guszcza (z kaszy jęczmiennej i perłowej). To był kolejny projekt realizowany z mniejszością rosyjską. Wcześniej zbierali zdjęcia Rosjan – staroobrzędowców mieszkających w Polsce. Wydali je w formie polsko-rosyjskiego albumu.

Olga zajmowała się też filmem „Rok urodzenia: 1989”. Chciała się dowiedzieć, jak Polskę postrzegają urodzeni w 1989, a jak ich rodzice.

Zwykły człowiek okazywał się nosicielem historii tak niezwykłych i wymagających odkrycia, jak Indianie Bororo w Brazylii.

Starsi opowiadali o opozycyjnych ulotkach powielanych w Domu Kultury w Sejnach, gdzie dyrektorem był komunista. I o symulowaniu choroby w czasie pochodów 1 maja. Ale też o lekkim żalu, że omijały wówczas człowieka kiełbaski z musztardą i oranżada...

Gdy pytała o podróże, jeden z panów opowiadał, że do końca szkoły podstawowej nie wyjeżdżał z Krasnopola. Dopiero na początku liceum był na koloniach zimowych w Augustowie. Po dwóch dniach uciekł w nocy przez okno i wracał ponad 30 km piechotą przez Puszczę Augustowską do domu.

Młodsi po prostu wyliczali: Litwa, Niemcy, Anglia, Ameryka.

Adam w tym samym czasie przygotowywał „Naukę dla rozwoju” – wsparcie dla organizacji pozarządowych z regionu. W ramach projektu ludzie z kilkanastu NGO-sów uczyło się pracy w zespole, komunikacji, wystąpień, ale też księgowości oraz obsługi programów graficznych i edytorskich. Żeby pokazać czego się nauczyli, sami stworzyli i wydali publikację „Zaprojektowani”, w której prezentowali swoje organizacje. Uczyli się też pozyskiwania funduszy. Sama Fundacja Miasto głównie dzięki nim realizuje swoje projekty. Środki pozyskuje od innych fundacji, Ministerstw, z programów UE i od władz lokalnych.

projekt "Pracownia filmowa"

fot. Karol Bogdan

TEGO NIE DA MP3

Adam tworzył też SUM-eksperyment, czyli warsztaty muzyczne w ramach SUMa. Ale SUMem głównie zajmują się Paweł Bydelski z zespołu Fri Stejdż Bend i Marcin Siejda (w Zarządzie Fundacji Miasto), terapeuta w suwalskim szpitalu psychiatrycznym. Chcieli przełamać suwalskie muzyczne „sięniedzianie”. Na pierwszy koncert sami zbili scenę z płyt i paneli, które dostali z fabryki mebli Forte, plakaty robili na ksero, nagłośnienie wypożyczył za darmo Miejski Dom Kultury.

Teraz działa nieformalna lokalna koalicja na rzecz SUM. Drukarnia robi plakaty, dostają szybko zgody, hotel wystawia symboliczne rachunki. Ktoś za darmo robi zdjęcia, ktoś filmuje. Zespoły też często przyjeżdżają za parę groszy, piwo i podłogę do spania. Bywało, że u Pawła na podłodze spało siedem osób.

– W ogóle jest intensywnie. Z projektu w projekt, ciągłe zalatanie – mówi Adam. Nie mają urlopu, bo bez stałych pracowników nie mogą wszystkiego zostawić i po prostu wyjechać.

W środku ostatniej zimy, kiedy w Suwałkach było 13 stopni mrozu (bo tu, jak jest zimno, to bardzo zimno, a jak biało, to tak, jakby wiosny miało już nigdy nie być), powrócił pomysł, aby 14 organizacji stworzyło Centrum Organizacji Pozarządowych. Dzwonią ludzie do Fundacji Miasto, pytają jak działać, jak finansować. A oni pieniędzy nie rozdają. Czasami pomagają ich szukać, występują jako instytucja wspierająca, jak teraz, gdy odezwała się dziewczyna, która skończyła studia w Toruniu i chce wrócić do Suwałk, żeby zrobić inwentaryzację zabytków kultury. Bo zdarza się, że budynki, które pozwalają zobaczyć czas przeszły, są wyburzane.

Ponieważ nie zawsze mają czas na osoby z zewnątrz, ale też nie na wszystkim się znają, uznali, że potrzebne jest Centrum. Chcą w jego ramach pomagać realizować się młodym ludziom, bo to jedyna szansa, żeby miasto się otworzyło, żeby tutejsze NGO-sy zajmowały się nie tylko lokalnym folklorem, alkoholizmem, niepełnosprawnymi i dziećmi z rodzin niewydolnych wychowawczo – choć to oczywiście istotne społecznie problemy.

Z NGO-sów bardziej nastawionych na kulturę w Suwałkach najlepiej znają oczywiście Stowarzyszenie Aktywności Społeczno-Artystycznej „Nie Po Drodze”, z którym dzielą biuro. Zimą „Nie Po Drodze” pracy ma trochę mniej, ale latem, od 2006 roku organizuje Teatr-Akcje – cykliczny wakacyjny festiwal zapełniający teatralnymi wydarzeniami na pozór nieteatralne miejskie przestrzenie. W tym roku motywem przewodnim Teatr-Akcji ma być kultura krajów leżących na południowym podbrzuszu Europy.

„Nie Po Drodze” ściąga do Suwałk gości z różnych części Polski i świata. Ale nie tylko. Dla dzieciaków organizuje projekt Jesień z Panią Sztuką. Zbierają też tradycyjne pieśni, melodie, historie a potem umieszczają je w sieci.

Do działania w internecie zachęca też Stowarzyszenie Pastwisko.org. Skupiają się na młodych, których rodzice wyjechali za granicę za pracą. Dzięki sieci mogą dzielić się przeżyciami, a przy okazji rozwijają swoje pasje: fotografię, film, dziennikarstwo. Pastwisko przypomniało też, że twórca Reksia, Lechosław Marszałek pochodził z Suwałk. Stworzyło więc stronę internetową, a dzieciaki z miasta zabrały się do rysowania. Dla każdego, kto chce się dowiedzieć czegoś o historii miasta, stowarzyszenie nagrało audioprzewodnik po Suwałkach – „Słuchałki”.

Wystarczy ściągnąć z sieci darmową empetrójkę, wydrukować plan i wyruszyć w miasto spacerowym krokiem.

Poza tym w Suwałkach odbywa się Blues Festival. Jego organizatorem jest Urząd Miejski i Regionalny Ośrodek Kultury i Sztuki. Kiedyś było więcej koncertów niezależnych, prób gdzieś po piwnicach. Ale to zanika.

– Może więc coś w tym jest, że tu nic nie wychodzi? – zastanawia się Adam. – A może po prostu ludzie osiągają cel i kończą działalność?

Jego to nie dziwi. Nie widzi sensu przeciągania projektów, nawet tych udanych: – Ludzie nie chcą tego zamknąć, rozwiązać, bo prestiż. A przecież nic na siłę. Po co utrzymywać jakąś instytucję czy program, gdy cel został osiągnięty?

Olga: – Boję się słów: idea, misja. Nie lubię roztapiania się w abstrakcjach i zamkniętych zbiorowościach. Nam odpowiadają luźne konstelacje, luźna współpraca. Jak się nie udaje, to świat się nie rozpada. Może to recepta na to, żeby się nie wypalić z powodu zbyt mocnych więzi? Sama jestem zaangażowana w różne środowiska, rodzinę, sport, fundację, znajomych z Warszawy. Mam wiele punktów odniesienia. I to mi odpowiada.

zespół Fundacji Miasto

fot. Ewa Radzewicz

MIĘDZY SZNURÓWKAMI

Fundacja ma 5 lat, to dobry moment na refleksję. Czy poszerzyć zespół? O kogo? Najlepiej tak, żeby też się czegoś od tego kogoś nauczyć. Olga chciałaby więcej kobiet. Jak na razie jest jedyną w pięcioosobowym zarządzie: – Początkowo wydawało się mi, że mój głos jest gdzieś z tyłu. Trochę czasu mi zajęło, żeby się nauczyć pracować z chłopakami.

A może biuro jest niepotrzebne? Może by tak wszystko zeskanować, umieścić na dysku, pracować na laptopie? A może kwartalnik „Kultura Miasta” zupełnie przenieść do sieci?

Sam pomysł na „Kulturę Miasta” pojawił się w 2006. Skoro już żyją w mieście, powinni wiedzieć, co miasto ma im do zaoferowania, jak ich kształtuje, ale też jak sami mogą je świadomie formować. Do tego przyjechali z Sydney z ideą miasta, w którym się fajnie żyje. Mix kultur, spotkania w inności, otwartość, bezpośredniość. Chcieli o tym rozmawiać. A dobrym miejscem do rozmów i refleksji wydawało im się czasopismo.

„Kultura Miasta” to nie tylko kultura rozumiana jako działalność artystyczna. To też przemiany modelu rodziny, relacji sąsiedzkich, wyzwania wielokulturowości, wieloetniczności, wielojęzyczności.

Gdy tylko pojawił się pomysł na „Kulturę Miasta”, nawiązali kontakt z Krzysztofem Nawratkiem, który dziś wykłada architekturę na Uniwersytecie w Plymouth w Wielkiej Brytanii. Adam zapytał go czy może byłby zainteresowany współpracą z nimi... bez wynagrodzenia.

W pierwszym numerze Nawrotek napisał, że nie wierzy, że neoliberalne miasto, o zanikającej przestrzeni publicznej, za to z rozrastającymi się enklawami prywatnych osiedli, z prywatnie zarządzanymi centrami handlowymi, miasto sprywatyzowane, miasto konsumpcji i niekończącej się zabawy jest bytem doskonałym.

Dzisiejsze miasta są raczej ślepą uliczką, błędem, pułapką. Ale miasto samo w sobie nie jest złem. Miasto jest dobre.

Miejskość jest dobra i trzeba jej bronić. Jaka miejskość? Greckie polis zarządzało samo sobą, jako wspólnotą. I taka wspólna własność jest, jego zdaniem, prawdziwą esencją miasta. Miasto jest dumną wspólnotą, samoświadomą, niezależną od nikogo. Dzisiejsze miasto ma niewiele wspólnego z polis. Jest zdominowane przez państwo, skolonizowane przez globalne korporacje, rozszarpane przez zantagonizowane dzielnice. Ale może być lepiej. Żeby jednak mieszkańcy odzyskali swoje miasta, by stali się ich obywatelami, miasta muszą zrozumieć same siebie.

Pierwszy numer „Kultury Miasta” pojawił się w 2008 roku. Był za tłusty, nie mieli doświadczenia redaktorskiego. Ale widać w nim było radość. Za darmo na okładkę dał swoją prace rosyjski artysta Michaił Ewstafiew. Jak? Po prostu wysłali mail, w którym zapytali, czy by się nie zgodził.

„Kultura Miasta” zebrała pozytywne recenzje naukowego grona. Prof. Bohdan Jałowiecki pisał: „Mimo że miejsce, w którym redagowany jest kwartalnik znajduje się na dalekich peryferiach, to bynajmniej nie ma on prowincjonalnego charakteru”. Profesor Anna Zeidler-Janiszewska dodała, że ambitny zamiar połączenia celów poznawczych z edukacyjnymi się spełnia. A prof. dr hab. Ewa Rewers, że połączenie doskonałego wykształcenia autorów, doświadczeń spoza granic Polski i autentycznego zainteresowania lokalnymi procesami nakazuje jej z wielkim zainteresowaniem śledzić rozwój tej inicjatywy.

Gdy znajomi dali im znać, że widzieli „Kulturę Miasta” wśród gazet i sznurówek w podziemiach Dworca Wschodniego w Warszawie, ucieszyli się, że dociera do ludzi.

KRES DINOZAURÓW

„Kultura Miasta” wychodzi poza Suwałki. Czy ktoś tu ją czyta, nie mają pojęcia. Oni też lubią podglądać inne lokalności. Wymieniają się doświadczeniami z Włochami, Norwegami, Węgrami, Litwinami. Nawet w czasie realizacji projektów w Warszawie, szukają różnych Warszaw: wietnamskiej, rosyjskiej, żydowskiej, zaglądają do squatów.

Niektórzy mają pretensje, że w „Kulturze Miasta” nie zajmują się lokalnością. Dostają maile: Nowy Jork? Macie chore ambicje. Zajmijcie się lepiej miejscową przyrodą. To czasem podcina skrzydła. Starają się takim osobom wyjaśnić, że ich ambicją jest refleksja nad miastem, jako pewną kategorią, a nie tylko miastem Suwałki.

Adam: – Poszły w niepamięć czasy, gdy się siedziało w jednym miejscu. Może to konflikt pokoleniowy, bo ten pan, z którym mailowaliśmy ma 50 lat?

Olga: – Myślałam, że nie ma już chyba takich dinozaurów, które mieszkają całe życie w jednym miejscu.

Adam: – Ważne rzeczy są lokalne i uniwersalne jednocześnie. To daje pełnię.

Ja bym chciał być w tych dwóch porządkach. Wychodzić poza lokalność, bo można się wypalić, bo może brakować pomysłów. A poza tym, czemu w ogóle mam uzasadniać, czym chcę się zajmować?

Na razie są pieniądze na dwa kolejne papierowe wydania. Adam: – Może to też czas, żeby zakończyć projekt „Kultura Miasta”? Nie należy się przywiązywać do swoich przedsięwzięć.

Każdy projekt traktują jak krótkotrwały kontrakt. Rzadko obiecują, że będzie coś więcej.
Olga: – Nie chcemy rozczarowań, że może będzie, może nie. Ludzie przychodzą, mówią zróbmy coś jeszcze, było tak fajnie. A atmosfery tego konkretnego projektu nie da się powtórzyć. Z góry wiadomo, że to się skończy. To chyba odpowiednie podejście do naszych czasów. Uczciwe. Rzeczywistość jest brutalna. Każdy projekt to czasowa przygoda. Trzeba szukać innych rzeczy. Nie wystarczy samo zadowolenie z tego, że fundacja jest.

Anna Kuczyńska
Autorka korzystała ze strony http://www.fundacjamiasto.org/

Tekst (i towarzysząca mu ankieta) jest częścią cyklu reportaży opisujących oddolne inicjatywy kulturalno-społeczne w różnych polskich miastach. Został napisany specjalnie dla EKK w ramach Polskiej Szkoły Reportażu działającej przy Instytucie Reportażu w Warszawie.

Fotografie zamieszczamy dzięki uprzejmości Fundacji Miasto.