wolna strefa / strefa NGO

Bez działania nic się nie wydarzy

Rozmowa z Nele Hertling i Svenem Neumannem z ASfE

Kryzys w Europie nie dotyczy tylko finansów. To również kryzys świadomości roli kultury i potencjału społeczeństwa obywatelskiego – mówią Nele Hertling i Sven Neumann, przedstawiciele A Soul for Europe.

„A Soul for Europe” (ASfE) jest dzisiaj potężną inicjatywą skupiającą ludzi z 21 krajów, Wasza grupa robocza działa przy Parlamencie Europejskim. Jak się to wszystko zaczęło?

Nele Hertling: Punktem wyjścia było nasze zawodowe doświadczenie jako działaczy kultury. Ja na przykład przez dłuższy czas pracowałam przy projektach teatralnych, szczególnie interesowała mnie sytuacja sceny tanecznej w Berlinie. Współczesny, niezależny taniec niespecjalnie był obecny w świadomości władz. Za każdym razem, kiedy młodzi artyści potrzebowali pieniędzy, sali, praktycznej pomocy – musieli wciąż na nowo walczyć o zainteresowanie polityków, nawet tych zajmujących się kulturą. Postawiliśmy się więc w sytuacji polityka: codziennie ktoś go nachodzi, prosząc o wsparcie jakiegoś projektu - nic dziwnego, że po trzydziestu takich prośbach przestaje cokolwiek słyszeć. Gdyby jedna osoba mówiła w imieniu większej grupy, byłoby to prawdopodobnie dużo bardziej skuteczne. To była dla nas ważna lekcja: nauczyliśmy się skupiać interesy, łączyć siły. Stopniowo zaczęliśmy doceniać wagę wspólnego lobbowania – na poziomie lokalnym, regionalnym, narodowym i europejskim. Młoda sztuka i współczesna kultura wszędzie napotykają te same trudności: uczenie się od siebie nawzajem, przejmowanie dobrych praktyk i wyciąganie wniosków z niepowodzeń naprawdę pomaga. W znanej sztuce teatralnej dla dzieci padają słowa: jeden jest nikim, dwoje to więcej niż jeden, ale kiedy jest nas troje, wkrótce będzie nas wielu.

Sven Neumann: Trzeba podkreślić, że nie jesteśmy lobby kulturalnym. U podstaw ASfE stoi idea lobbowania na rzecz Europy poprzez wykorzystanie jej kulturowego potencjału. Działacze kultury miewają kłopoty z akceptacją tej idei: zwykle obawiają się, że kultura zostanie użyta instrumentalnie. Owszem, „wykorzystujemy” kulturę, ale w pozytywny sposób. Pracujemy nad tym, by była obecna na każdym poziomie administracji publicznej – kultura nie jest bowiem odrębną dziedziną lecz czymś, co wpływa na wszystkie sfery życia w społeczeństwie obywatelskim.

W jaki sposób wprowadza się takie zmiany?

N.H.: Dam przykład. Berlin po zjednoczeniu stał się biednym miastem. Zanim upadł mur, kultura była hojnie dotowana, a tu naraz miasto straciło znaczną ilość funduszy państwowych. Cięcia budżetu argumentowano tym, że teraz Berlin jest wolny i powinien rozwijać się tak, jak każde inne niemieckie miasto. Kulturę dotknęło to najmocniej. W czasie tego finansowego kryzysu skrzyknęli się reprezentanci wielu różnych instytucji, grup i inicjatyw kulturalnych. Na wspólnym spotkaniu dyskutowano, jakie kroki należy podjąć, by uratować artystyczne i kulturalne życie miasta. Pierwszym pomysłem był strajk. Szybko jednak stało się jasne, że strajk pracowników kultury nie dotknie tych, którzy mogliby coś zmienić. Muzea, teatry, filharmonie zostaną zamknięte – i co z tego? Postanowiliśmy stworzyć silną grupę działaczy, która miała wypracowywać nowe idee i strategie wywieranie wpływu na decyzje polityczne. W jej skład weszło około 15 osób z różnych dziedzin sztuki i kultury. Byli wśród nich dyrektorzy wielkich instytucji - opery, muzeum - oraz przedstawiciele małych zespołów tanecznych i galerii. Grupa spotykała się co tydzień, przez prawie dwa lata. Przez ten czas uzyskała wyraźny profil polityczny i wypracowała konkretne strategie szukania nowych źródeł finansowania, a nawet sposobów oszczędzania pieniędzy, kontaktowania się z władzami. Pierwszym pozytywnym efektem było już to, że wszystkie te instytucje i ludzie poznali się wzajemnie. Dyrektor opery uświadomił sobie, że byłoby ciekawie pracować z tancerzem z przedmieść, skoro obaj mają podobne idee i zbliżone problemy. Naszym atutem było też to, że gościła nas Akademia Sztuk Pięknych – dzięki temu mogliśmy organizować serię debat publicznych z udziałem mediów i polityków odpowiedzialnych za kulturę. Nasza inicjatywa stawała się coraz bardziej popularna. W pewnym momencie udało nam się zaaranżować spotkanie 12 przedstawicieli naszej grupy z kanclerzem Helmutem Kohlem.

Jak na Was zareagował?

N.H.: Na samym początku powiedział: wiem, że mnie nie lubicie, bo nie jestem człowiekiem kultury, ale jestem gotów was wysłuchać. Zamiast narzekać, zaprezentowaliśmy pomysły. Powiedzieliśmy: pewnego dnia Berlin stanie się stolicą Niemiec, a kultura jest najważniejszym czynnikiem zdobywania międzynarodowego uznania. Na zakończenie tego spotkania, które trwało dwa razy dłużej, niż zaplanował, kanclerz obiecał stworzyć budżet projektów kulturalnych w Berlinie, nawiązujący do przyszłej, stołecznej roli miasta. Wkrótce powstał fundusz oparty na realnych potrzebach organizacji zajmujących się sztuką i kulturą. Fundusz wciąż istnieje – już prawie 20 lat – i pomaga w realizowaniu wielu fascynujących projektów. Niemal każdy może ubiegać się o pieniądze. O ich dystrybucji decyduje niezależne, zmieniające się jury. To dla nas sytuacja modelowa.

Czy nadal spotykacie się raz w tygodniu?

N.H.: W ciągu czterech, pięciu lat większość naszych pierwotnych celów została osiągnięta i grupa przestała spotykać się regularnie. Zyskaliśmy dowód, że praca ponad podziałami na dziedziny i sektory może być bardzo efektywna. To doświadczenie było podstawą późniejszej działalności ASfE. Skuteczność wymaga wytrwałości; nie można się poddawać, trzeba jasno określać swoje potrzeby. To główne przesłanie dla NGO-sów: bądźcie otwarci, pracujcie razem.

S.N.: „Nie narzekaliśmy” – powiedziała Neli, wspominając spotkanie z kanclerzem Kohlem. To znaczący szczegół. Działacze kultury często powtarzają ten sam błąd – skupiają się na swojej pracy i swoich problemach, a kiedy dostają szansę rozmowy z decydentami, zaczynają narzekać. Tutaj potrzebna jest szersza perspektywa, którą można osiągnąć wtedy, kiedy na chwilę zrezygnuje się ze współzawodnictwa i połączy się siły – w imię wywalczenia czegoś dla kultury.

Czy w takiej szerokiej perspektywie nie gubią się problemy małych, lokalnych organizacji?

S.N.: Kiedy w ramach prac ASfE zaczęliśmy spotykać się z ludźmi z całej Europy okazało się, że mimo różnic w lokalnych strukturach, problemy z uznaniem roli kultury przez władze są podobne. To było pouczające doświadczenie. Co zatem robi ASfE? Umieszcza te lokalne problemy w szerszym kontekście i łączy ze sobą inicjatywy z całej Europy. Z jednej strony następuje wymiana doświadczeń, pomysłów i wiedzy, a z drugiej – ASfE daje im większą widoczność poprzez zapraszanie europejskich polityków do udziału w debatach, które nazywamy „A Soul for Europe Forums”. Odkryliśmy zresztą, że czasem łatwiej zaprosić do udziału w okrągłym stole parlamentarzystów z Brukseli, niż państwowych i lokalnych polityków. W ciągu lat działalności ASfE udało nam się przekonać polityków Unii, że nie jesteśmy kolejną grupą lobbingu kulturalnego, domagającą się pieniędzy, lecz że naszym celem jest kompleksowa zmiana nastawienia wobec kultury, wprowadzana za pomocą bardzo konkretnych kroków. W tym procesie uczestniczą wspólnie artyści, działacze NGO i politycy.

Takie kompleksowe, wielopoziomowe działanie wymaga sporej zmiany sposobu myślenia.

N.H.: Zmiana perspektywy może prowadzić do zmiany rzeczywistości. Na początku ASfE lobbowało na rzecz Berlina, nie całej Europy. Kiedy Unię poszerzono o nowe kraje, Berlin nagle zyskał nową pozycję – stał się centrum Europy Środkowej. I nie był na to przygotowany. Trzeba było na to zareagować poprzez tworzenie nowych przestrzeni i atmosfery – tak naprawdę Berlin jest przecież historycznie bliższy wschodnioeuropejskim miastom, niż Brukseli czy Paryżowi. Byliśmy przekonani, że jako dawne centrum Europy Berlin może stać się miejscem, gdzie spotykają się obie strony i że ich zespolenie może się zrealizować tylko za sprawą kultury. Pytanie: jak tego dokonać? Nasza odpowiedź brzmiała: jest to możliwe tylko wtedy, gdy społeczeństwo obywatelskie stanie się partnerem w podejmowaniu politycznych decyzji. Dlatego podstawowym zadaniem planowanej przez nas konferencji było zgromadzenie przy jednym stole wysoko postawionych lokalnych, państwowych i unijnych polityków oraz młodych ludzi z całej Europy - niech ze sobą rozmawiają. Z początku było to zresztą bardzo trudne. Przekonanie, że kultura musi być postrzegana jako najważniejszy faktor rozwoju i współpracy w Europie stanowiło mocną podstawę naszych działań.

Jak przekonaliście polityków, żeby traktowali was poważnie?

N.H.: Mieliśmy szczęście: jednym z inicjatorów grupy roboczej był dawny minister kultury, który miał mnóstwo kontaktów.

Wygląda na to, że najlepszym sposobem działania jest wykorzystywanie nieoficjalnych relacji i zapraszanie do współpracy ludzi z różnych kręgów.

N.H.: Zdecydowanie tak. Udało nam się powiadomić o naszej inicjatywie Richarda von Weizsäckera. Pomysł mu się spodobał. Pomógł nam skontaktować się z kanclerzem Schröderem, ministrem spraw zagranicznych Joszką Fischerem oraz z innymi ważnymi politykami i przekonał ich do udziału w pierwszej Konferencji Berlińskiej. Zaprosiliśmy też José Manuela Barroso, który chwilę wcześniej został przewodniczącym Komisji Europejskiej. Zgodził się przyjechać, zresztą to właśnie na naszej Konferencji w 2004 po raz pierwszy wystąpił publicznie w swojej nowej funkcji. Wszystko to było możliwe właśnie dzięki bezpośrednim, osobistym kontaktom. Zaproszeni przez nas politycy zgodzili się, że kultura jest użytecznym narzędziem zdobywania lepszego zrozumienia, tolerancji i wspierania procesu zjednoczenia. W swoim przemówieniu Barroso wspominał, że kultura zbyt długo była zaniedbywana, że sprawą absolutnie konieczną jest włączenie jej we wszystkie polityczne działania i strategie i obiecał pracować nad tym podczas swojej kadencji. Uczestnicy konferencji uznali konieczność wpisania kultury w proces europejskiej integracji. Sytuacja zaczęła się zmieniać – dzisiaj, po kilku latach kultura jest obecna w wielu programach europejskich, co wcześniej wcale nie było takie oczywiste.

S.N.: Politycy zaczęli rozumieć, że dzięki kulturze mogą odzyskać łączność ze społeczeństwem. ASfE od samego początku działało na dwóch poziomach. Pierwszy to nawiązywanie kontaktów w Parlamencie Europejskim, co dawało nam szansę zaszczepiania tematów i idei. Drugi to budowanie sieci młodych pracowników kultury z całej Europy, którzy zapewniają tym ideom i tematom twórczy potencjał. Gromadzenie polityków i działaczy kultury przy jednym stole zawsze było naszą podstawową zasadą.

Czy łatwo przekonać obie strony do uczestnictwa w takich spotkaniach? Zwykle myślimy, że to dwa różne, nieprzenikalne światy, nawzajem wobec siebie nieufne.

S.N. Aby takie partnerstwo mogło zaistnieć ważna jest nie tylko gotowość polityków, ale również nasza własna. Działaczy kultury czasami nawet trudniej przekonać do odpowiedzialnego partnerstwa, niż decydentów. Prawda jest taka, że nie wyjdziesz z roli narzekającego aplikanta, jeśli nie zdecydujesz się wziąć spraw w swoje ręce i nie staniesz się dla tej drugiej strony odpowiedzialnym partnerem.

N.H.: Dlatego lobbowanie na rzecz kultury musi zacząć się od lobbowania wśród ludzi, którzy się nią zajmują.

S.N.: Trzeba ich przekonać, że takie działanie dla wspólnego dobra może też w dalszej perspektywie wpłynąć na ich własną pracę. Pierwsze forum ASfE zostało zorganizowane w 2007 roku w Belgradzie przez człowieka, który trzy lata wcześniej był jednym z młodych uczestników pierwszej Konferencji Berlińskiej. Poprosił ASfE o pomoc w przygotowaniu małej debaty, która – na wzór tej berlińskiej – miała zgromadzić przy jednym stole politycznych decydentów z regionu i przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, dając im możliwość wymiany idei. Zaprosiliśmy wtedy do Belgradu europejskich parlamentarzystów z różnych partii, a nawet jednego z komisarzy Unii. Ostatecznie w Forum Belgradzkim uczestniczyli lokalni, krajowi i unijni politycy, eksperci i przedstawiciele NGO z regionu i z całej Europy. Format stał się wkrótce modelem kolejnych spotkań, odbywających się w następnych latach w innych miastach. Forum Belgradzkie przyniosło zauważalne zmiany w mieście. Kiedy lokalni politycy zdali sobie sprawę z międzynarodowego wymiaru wydarzenia, zaczęli zupełnie inaczej patrzeć na zapaleńca z NGO, który to wszystko zorganizował i którego dotąd lekceważyli. Rok później władze Belgradu zwróciły się do niego, proponując mu dofinansowanie, gdyby zechciał zrobić druga edycję. Potem dzięki wsparciu Felix Merits Foundation z Amsterdamu – która była bliskim partnerem ASfE i głównym współorganizatorem Forum Belgrad – udało mu się zdobyć potężne holenderskie fundusze, które pozwoliły mu stworzyć w Belgradzie nową przestrzeń dla działań artystycznych, kulturowych i konferencyjnych.

To przekonujący dowód na to, że warto wyjść poza własne, małe interesy.

S.N.: Tak, i nie byłoby to możliwe bez wielu małych kroków. Nigdy nie wiesz, co się może wydarzyć, zanim nie zaczniesz działać.

N.H.: Obecność unijnych polityków gwarantuje większą widoczność, ale równie ważne jest lobbowanie na poziomie krajowym, bo to rząd państwa podejmuje decyzje i może odrzucić propozycje i programy przygotowane na szczeblu europejskim. Bardzo istotne zatem jest, by nie zapomnieć o lokalnych, regionalnych i krajowych partnerach i współpracownikach, pomagać im wykorzystywać szansę, jaką daje pozycja jednego z europejskich miast czy regionów. Politykę Brukseli kształtują rządy poszczególnych krajów, więc jeśli one nie zechcą tworzyć wspólnych projektów, Komisja Europejska nic tu nie pomoże.

Jedna z waszych debat podczas EKK ma być poświęcona idei Europejskich Stolic Kultury. W Polsce to gorący temat: o tytuł ubiega się kilka polskich miast. Uważacie, że to dobry sposób umocnienia wspólnej europejskiej tożsamości i kształtowania wspólnej odpowiedzialności za Europę?

N.H.: To było interesujące w latach sześćdziesiątych, kiedy stworzono ten projekt. Stała za nim idea zaprezentowania powojennej Europy jako jedności składającej się z różnorodnych elementów, wprowadzenia nowej świadomości jej kulturowego bogactwa. Potem jednak projekt zbyt często służył osiągnięciu politycznych wpływów, skupiając się przede wszystkim na ilości turystów i na sukcesie ekonomicznym. Mógłby wrócić do swojej pierwotnej funkcji, gdyby miasta wykorzystały szansę zaprezentowania swoich historycznych i współczesnych walorów w odniesieniu do wspólnych dziejów Europy. To byłaby fantastyczna możliwość poznania wszystkich tych źródeł, kultur, religii i mniejszości. Namawiamy do powrotu do tej pierwotnej idei prezentowania kulturowej różnorodności poprzez szczególne doświadczenie każdego wybranego miasta – zamiast organizowania tych samych międzynarodowych wydarzeń z udziałem tych samych międzynarodowych artystów. Przedstawiciele społeczeństwa obywatelskiego zdecydowanie powinni tu być poważnym partnerem, a miejscowi działacze powinni być włączeni w układanie programu, bo tylko wtedy taki projekt może mieć długofalowe efekty. Cały ten temat naprawdę warto przemyśleć na nowo – dlatego chcemy uczynić go przedmiotem debaty.

Dlaczego polskie NGO-sy powinny brać udział w debatach ASfE?

N.H.: Ważne jest, żebyście poznali własne możliwości; zadali sobie pytanie: co każdy z was może zrobić dla rozwoju – nie tylko waszej organizacji, ale regionu, miasta, a także waszej drogi zawodowej. Konferencja daje szansę rozpowszechnienia przesłania, że trzeba dostrzegać i wykorzystywać swoje możliwości jako aktywnego członka europejskiego społeczeństwa. Narzekanie na polityków nic nie daje – lepiej być aktywnym, stworzyć sieć współpracy, zacząć podróżować, poznawać ludzi i różne sposoby działania.

S.N.: Motorem naszych wszystkich aktywności jest wiara w to, że kultura jest ważna. I nie wolno nam zapomnieć, że dzisiaj jest ona poważnie zagrożona. Wystarczy spojrzeć na olbrzymie cięcia w budżetach na kulturę w krajach całej Europy.

N.H.: Szczególnie w czasach kryzysu musimy przekonać polityków, że kultura jest istotna i że trzeba ją wspierać. Kryzys w Europie nie dotyczy tylko finansów – to również kryzys świadomości roli kultury i twórczych sił społeczeństwa obywatelskiego. Dotyczy on zarówno społeczeństw, jak i autorów politycznych decyzji. Zależy nam na tym, żeby funkcja kultury nie sprowadzała się do rozrywki, ale była traktowana jako siła napędowa i narzędzie społecznego rozwoju.

S.N.: Ta dotąd nieuznana funkcja kultury może również polegać na tworzeniu nowych rozwiązań – nie tylko dla sektora sztuki, ale także szerzej, dla całego naszego społeczeństwa.

Rozmawiała Agata Diduszko-Zyglewska